logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Dyskusje trwają, a woda wciąż zagraża

Piątek, 16 maja 2014 (19:08)

Ze Stanisławem Stachurą, dyrektorem Podkarpackiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W jakim zakresie województwo podkarpackie jest zabezpieczone przed powodzią?

- Powiedziałbym, że w stopniu dobrym.

Dlaczego?

- Dlatego, że szereg newralgicznych miejsc, które wcześniej były zagrożone, jak np. Mielec czy Jasło, w latach 2009-2014 zostało zabezpieczonych nowymi czy też zmodernizowanymi wałami. W tym okresie udało się wybudować bądź zmodernizować prawie 58 km wałów, wydatkując na ten cel 190 milionów złotych. Również wyposażenie naszych magazynów przeciwpowodziowych jest dobre. W czterech magazynach zlokalizowanych w Mielcu, Tarnobrzegu, Jarosławiu i Sanoku mamy zgromadzonych ok. miliona worków. Np. w nocy wydałem dyspozycję o wydaniu 10 tysięcy worków dla Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Ustrzykach Dolnych, gdzie na rzece Osława woda wystąpiła z brzegów i podmyła budynek oraz drogę.

Jaka jest długość wałów przeciwpowodziowych na Podkarpaciu i jak to się ma do potrzeb?

- Obecnie na terenie Podkarpacia jest plus minus 640 kilometrów wałów przeciwpowodziowych. W wyniku przeglądów, które zgodnie z ustawą Prawo budowlane odbywają się w cyklu pięcioletnim, zostało ocenionych ok. 95 proc. obwałowań. Z tego przeglądu wynika, że ok. 230 kilometrów wałów jest tylko w dostatecznym stanie technicznym i wymaga modernizacji. Ten nie najlepszy bilans wynika m.in. z faktu, że część wałów jest za niska, w niektórych miejscach są tzw. przesiąki, co wymaga modernizacji.

Jak to wygląda w terenie?

- Weźmy chociażby cały Wał Wiślany, który od szeregu lat jest zlokalizowany na starorzeczu Wisły. Wały te są posadowione na warstwie mas rzecznych, pod którą znajdują się piaski. Jest to zatem podłoże bardzo przepuszczalne, w związku z tym nasze prace koncentrują się na wykonaniu zabezpieczeń przeciwfiltracyjnych przez korpus wału i podłoże pod wałem.

Ile wałów brakuje jeszcze, żeby można było powiedzieć, że Podkarpacie jest pod tym względem bezpieczne?

- W pierwszej kolejności należy modernizować wały już istniejące, a więc wspomniane już 230 kilometrów. Szacujemy, że nowych wałów potrzeba nam ok. 270 kilometrów, ale jest to - powiedzmy sobie - pieśń przyszłości. Wały są bowiem zaliczane do tzw. biernej osłony przeciwpowodziowej, która nie zapewnia w dostatecznym stopniu bezpieczeństwa powodziowego. Stąd potrzebne są wielorakie zabiegi, zaczynając od stopowania wody w górnej zlewni, zatrzymując ją w suchych zbiornikach wodnych, tzw. polderach.

A zatem jest to kierunek, w którym powinny pójść zabiegi związane z zabezpieczeniami przeciwpowodziowymi…?   

- To jest właściwy kierunek, w jakim powinny pójść zabezpieczenia, chcąc ratować przed powodziami zarówno Sandomierz, Tarnobrzeg i Mielec, jeżeli chodzi o Wisłę. Podwyższanie wałów sprawia, że w przypadku ich przerwania możemy mieć do czynienia z sytuacją dość ryzykowną, mianowicie, jeżeli - dajmy na to - podczas powodzi w 2010 r. ktoś miał wodę po okna, teraz woda może sięgać po dach. Taki właśnie skutek powodują piętrzenia wody w wyniku podwyższania wałów. Dlatego kierunek zabezpieczeń powinien pójść w stronę budowy polderów. Instytut Inżynierii i Gospodarki Wodnej Politechniki Krakowskiej opracował projekt, który przewiduje powyżej Sandomierza w kierunku Krakowa wybudowanie potężnego polderu, który umożliwiłby zmagazynowanie ok. 200 milionów m sześc. wody. Jest zatem program, ale kiedy zostanie zrealizowany, trudno powiedzieć.  

Co z Programem ochrony przed powodzią w dorzeczu Górnej Wisły?

- Program ten jest powoli wygaszany i będzie funkcjonował jeszcze tylko do końca przyszłego roku. W tym czasie będą realizowane zaplanowane inwestycje. Natomiast później będzie obowiązywał, już od przyszłego roku, tzw. masterplan dla całego dorzecza Wisły i całego dorzecza Odry, a więc plan dla całej Polski.

Ile kosztuje budowa jednego kilometra wałów przeciwpowodziowych?

- Koszt budowy jednego kilometra wału przeciwpowodziowego waha się w granicach 3-6 milionów złotych.

A jakimi środkami rocznie dysponuje Podkarpacki Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych?

- Na bieżący rok mamy zaplanowane ok. 100 milionów złotych.

To w najlepszym układzie pozwoli na budowę ok. 30 kilometrów wałów, w gorszym niewiele ponad połowę z tej liczby…

- Liczby nie kłamią i rzeczywiście nie brzmi to zbyt imponująco, ale gdyby tak było co roku, to i tak byłoby bardzo dobrze.

W takim razie powróćmy może do wspomnianych przez Pana polderów czy zbiorników wodnych - mam na myśli zbiornik Kąty-Myscowa, o którym mówi się od lat, a efektów wciąż nie widać…

- Zbiornik przeciwpowodziowy Kąty-Myscowa na Wisłoce w gm. Krempna ma mieć pojemność przeciwpowodziową ok. 20 milionów m sześc. wody. To niezwykle ważna inwestycja. Powstanie tego zbiornika spowodowałoby ścięcie fali powodziowej dla Jasła o blisko półtora metra, dla Dębicy prawie o metr i dla Mielca o ok. pół metra. Dopiero połączenie zbiorników i wałów daje skuteczną ochronę przeciwpowodziową.

Skoro to tak ważna inwestycja, to dlaczego od lat jest tylko na etapie planów?

- Żartobliwie powiem, że mówi się o tym dopiero od 30 lat. Na poważnie, inwestycja ta jest dopiero na etapie decyzji środowiskowej. W grę wchodzą bowiem Obszar Natura 2000 i Magurski Park Narodowy. W związku z powyższym przeskoczenie decyzji środowiskowej oznaczałoby już połowę sukcesu.

Zatem kiedy to może nastąpić?

- Gdybym podał jakikolwiek termin, to skłamałbym. W naszym przypadku, jeśli chodzi o inwestycje przeciwpowodziowe, starania o otrzymanie decyzji środowiskowej trwają od dwóch do trzech lat. Kiedy zapadną konkretne decyzje w tej właśnie sprawie, nie umiem powiedzieć. Ciągle musimy składać jakieś uzupełnienia.

Kwestie ekologiczne są ważniejsze od bezpieczeństwa życia, zdrowia i dobytku ludzi?

- Dobre pytanie. Czynnik społeczny powinien być ważniejszy od czynnika przyrodniczego. Niestety, na dzień dzisiejszy na pierwszym miejscu jest czynnik przyrodniczo-ekologiczny. Zgodnie zresztą z Ramową Dyrektywą Wodną, która obowiązuje Polskę od momentu wejścia do Unii Europejskiej, mamy obowiązek m.in. oceny wpływu inwestycji na jakość wód. Bardzo trudny do przeskoczenia jest np. art. 47, który w przypadku pogorszenia aktualnego stanu wód z góry eliminuje całą inwestycję. Przykładem inwestycji, która okazała się niemożliwa do realizacji właśnie z tego powodu, była inwestycja na rzece Strug w prawym dopływie Wisłoka, która miała uchronić sporą część Rzeszowa: osiedla Drabinianka i Białe. Przepis to uniemożliwił i mamy to, co mamy.

W tej sytuacji, do kogo i o co możemy zaapelować?

- Chodzi o pewną wyrozumiałość, żeby połączyć czynnik społeczny z czynnikiem przyrodniczym, ekologicznym. Żeby w jednym i drugim przypadku nie było ortodoksyjnego podejścia i sprzeciwu: nie, bo nie. Chodzi o to, żeby możliwe były rozmowy, podczas których byłyby uzgadnianie pewne istotne dla obu stron kwestie. Dyskusja stwarza pole do kompromisu, co w konsekwencji sprawia, że inwestycje mogą dojść do skutku. Tym bardziej że nie chodzi tu o sprawy błahe, ale o bezpieczeństwo i życie ludzi. Ktoś ostatnio, chyba z okolic Sandomierza, gdzie woda znów dała się we znaki okolicznym mieszkańcom, dlatego że ekolodzy nie pozwolili wycinać zakrzaczeń i drzew w międzywalu, dobrze to podsumował, mówiąc, że wszystko jest ważne: motyle, robaczki, ale nie człowiek. Tak nie powinno być.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl