logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

„Czołem, panowie” z celi śmierci

Czwartek, 6 marca 2014 (02:05)

Z Józefem Olechnowiczem, synem ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”, ostatniego komendanta Wileńskiego Okręgu AK, zamordowanego 8 lutego 1951 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Pamięta Pan ojca?

– Byłem zbyt mały, żeby go pamiętać. Gdy zginął, miałem tylko 4 lata. Trudno powiedzieć, od jakiego okresu, ale myślę, że już w wieku 10 lat wiedziałem, że coś się z ojcem działo. W szkole podstawowej byłem już wszystkiego świadomy. Mieszkałem wówczas we Wrocławiu. Ponieważ mama podobnie jak ojciec została aresztowana w 1948 r., więc wraz z moim bratem Krzysztofem wylądowaliśmy z naszą babcią u dużo młodszej siostry mamy. Gnieździliśmy się w dwóch pokojach, bo ciocia też miała dwoje dzieci. Niestety, mieszkanie, które mieli rodzice, zostało skonfiskowane.

Pod jakim zarzutem aresztowano Pana matkę?

– Tego nie wiem. Była po prostu żoną taty i pewnie w ich rozumieniu miała coś na sumieniu, choć sama nie działała w konspiracji. Aresztowano ją we Wrocławiu, a więziono w Fordonie, dziś dzielnicy Bydgoszczy. Wyszła z więzienia dopiero po 5 latach, w 1953 roku. Choć tato został zamordowany w 1951 r., mama nic nie wiedziała o jego straceniu.

Szukała męża?

– Tak, głównie w latach późniejszych, już po 1956 r., gdy pojawiła się namiastka odwilży. Oczywiście nie dostała żadnej odpowiedzi. Czuliśmy, że ojciec prawdopodobnie nie żyje lub został wywieziony, bo taką opcję też braliśmy pod uwagę. Do końca jednak nie wiedzieliśmy nic pewnego, przeczuwaliśmy tylko, że został rozstrzelany.

Dostawaliście jakieś kartki, grypsy z więzienia?

– Nie. Nawet nie wiedzieliśmy, gdzie został rozstrzelany, nie było też żadnego aktu zgonu. Dosyć długo przebywałem za granicą, wróciłem do Polski dopiero po 20 latach, w 2003 roku. O Łączce i innych miejscach, na których mogą spoczywać Żołnierze Wyklęci, dowiedziałem się gdzieś w latach 90. Były przypuszczenia, że ojciec leży na Wojskowych Powązkach, cmentarzu na Służewie lub koło Wyścigów. Były różne przecieki, ale nic konkretnego. Dopiero około czterech lat temu zacząłem poważnie myśleć o tym, że ojciec raczej na pewno leży na Łączce. Miałem informacje, że jest takie duże prawdopodobieństwo.

Śledził Pan prace ekshumacyjne na Łączce?

– Gdy się zaczęły, skontaktował się ze mną prof. Krzysztof Szwagrzyk z IPN i poinformował mnie o ich rozpoczęciu. Stwierdził, że być może trafi na jakiś ślad związany z ojcem. Nabrałem wówczas przekonania, że odnalezienie ojca jest możliwe. Profesor Szwagrzyk poinformował mnie także o zidentyfikowaniu zwłok ojca na podstawie materiału DNA, który oddałem. Było to jakieś osiem dni przed samą uroczystością w Belwederze. Mój brat na razie nic o tym nie wie, bo aktualnie przebywa w Indiach. Mamy z nim ograniczony kontakt.

Pochowa Pan ojca na Łączce?

– Tak. Wydaje mi się, że pomysł pochowania wszystkich ekshumowanych żołnierzy w panteonie na Łączce jest słuszny. Sam nie mam dzieci, podobnie brat, więc mając na uwadze względy praktyczne, po naszej śmierci tym grobem nie miałby się kto opiekować. Łączka jest dodatkowo takim miejscem, do którego chętnie będę przychodził, oddając cześć nie tylko ojcu, ale wszystkim ludziom, którzy tam leżą. Myślę, że to będzie najlepsza forma ich upamiętnienia dla przyszłych pokoleń.

Na pewno jest Pan dumny z ojca.

– Tak. Z przekazu mamy wiem, że ojciec był prawym i słownym człowiekiem. Miał sporo przyjaciół. Ludzie, którzy z nim byli blisko, jak nieżyjący już wujek dr Michał Korycki, opowiadali mi różne anegdoty z nim związane. Podkreślali, że był człowiekiem wesołym i pełnym życia. Gdy 7 lat temu odbierałem w Pałacu Prezydenckim z rąk śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany pośmiertnie mojej mamie za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, patriotyczną postawę i męstwo w czasach stalinowskich, ktoś z IPN dał mi adres i telefon do oficera AK, który przebywał w celi śmierci razem z moim ojcem. Postanowiłem go odwiedzić, mieszkał bowiem na Mokotowie, między ul. Puławską a ul. Narbutta. Niestety dziś nie pamiętam jego nazwiska, wiem, że miał wtedy 94 lata, bo z ciekawości zapytałem go o wiek. Moją uwagę zwrócił jego wysoki wzrost i godna postawa. Człowiek ten zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Powiedział, że był świadkiem, jak ojca wyprowadzano na śmierć. Widział go ostatni. Opowiadał różne ciekawe rzeczy z nim związane, podkreślił, że w celi śmierci mój ojciec zachowywał się godnie. Wychodząc z niej, miał rzec: „Czołem, panowie. Do zobaczenia w lepszym świecie”.

Ma Pan jakieś pamiątki po ojcu?

– Niestety, zachowało się bardzo mało pamiątek rodzinnych. Po ojcu mam srebrną papierośnicę z 1947 lub 1948 r. z adnotacją „Od przyjaciół”. To właściwie jedyna rzecz, która się po nim zachowała. Także zdjęć czy dokumentów jest bardzo mało, w sumie 7 lub 8 fotografii, na których widać ojca z mamą lub jakimś towarzystwem.

Był Pan szykanowany w czasach komuny z racji bycia synem ppłk. Antoniego Olechnowicza?

– Trudno powiedzieć. Na studia nie dostałem się za pierwszym podejściem, ale nie sądzę, by to można było z tym łączyć. Paszport jak wszyscy dostałem w latach 70. za Gierka, wtedy pierwszy raz wyjechałem za granicę. Nie zetknąłem się jednak z czymś takim, by ktoś mi mówił: „Olechnowicz, ty uważaj, bo coś tam”. Całe życie byłem jakby na wstecznym biegu w stosunku do tych wszystkich zdarzeń, które działy się w tzw. Polsce Ludowej. Nie należałem do żadnych organizacji, nawet do harcerstwa, ani do socjalistycznych organizacji studenckich czy ZMS. Byłem świadomy pewnych rzeczy, które zwyczajnie omijałem.

Po stracie męża Pana matka nie wyszła już nigdy za mąż.

– Nie. Nigdy już nie wyszła za mąż, wychowywaliśmy się u ciotki, jak wspomniałem. Były to dla nas ciężkie czasy. Wiem, że mama miała problemy. Z ojcem poznała się w Wyższej Szkole Nauk Politycznych w Wilnie, gdzie razem studiowali. Mama nie skończyła jednak – z tego, co wiem – tej uczelni i specjalnego zawodu raczej nie miała. Jeżeli chodzi o byt, mieliśmy więc kolosalne problemy. Oczywiście mama zabiegała o pracę, przez jakiś czas pracowała nawet jako dozorca.

Zaszczepiła w Panu i bracie ideały, którymi żył ojciec?

– Tak. Rodzice bardzo się kochali. Z wiadomych względów mama nie za dobrze ustosunkowana była do rządu londyńskiego, bo gdy po wojnie ojciec wyjechał do Paryża, zawrócono go do Polski. Dzięki niej wiedzieliśmy jednak, kim jesteśmy i co się z tym wiąże. Pamiętam, z jakim wzruszeniem usłyszałem w połowie lat 60. audycję w Radiu Wolna Europa, był to chyba Dzień Zaduszny, kiedy wspominano tych ludzi, którzy zostali zabici. Wśród pięciu czy sześciu nazwisk pojawiło się nazwisko mojego ojca. Mama była wesołą kobietą, zaszczepiła w nas podstawową rzecz, by być w życiu przyzwoitym człowiekiem. Zresztą ojciec też tak mówił i pragnął, byśmy z bratem tacy byli.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik