Dziś jest niezwykle ruchliwą i zdolną dziewczynką. Wszędzie jej pełno. Na swojej szyi nosi fragment szaty bł. Jana Pawła II, który jej rodzice oprawili w złoto. Jej rodzice mają nadzieję, że polski Papież wciąż – jak przed laty, gdy dziewczynce groziło śmiertelne niebezpieczeństwo – będzie się za nią wstawiał u Boga w Niebie!
Historia pierwszych miesięcy życia Glorii Marii jest dramatyczna. Poczęła się 1 maja 2005 roku i na początku nic nie wskazywało, że będzie źle. Jak opowiadają rodzice dziewczynki, problemy pojawiały się pod koniec piątego miesiąca ciąży. Początkowo lekarze nie byli w stanie stwierdzić, co złego dzieje się z maleństwem. Państwo Wronowie udali się więc do jednej ze śląskich klinik, gdzie wykonane zostały badania. Miały one dać odpowiedź na pytanie dlaczego od kilku tygodni dziecko nie rośnie i nie rozwija się.
– Dowiedziałem się, że niezbędny jest natychmiastowy zabieg, ratujący życie żonie. Jeżeli chodzi o Glorię, to miałem wyraźnie powiedziane, że ona nie będzie żyła – mówi Jacek Wrona, ojciec Glorii.
Trudna decyzja
Do wykonania operacji potrzebna była zgoda małżonków. – Dla mnie najważniejsze było to, że dziecko, które noszę w łonie, niczym nie różni się od tych dzieci, które miałam w domu. Emocjonalnie byłam z nim bardzo związana. W tym momencie musiałam podjąć decyzję o tym, że kończymy okres ciąży. Wiedziałam, że tym samym na moje „tak” to życie zostanie zakończone. To było bardzo trudne, dlatego tej decyzji nie podjęłam od razu. Odwlekałam ten moment. Konsultowałam się z zakonnikami franciszkańskimi. Chciałam tę decyzję przemyśleć, przemodlić i podjąć ją tak, żeby była zgodna z tym, czego oczekuje Bóg. I wówczas zadzwonił do mnie ojciec Mieczysław Wnękowicz, etyk franciszkański, który po bardzo krótkiej rozmowie telefonicznej, powiedział mi, że natychmiast mam wyrazić zgodę na przeprowadzenie cesarskiego cięcia. Posłuchałam go i prawdopodobnie to uratowało mi i Glorii życie – opowiada Joanna Wrona.
Personel medyczny przygotowywał pacjentkę na najgorsze. – Musiałam podpisać dokumenty niezwykle trudne dla matki, bo dokument o tym, co mają zrobić z ciałem dziecka, czy chcę je zabrać, czy mają kremować dziecko w klinice. Te dokumenty potwierdzały pewność lekarzy co do tego, że dziecko nie będzie żyło – wspomina kobieta.
Wobec tajemnicy życia i śmierci
Jak podkreśla Jacek Wrona, nigdy nie zapomni widoku swojej córki zaraz po zabiegu. Dziewczynka leżała w inkubatorze, podłączona do różnych urządzeń podtrzymujących jej życie. – Do tego dochodziła świadomość, że widzę swoją córkę w ostatnich minutach jej życia. Lekarze powiedzieli mi, że brak nerek i pęcherza spowoduje, że w ciągu kilkudziesięciu minut nastąpi zatrucie organizmu i Gloria umrze. Stałem tam całkowicie bezradny wobec tajemnicy życia, wobec tajemnicy śmierci – wyznaje mężczyzna.
Życie jednak zwyciężyło. Już następnego dnia rano do pani Joanny przyszła pani doktor i powiedziała, że pojawiły się u dziecka pierwsze kropelki moczu, więc Gloria ma przynajmniej jedną nerkę i dziecko jest wyjątkowo żywe, oddycha samodzielnie. – To było coś niezwykłego – ze łzami w oczach opowiada Joanna Wrona.
Wtedy Pani Joanna zrozumiała, że jej modlitwy zostały wysłuchane, a jej wzrok od razu skierował się na zdjęcie Jana Pawła II.
To przecież jego przez cały czas prosiła o pomoc, o zdrowie i życie dla swojej córki. Pani Joanna nie rozstawała się także z różańcem i na cześć Matki Bożej nazwała swoją córkę: Gloria Maria. – Gloria jest jawnym cudem. Jej życie wciąż głosi chwałę Boga – podkreślają wdzięczni rodzice.

