logo
logo

Zdjęcie: arch./ Inne

Polacy Polakom na obczyźnie

Sobota, 12 kwietnia 2014 (13:47)

Aktualizacja: Sobota, 12 kwietnia 2014 (15:25)

Z Krzysztofem Kawczyńskim, współtwórcą i koordynatorem projektu Polacy Polakom Kwiaty Ludzkich Serc, rozmawia Maria Popielewicz

Pomaga Pan Polakom mieszkającym w Londynie, których dotknął problem bezdomności. Jak to się stało, że zajął się Pan tym projektem?

– 6 stycznia przyszedłem do centrum dziennego pobytu, które jest zlokalizowane w zachodnim Londynie, przy stacji metra Fulham Broadway. Miałem klucze, otworzyłam drzwi i byłem sam. Po kilkunastu minutach pojawili się już pierwsi polscy wolontariusze, potem pierwsi goście i wszystko się zaczęło.

Idea powstania tego centrum, którym kieruję, była angielską inicjatywą. Duża chrześcijańska organizacja charytatywna postanowiła otworzyć nowe, dodatkowe miejsce, gdzie bezdomni będą mogli spędzać czas w okresie zimy. Od razu było więc wiadomo, że zostanie ono zamknięte tuż przed Wielkanocą. Funkcję kierowania tym centrum powierzono mnie, chyba głównie z tego powodu, że jestem Polakiem. Chodziło o to, że ze względu na lokalizację blisko dużych skupisk Polonii spodziewano się dużego napływu polskich bezdomnych. Niestety, okazało się to prawdą. 
O tym, że będę koordynatorem tego centrum, dowiedziałem się jeszcze w grudniu, na jakieś dwa tygodnie przed świętami. Od razu postanowiłem sobie, że spróbuję zmobilizować londyńskich Polaków, by pomogli mi w jego prowadzeniu. Wysłałem dziesiątki e-maili i właściwie tylko na jeden z nich dostałem satysfakcjonującą odpowiedź. Osobą, która mi odpisała, był ksiądz Marek Reczek, proboszcz polskiego kościoła pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli. Na własny koszt wydrukował on ulotki o naszej działalności, rozdał je w kościele i dzięki temu już od pierwszego dnia miałem polskich wolontariuszy.

Potem zaczęły o nas pisać polskie gazety, a polscy księża w Londynie umożliwili mi mówienie do swoich wiernych podczas niedzielnych Mszy Świętych. W sumie, jak dotąd, odwiedziłem pięć polskich parafii w Londynie, a sporo innych czeka w kolejce. Właśnie to otworzyło nam drogę do powstania naszych Kwiatów Ludzkich Serc. Nasze spotkanie inauguracyjne odbyło się 1 marca bieżącego roku w polskim kościele pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej i św. Kazimierza przy Devonia Road w Londynie. To miejsce ma symboliczne znaczenie dla londyńskiej Polonii. Trudno byłoby znaleźć bardziej odpowiednie do powołania do życia naszej organizacji. Polskość tego miejsca aż promieniuje z każdego kąta i z każdej ściany. Tam pokolenia Polaków szukały ukojenia w tułaczym życiu.

Tam więc również powstaliśmy my i był to piękny i wzruszający dzień.

Dziś, mimo że mamy dopiero kwiecień, rozpoczynamy nasz własny, już całkowicie polski projekt. Będzie to coś wielkiego, nieograniczającego się tylko do bezdomnych. Bo problemów jest wiele. Jak wielu emigrantów z Europy Wschodniej było i jest dyskryminowanych na rynku pracy? Ilu naszych rodaków zostało oszukanych przez nieuczciwych właścicieli mieszkań? Jak wielu zostało perfidnie wykorzystanych tylko dlatego, że są obcokrajowcami i nie znają swoich praw? Ktoś musi powiedzieć temu „NIE” i my właśnie staramy się to robić.

Jeżeli sami sobie nie pomożemy, to nikt tego dla nas nie zrobi. Nasi polscy politycy rządzący naszym krajem zapomnieli o nas. Oni kochają jedynie nasze pieniądze, gdy wydajemy je w Polsce, pompując polską gospodarkę. Wtedy jesteśmy dobrzy i wspaniali. Gdy jednak to my prosimy o pomoc, nikt z nich o nas nie pamięta.

 

Jak wielu Polaków w Londynie już zgłasza się do Was po pomoc i jakiego rodzaju pomoc jest najbardziej potrzebna?

– Po pierwsze, zgłaszają się do nas osoby bezdomne, głównie mężczyźni.  Jest ich bardzo, ale to bardzo wielu. Trudno oszacować, jak wielu, ale mogą ich być tysiące. Tak, ja nie przesadzam – tysiące!

Nigdy nie spotkałem bezdomnego emigranta, który przybyłby do „brytyjskiego raju” po to, by być bezdomnym. My wszyscy przyjechaliśmy tu po to, by zbudować nowe, lepsze życie dla siebie, a często również dla naszych bliskich. Niestety, nie każdemu udało się to zrobić. Nie każdy przecież jest dostatecznie zaradny i potrafi walczyć o swoje.

Poznałem bardzo wielu wspaniałych ludzi, którzy z dnia na dzień stawali się bezdomnymi z powodu zbiegu złych okoliczności. Przykładowo ktoś, kto pracuje, słabo zna język i wysyła pieniądze do żony i dzieci w Polsce, nie ma oszczędności, by zabezpieczyć swój los na wypadek utraty pracy. Gdy ktoś taki traci źródło dochodów, nie ma z czego opłacić czynszu za pokój i sam nie wie, kiedy ląduje na ulicy. Ma on wtedy nadzieję, że jest to stan przejściowy i za dzień, dwa czy za tydzień znajdzie nową pracę. Zaczyna się spanie w parkach, na dworcach czy w nocnych autobusach. Taki nocleg nie daje wypoczynku i wytchnienia, tym bardziej że trzeba pilnować zamkniętego w walizce dobytku. Dochodzi brud, bo nie ma gdzie się wykąpać i uprać odzieży. Pojawia się rezygnacja, apatia, a pragnienia ograniczają się do najbardziej podstawowych potrzeb. Taki człowiek przestaje wierzyć we własne siły i grzęźnie w bezdomności.

Jak iść na rozmowę o pracę, gdy nie kąpało się od tygodnia? Jak zacząć jakąkolwiek pracę, jeżeli ciągnie się za sobą wielką walizę z całym dobytkiem?

Jak? To prawie niemożliwe. Co więc pozostaje? Pogodzenie się z własnym losem, apatia i towarzystwo podobnych sobie ludzi. Ulica staje się domem, a „normalny świat” zostaje odgrodzony barierą nie do przebicia. Pojawiają się koledzy i zwykle alkohol.

Po pijanemu nie myśli się nawet o żonie i dzieciach czekających w innym, zapomnianym już świecie. Po pijanemu dusza mniej boli, a wspomnienia nie są tak nachalne. Inni ludzie pomagają: ten da funta, a tamten dwa, dość, by ponownie się upić i pogrążyć w błogim zapomnieniu. „Normalni ludzie” obchodzą cię szerokim łukiem, bo śmierdzisz na kilometr...

Straszny los, prawda?

Skąd tylu bezdomnych Polaków w Londynie?

- To, co teraz powiem, może być szokujące dla wielu. W całej mojej karierze w pracy z bezdomnymi nie spotkałem w Londynie żadnego bezdomnego Hindusa, Pakistańczyka czy Filipińczyka. Czemu, przecież oni nie są ani lepsi, ani gorsi od nas? To przecież dzieci tego samego, Jedynego Boga.

Różnica jest jednak zasadnicza. Gdy na przykład jakiś Hindus ma kłopoty, cała jego lokalna społeczność, ludzie, którzy często nawet go nie znają, zbierają się i radzą nad tym, jak mu pomóc. Czy taka pomoc jest skuteczna? Tak, i to bardzo, skoro przedstawiciele tego narodu nie lądują na ulicy. Kto więc odpowiada za tak dużą liczbę polskich bezdomnych, którzy przemierzają codziennie ulice Wielkiej Brytanii? Ty... ja... my wszyscy? Smutne, prawda?

Co się z nami porobiło? Przez stulecia byliśmy dla całego świata symbolem jedności i solidarności. To przecież tylko dzięki temu przetrwaliśmy wiele ciężkich chwil i obaliliśmy komunę. Rozumie pani, co chcę powiedzieć? Obalenie komuny było czymś niemożliwym, a dokonaliśmy tego, bo nic nie było w stanie rozbić naszej jedności! Polak był zawsze dla Polaka bratem, a nie wilkiem. Co  więc z nami się stało?

Wierzę i wiem, że to nie zginęło, tylko ciągle trwa w naszych sercach. Wszyscy mamy już przecież dość tej naszej znieczulicy i obojętności na los innych ludzi. Od momentu, gdy głośno mówię o tym do mieszkających tutaj, w Londynie, Polaków, setki osób z wielkim entuzjazmem przyłączyło się do naszej akcji.

Musimy jako Polacy pokazać wszystkim, że ponownie jesteśmy jednością. Zacznijmy traktować swoich rodaków jak braci i siostry, a nie jak wrogów. Niech każdy Polak wie, że gdy znajdzie się w kłopotach, to jego rodacy wyciągną do niego pomocną dłoń. My właśnie po to powstaliśmy, by w waszym imieniu naprawiać skutki naszego egoizmu. Przecież nie chodzi o to, by każdy sam niósł fizyczną pomoc, bo to niemożliwe. Pomóżcie więc nam, a my w waszym imieniu pomożemy innym.

Dziękuję za rozmowę.


 

Jutro na portalu NaszDziennik.pl zostanie opublikowana druga część rozmowy z Krzysztofem Kawczyńskim.  A w niej m.in. o innych problemach, z jakimi borykają się rodacy na emigracji, a także o możliwości wsparcia.

Maria Popielewicz

NaszDziennik.pl