logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Ulmowie - symbole męstwa i odwagi

Sobota, 22 marca 2014 (20:34)

Z dr. Mateuszem Szpytmą – historykiem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, krewnym Wiktorii Ulmy, rozmawia Mariusz Kamieniecki

 

Zbliża się 70. rocznica męczeńskiej śmierci Józefa i Wiktorii Ulmów oraz ich dzieci. Kim była ta rodzina i czym wyróżniała się na tle innych?

- Ulmowie byli mieszkańcami miejscowości Markowa – wioski położonej na Podkarpaciu na terenie archidiecezji przemyskiej, niedaleko Łańcuta. Była to przeciętna wiejska rodzina pochodzenia chłopskiego. Józef i Wiktoria pobrali się w 1935 r. i gospodarowali na niewielkim areale. Byli zatem rolnikami, można nawet powiedzieć, że bardziej ogrodnikami. Ponieważ ziemi mieli niewiele, żeby związać koniec z końcem byli zmuszeni do dorabiania na różne sposoby.

Była ku temu sposobność, bowiem Józef, swoją drogą bardzo utalentowany człowiek w wielu dziedzinach, miał szerokie zainteresowania. Działał nie tylko społecznie, ale także eksperymentował i wprowadzał w życie wszelkie nowinki. Nieobce mu było sadownictwo i szkółkarstwo, umiał np. szczepić drzewa owocowe, co w tamtych czasach nie było tak powszechne, ponadto sprowadzał i sadził nowe odmiany warzyw. Tego wszystkiego nauczył się w Szkole Rolniczej w Pilźnie. Oprócz tego dorabiał sobie fotografią. Wiktoria zajmowała się przed wszystkim domem i wychowywaniem całkiem sporej gromadki dzieci. Każdego niemalże roku u Ulmów na świat przychodziło kolejne dziecko. Pierwsze urodziło się w 1936 r., a w 1944 r. oczekiwali już siódmego.

Wspomniał pan o fotograficznych zainteresowaniach Józefa Ulmy. Czy pozostały jakieś ślady tej jego pasji?

- Józef, już jako młody człowiek interesował się fotografią. Są nawet informacje, że sam, na podstawie różnych książek próbował złożyć aparat fotograficzny. Jedną z książek, z jakich korzystał był „Podręcznik fotografii”, która się zachowała. Mimo iż sam uczył się fotografowania, to można powiedzieć, że w jego wydaniu nie była to fotografia amatorska. W miarę możliwości i jak tylko czas pozwalał starał się doskonalić swoje umiejętności. Fotografował życie wsi, utrwalając na kliszy codzienne życie mieszkańców: pracę na roli, życie rodzinne, wydarzenia religijne: chrzty, I Komunie Święte czy wesela. Co istotne, nie były to tylko zdjęcia ustawiane, statyczne, ale można powiedzieć, że potrafił uchwycić życie w ruchu. Tak naprawdę fotografia była jego największą pasją.

Czy zachowały się jakieś fotografie autorstwa Józefa Ulmy?

 – Owszem. Do dzisiaj zachowało się kilkaset zdjęć najwięcej wśród krewnych, ale zdjęcia, które wykonywał Józef Ulma są także w archiwach różnych ludzi, dla których robił te odbitki. Dzisiaj można je oglądać w różnych książkach i publikacjach poświęconych Ulmom. Najwięcej jest w książce pt. „Świat Józefa” wydanej przez IPN, a także w książce „Rodzina Ulmów”. W przyszłości będzie je można zobaczyć w muzeum, które powstaje w Markowej.    

Co skłoniło Ulmów, żeby ukrywać Żydów, przecież zdawali sobie sprawę, że w przypadku wykrycia wszystkim grozi kara śmierci, nawet dzieciom?

- Powodem była przede wszystkim chęć pomocy ludziom, którzy byli w wielkiej potrzebie. Józef znał żydowskie rodziny Szallów i Goldmanów. Był z nimi w dobrych relacjach, miał z nimi także kontakty handlowe z Łańcuta. Pewnie też nie potrafił odmówić ludziom, którzy prosili go o ratunek. Wyciągając do nich rękę, być może liczył też, że zwłaszcza mężczyźni z rodziny Szallów, będą z nim pracować na utrzymanie wszystkich, którzy ukrywali się w jego domu. W czasie wojny Józef trudnił się głównie wyprawianiem skór, w czym w dużej mierze pomagali mu także ukrywani Żydzi.     

Jak doszło do wydania tej bohaterskiej rodziny w ręce okupanta?

Tego na sto procent nie wiemy. Pewne światło na te wydarzenia rzucają nam dokumenty Ludowej Straży Bezpieczeństwa – zbrojnej formacji Stronnictwa Ludowego „Roch”, konspiracyjnej, niepodległościowej organizacji ludowej. Zanotowano w nich, że Ulmów zdradził Włodzimierz Leś granatowy policjant z Łańcuta, który wcześniej miał ukrywać rodzinę Szallów, a potem ich wyrzucił. Dokumenty mówią, że informacja ta miała być jeszcze sprawdzona, ale nie bardzo wiadomo jaki charakter miała weryfikacja tych wiadomości i czy rzeczywiście wina Lesia została potwierdzona. O tym, że mogła to być prawda świadczy chociażby fakt, że Włodzimierz Leś został zastrzelony przez podziemie, ale niewykluczone też, że został stracony za inne przewinienia, których miał na sumieniu sporo.

Jakie były okoliczności egzekucji rodziny Ulmów?    

- 23 marca 1944 r. zandarmeria niemiecka wydała rozkaz stawienia się o północy kilku furmanek pod siedzibą w Łańcucie. Kiedy konwój dotarł do Markowej zatrzymał się w odpowiedniej odległości od domu Ulmów. Pięciu żandarmów i od 4-6 granatowych policjantów poszło pod dom Ulmów, a furmani zostali przy koniach.

Ponieważ obawiano się oporu, dlatego cała akcja została przeprowadzona z zaskoczenia ok. godz. 4.00-5.00, kiedy domownicy jeszcze spali. Najpierw rozstrzelano kilku Żydów. Kiedy wydawało się, że sytuacja jest  w miarę opanowana, żandarmi wyprowadzili najpierw pozostałych Żydów na zewnątrz i ich zamordowali, następnie Józefa i Wiktorię Ulmów, a na końcu dzieci, które były świadkami zabójstwa swoich rodziców.

Dowódca ekspedycji karnej por. Eilert Dieken zastanawiał się co zrobić z dziećmi, ale ostatecznie zdecydował, żeby je również rozstrzelać. Kiedy pytano go potem, dlaczego nie ocalił dzieci, odpowiedział cynicznie, że zrobił to, żeby wieś nie miała z nimi kłopotu. O tym, że było to bestialstwo, świadczyć może także fakt, że furmanom kazano się przyglądać egzekucji, po to, by widzieli jak wygląda karanie tych, którzy nie stosują się do niemieckiego prawa.

Jednym z najbardziej okrutnych żandarmów niemieckiej policji był zgermanizowany Czech Joseph Kokott, który osobiście rozstrzelał troje może czworo Ulmów.

Ile osób wówczas zginęło?

- Łącznie zginęło 16 osób, a właściwie to 17. W trakcie tego mordu Wiktoria Ulma, która była w zaawansowanej ciąży, zaczęła rodzić kolejne dziecko. Następnego dnia, kiedy rzucone i przesypane ziemią zwłoki odkopano, żeby je godnie pogrzebać, zauważono także martwe dziecko, które zaczęło przychodzić na świat w trakcie tych wydarzeń, jeszcze zanim ciało matki wrzucono do dołu.

Dziękuję za rozmowę.

 


 

Jutro na portalu NaszDziennik.pl opublikujemy drugą część wywiadu z dr. Mateuszem Szpytmą, a w nim m.in. o powstającym w Markowej Muzeum Polaków Ratujących Żydów na Podkarpaciu im. Rodziny Ulmów.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 25 marca 2014 (10:35)

NaszDziennik.pl