logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Paradoksy referendum

Piątek, 7 lutego 2014 (10:06)

Najnowszy wpis prof. dr. hab. Piotra Jaroszyńskiego opublikowany na blogAID

 

Konstytucje państw demokratycznych są pełne wielkich słów o wolności, suwerenności i prawach obywatelskich. To jednak nie zapobiega, by władze wybrane demokratycznie nie okazały się w swej większości zbiorowiskiem złoczyńców, gorszym od jednego despoty. Dlatego tam, gdzie panuje prawdziwa demokracja, muszą być też jakieś wentyle bezpieczeństwa, które pozwolą na to, aby zatrzymać proces degradacji państwa i samej demokracji przez parlamentarną większość. Wentyle legalne i pokojowe, a nie przemoc i rewolucja.

Otóż takim wentylem chroniącym demokrację jest prawo obywateli do zorganizowania referendum. Aby to referendum miało sens demokratyczny, nie może być zależne od zgody parlamentu. Parlament i tak ma takie prawo, więc może z niego korzystać, może zarządzić swoje referendum. Jeżeli zaś obywatele sami wychodzą z taką inicjatywą, a sprawa jest poważna, to na zdrowy rozum uzależnienie możliwości przeprowadzenia takiego referendum od zgody Sejmu jest zaprzeczeniem idei referendum w państwie demokratycznym.

To tak, jakby rzeczy ukradzione przez złodzieja można było odebrać tylko wtedy, gdy złodziej się na to zgodzi. Inaczej w prawdziwej demokracji: idea referendum, jeśli nie jest czymś pozorowanym, polega na tym, że naród jako suweren zgłasza swoje postulaty, widząc, że wybrany przezeń parlament coś zaniedbuje albo wręcz zaczynać działać na szkodę suwerena (jakim ciągle jest naród) i dobra wspólnego (co jest jedyną racją stanowienia prawa). Na zdrowy rozum parlament może to tylko przyjąć do wiadomości i wziąć udział w głosowaniu. Tak jednak w Polsce nie jest, to Sejm decyduje o referendum, przez co inicjatywa obywatelska nie ma sama w sobie żadnej mocy prawnej. W takim razie im gorsza większość sejmowa, tym mniejsze szanse na zgodę co do referendum, tym większe pole do niszczenia demokracji i państwa. Taki mechanizm prawny jest antydemokratyczny.

A tak na marginesie, ustawa o referendum z 2003 r. to dzieło, które przygotowano z pełną premedytacją, z tą wschodnią chytrością (sięgającą czasów carskich, a utrwaloną przez komunizm), gdzie drobiazgi mają odwracać uwagę od istoty, gdzie niewiele brakuje, a przepis określi, czy stół prezydialny ma być zasłany zielonym czy niebieskim suknem. Natomiast o tym, kto tak naprawdę może zarządzić referendum i po co, mówi dopiero artykuł 61 (!), do którego znużony wcześniejszymi drobiazgami czytelnik jeśli dobrnie, to zaśnie. Co więcej, artykuł ten jest tak skonstruowany, że trzeba długo czytać, żeby zrozumieć, że obywatele nic nie mogą zarządzić, nawet jeśli zbiorą 20 milionów podpisów, bo po prostu nie mają takiego prawa.

Autorom ustawy o referendum (albo raczej ich politycznym mocodawcom) chodziło o to, żeby obywatele tak łatwo się nie zorientowali, że praktycznie nic nie mogą, a władzę absolutną posiada sejmowa większość. No właśnie, a jeśli ta sejmowa większość to będzie większość złoczyńców?

Aktualizacja 7 lutego 2014 (10:17)

NaszDziennik.pl