Z Bartłomiejem Radziejewskim, politologiem, rozmawia Izabela Kozłowska
Od soboty opinia publiczna w Polsce żyje tzw. aferą podsłuchową. Opozycja ma teraz swoje pięć minut?
- Jest to na pewno dla niej dobry moment, aby uderzyć w rząd. Szansa na zbicie kapitału politycznego tkwi tu jednak przede wszystkim w inteligentnym drążeniu tej konkretnie sprawy, a nie wszystkich możliwych grzechów obozu Donalda Tuska.
Partie opozycyjne mówią o konieczności dymisji całego gabinetu PO – PSL.
- Jak na tę fazę sprawy, opozycja przestrzeliwuje. To jeszcze nie jest czas na żądanie dymisji rządu. Nie ma po temu przesłanek w dotychczas opublikowanych materiałach. I takim stawianiem sprawy prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński punktuje u dotychczasowych wyborców, już przekonanych, że „Tusk musi odejść”, ale raczej nie wpłynie na nowych – tych, którzy dopiero teraz zaczynają się wahać, czy nie przestać popierać PO. A to przede wszystkim ta ostatnia grupa jest do wygrania przy tej okazji.
Ważne będzie zachowanie PSL?
- Na dzień dzisiejszy tylko wyjście PSL z koalicji lub rozłam w PO mogą doprowadzić do przedterminowych wyborów w związku z tymi taśmami. Na razie wygląda to jednak tylko na czystą retorykę – opozycji.
Dopiero po dwóch dniach premier odniósł się w końcu do afery taśmowej. Jak Pan ocenia wystąpienie szefa rządu?
- Było ono umiarkowanie przekonywające. Z jednej strony, premier pokazał publiczności, że docenia wagę sprawy. Potępił przestępcze knowania Nowaka i Parafianowicza, skrytykował – eksponowany przez media – styl rozmów. Natomiast dość zręcznie wybronił siebie (po raz kolejny na zasadzie „dobry car, źli bojarzy”), Sienkiewicza jako szefa MSW i uniknął oceny Belki. Z drugiej strony, co ostatni panowie, rozważając dodruk pieniędzy przed wyborami, wyraźnie mówili o naginaniu polityki państwa do celów partyjnych. I tu, podobnie jak w sprawie dotowania regionalnych lotnisk „pod stołem”, Tusk wypadł słabo.
Donald Tusk „obronił się” w czasie konferencji?
- Wychodzi jak na razie odrobinę poobijany, ale jednak obronną ręką. Natomiast to jest dopiero początek afery. Czas pokaże, w jakim kierunku ta sprawa pójdzie.
Z wystąpienia premiera ewidentnie wynikało, że próbuje umniejszyć skalę afery.
- Premier Tusk wielokrotnie pokazał, że jest pokryty grubą warstwą teflonu, po której spływają rozmaite polityczne brudy. Przetrwał już kompromitację związaną z zachowaniem własnym i swoich kolegów w trakcie katastrofy smoleńskiej czy kompromitację związaną z aferą hazardową. Jak na ilość afer, błędów i trudności podczas 7-letniego administrowania krajem trzyma się wyjątkowo dobrze. I tym razem wystąpił jako pewny siebie zawodnik, który nie zamierza schodzić z ringu z byle powodu.
Premier zasugerował, że możemy mieć do czynienia z zamachem stanu.
- Istotnie, możemy. Wygląda na to, że w polskiej polityce uaktywnił się bardzo silny gracz. Dysponujący potężnymi zasobami technicznymi, skoro był w stanie przebić się przez osłonę kontrwywiadowczą. Grający zimno i twardo. Chce on coś ważnego osiągnąć: prawdopodobnie albo obalić rząd, albo zmiękczyć go w jakichś negocjacjach.
Jeśli to ta druga opcja, to publikacja takich taśm może być dla tego kogoś świetnym startem: wymierzeniem na początek silnego, ale jeszcze nie nokautującego ciosu i zapowiedzią wielu kolejnych. I teraz, w zależności od tego, czy rząd zmięknie w owej newralgicznej sprawie, czy też nie, będziemy wstrząsani ujawnianiem kolejnych patologii. Najważniejsza rozgrywka odbędzie się jednak za kulisami.
Dziękuję za rozmowę.

