logo
logo

Zdjęcie: arch./ Inne

Polacy na emigracji potrzebują wsparcia

Niedziela, 13 kwietnia 2014 (10:41)

Aktualizacja: Sobota, 14 czerwca 2014 (12:45)

Z Krzysztofem Kawczyńskim, współtwórcą i koordynatorem projektu Polacy Polakom Kwiaty Ludzkich Serc, rozmawia Maria Popielewicz

 

W pierwszej części naszej rozmowy mówiliśmy o projekcie Polacy Polakom Kwiaty Ludzkich Serc. Oprócz bezdomności z jakimi problemami borykają się jeszcze nasi rodacy na emigracji?

– Trudno wyliczyć, z jakimi problemami borykają się nasi rodacy na emigracji. Czasem są to z pozoru błahe sprawy wynikające z nieznajomości języka angielskiego, a czasem bardzo poważne problemy, w których gra idzie o ludzkie życie i nie przesadzam w tym stwierdzeniu.

Każdego tygodnia zgłasza się do nas wielu mieszkających w Londynie Polaków, by prosić o pomoc. Najprostsze sprawy dotyczą pomocy przy wypełnianiu jakiś formularzy po angielsku czy też pomocy tłumacza w załatwianiu spraw urzędowych. Trafiają jednak do nas czasem takie sprawy, które wymagają dużego wysiłku wielu osób, by wszystko zakończyło się pozytywnie.

Kilka tygodni temu zajmowaliśmy się matką, która wraz z dwójką swoich dzieci znalazła się na londyńskiej ulicy.

W pomoc im zaangażowało się bardzo wielu ludzi, bo sytuacja była bardzo skomplikowana. Pani ta przyjechała do Londynu na początku stycznia, przywiozła ze sobą dwoje dzieci i zamieszkała u poznanego przez telefon i internet „partnera”. Był to ktoś spoza Unii Europejskiej, który za wizję ożenku z kobietą z Unii zgodził się na wszystko. Takie małżeństwo oznacza dla nie-Europejczyków prawo pozostania w Unii, a bez tego może grozić deportacja.

Niestety, ten pan po miesiącu miał dość naszej bohaterki i jej dzieci i wyrzucił ich na ulicę. Tułali się przez kilka dni, śpiąc tu i tam, nawet u poznanych w pubie pijanych ludzi, by w końcu trafić do nas. Gdy nasi psychologowie zabrali się za pracę z nimi, szybko ustalili, że sytuacja jest bardzo poważna. Stan psychiczny tej kobiety uniemożliwiał jej opiekę nad dziećmi. Nie będę wchodził w szczegóły, bo to smutna historia, powiem jedynie, że mieliśmy ciężki wybór. Musieliśmy zdecydować, czy lepiej zawiadomić odpowiednie socjalne służby w Anglii i prosić o ich pomoc czy też wysłać wszystkich do Polski i zawiadomić odpowiedni oddział opieki społecznej. Wybraliśmy, a właściwie życie wybrało to drugie rozwiązanie. W tej chwili dzieci są pod opieką rodziny zastępczej, a ta kobieta rozpoczęła leczenie. Mam nadzieję, że kiedyś ponownie będą mogli być razem.

Szczerze mówiąc, była to jedna z najsmutniejszych spraw, z jakimi przyszło nam się spotkać.

Na szczęście były również takie, które skończyły się wspaniałym rezultatem.

Jakiś miesiąc temu do mojego centrum przyszła młoda dziewczyna. Myślałem, że to nowa wolontariuszka i zacząłem z nią rozmawiać. Ona była w stanie powiedzieć jedynie „dzień dobry” i zaczęła płakać.

Nie dało się jej uspokoić przez prawie dwie godziny. Szlochała jak małe dziecko, które ktoś bardzo skrzywdził. Biedne małe dziecko... Nawet teraz się wzruszam, gdy o tym mówię. Mój sweter był mokry od jej łez. Gdy się uspokoiła, była w stanie opowiedzieć co się stało. Ma 27 lat i samotnie wychowuje ośmioletnią córkę. Pracuje na pełen etat, dobrze zarabia. Córka chodzi do angielskiej szkoły, polskiej w weekendy, basen, dodatkowe lekcje itp. Matka od 5 lat wynajmuje dla nich obu dość drogie mieszkanie, ale stać ją. Wszystko, co najlepsze dla córeczki, by miała lepsze życie. Kilka dni przed naszym spotkaniem, po południu wróciły do domu, ale klucz nie pasował do drzwi i nikt nie wiedział dlaczego. Okazało się, że właściciel mieszkania był zadłużony. Sąd, komornik i zajęcie mieszkania z całym wyposażeniem. Nikt nie wnikał w to, że wszytko, co w środku, łącznie z meblami, należało do naszej dziewczyny. Cały dobytek wraz z rzeczami osobistymi pozostał za zamkniętymi drzwiami. Ona i córka z minuty na minutę stały się bezdomnymi i pozbawiono je wszystkiego, co posiadały.

Sylwia się załamała. Ta dzielna dziewczyna – której powinno się postawić pomnik, za to, co robi – nie dała rady. Przed córką starała się zachować pozory normalności, ale to była jedynie maska, pod którą skrywały się żal, smutek i rezygnacja. Proszę sobie wyobrazić siebie w jej sytuacji. Robi pani wszystko, co w pani mocy, by pani dziecko miało lepsze życie. Rezygnuje pani z życia osobistego i nagle spada na was taki cios, zupełnie niezasłużony i niespodziewany.

Jak skończyła się ta historia?

- Nasza bohaterka kilka dni temu wprowadziła się do nowego mieszkania i ponownie wierzy w dobrą przyszłość. Pomagamy jej tak mocno, jak możemy, ale właściwie ona sama już sobie świetnie radzi. To dzielna, bardzo silna i pełna energii dziewczyna i ja jej chyba będę musiał postawić ten pomnik!

Anglia to zupełnie inny świat w porównaniu z Polską. Odmienny język, inna kultura i zwyczaje, prawo różne od polskiego. To wszystko powoduje, że wielu naszych rodaków nie potrafi sobie tutaj poradzić. Czasem wystarczy jedno małe, niezawinione niepowodzenie, by wylądować na ulicy.

Wielu ludzi w Polsce myśli, że my, emigranci w Wielkiej Brytanii, złapaliśmy Pana Boga za nogi. Niestety często jest zupełnie inaczej. Wieli naszych rodaków żyje tu w totalnej biedzie i z trudem wiąże koniec z końcem. Oni wstydzą się do tego przyznać, zamykają się w sobie, nie mają kogo prosić o pomoc i często dochodzi do tragedii. Znajomy angielski lekarz powiedział mi, że lawinowo rośnie liczba samobójstw wśród emigrantów, a szczególnie wśród Polaków. Kto jednak o tym mówi, kogo to interesuje? Z punktu widzenia Polski my wszyscy żyjemy tu w „raju”. Szkoda tylko, że ten „raj” wygląda czasem jak przedsionek piekła.

 

Jaka jest odpowiedź Polaków, którym się lepiej powodzi w Wielkiej Brytanii? Czy chętnie włączają się w pomoc tym, którzy doświadczają różnych trudności, czy rzeczywiście ten egoizm i patrzenie tylko na siebie jest silniejsze?

– Nie! Odpowiedź jest wspaniała, cudowna i piękna! Trudno powiedzieć, ile osób zaangażowało się w pomoc dla nas. Przychodzą zwykli ludzie i przynoszą odzież czy środki czystości. Inni pomagają w tłumaczeniach, oferują miejsca pracy czy uczą angielskiego. Polski konsulat i ambasada, proboszczowie wszystkich bez wyjątku polskich kościołów w Londynie, dyrektorzy polskich szkół, wszyscy włączają się do naszej akcji. Jest ogromny aplauz i radość tworzenia czegoś pięknego. To jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, jak potrzebna jest podobna inicjatywa. Korzystając z okazji, chciałbym podziękować wszystkim za ich małe lub duże inicjatywy. One są jak cegiełki, z których budujemy gmach naszej organizacji. Bóg Wam zapłać, dobrzy ludzie, za Wasze wielkie serca!

 

Jaka pomoc jest Wam obecnie potrzebna?

– Każda możliwa i dostępna. My potrzebujemy wszystkiego i niczego nie mamy w nadmiarze. Chciałbym, by dzięki takim publikacjom opinia społeczna w Polsce dostrzegła, że emigracja nie zawsze oznacza wspaniałe życie. Chciałbym, by nasi polscy politycy przypomnieli sobie o nas, żyjących na obczyźnie, nie tylko przed wyborami, gdy chcą zdobyć nasze głosy. My, emigranci, jak już wspomniałem, jesteśmy dobrzy, gdy przywozimy lub przysyłamy do kraju nasze pieniądze, które zasilają polską gospodarkę. Jednak gdy my potrzebujemy pomocy, to musimy sobie radzić sami, i to robimy, bo nie mamy innego wyjścia. Jeżeli sami sobie nie pomożemy, to nikt się o nas nie zatroszczy. Miło by jednak było, gdyby polskie władze zechciały nas wesprzeć, pokazać, że nie zapominają o swoich obywatelach mieszkających na obczyźnie. Cóż, zobaczymy, co będzie, a że jestem romantykiem, to wierzę w ludzi, nawet polityków...

 

Czy są w planie kolejne inicjatywy na rzecz polskiej społeczności w Londynie?

– Tak, są. Angielski projekt, w tworzeniu którego pomagaliśmy, jest już praktycznie zakończony i zamyka drzwi w Wielki Czwartek. My, czyli Kwiaty Ludzkich Serc, dopinamy już sprawy organizacyjne związane z otwarciem naszego polskiego projektu. Jak Bóg pozwoli, będzie to od razu coś dużego. Mam na myśli schronisko i centrum dziennego pobytu dla bezdomnych oraz takie centrum do obsługi innych gości, czyli Polaków mieszkających w Londynie z ich rozlicznymi problemami. Mamy już psychologów, prawników, pracowników socjalnych i wielu wolontariuszy, którzy są gotowi poświęcić swój czas i umiejętności, by służyć innym, tym najuboższym. Wszystko powinno być gotowe na początku maja, choć wiele spraw wymaga jeszcze dopięcia.

Oczywiście to będzie zbyt mało, bo potrzeba znacznie więcej. Londyn jest wielkim miastem i potrzeba jest kilku takich ośrodków, by sprostać nawałowi spraw. Jest jeszcze cała Wielka Brytania, gdzie mieszkają również tysiące naszych rodaków. Na prowincji sytuacja naszych rodaków jest często nawet gorsza niż w Londynie.

Jakie są więc plany? My tworzymy imperium oparte na fundamencie zbudowanym z dobroci ludzkich serc. Dokąd dojdziemy? Wszystko w rękach Boga.

Dziękuję za rozmowę.

 


Była to druga część wywiadu z Krzysztofem Kawczyńskim. Pierwsza dostępna jest tutaj.

Maria Popielewicz

NaszDziennik.pl