logo
logo

Zdjęcie: Chensiyuan/ Licencja: CC BY-SA 3.0/ Wikipedia

Zachwyty nad Gortatem

Wtorek, 28 kwietnia 2015 (19:40)

Koszykarze Washington Wizards pewnie awansowali do drugiej rundy play-off ligi NBA, a bodaj najbardziej ich chwalonym zawodnikiem był Marcin Gortat. Jeśli już ktoś Polaka krytykował, to... on sam.

Wizards awansowali w imponującym stylu, błyskawicznie, potrzebując do tego ledwie czterech meczów. A przecież Toronto Raptors byli od nich wyżej notowani, a drużyna Gortata nigdy w swej historii nie przebrnęła fazy play-off bez porażki. Teraz to zrobiła, pokazując rewelacyjną koszykówkę. Gortat w tej sprawnie funkcjonującej maszynie był jednym z najlepszych i najważniejszych trybików.

W każdym ze wspomnianych spotkań zdobywał średnio po 17,3 pkt, co po czterech seriach meczów dało mu 24. miejsce w całej lidze, razem z kolegą z zespołu, Johnem Wallem. Nikt jednak nie był już skuteczniejszy od Polaka! Na 39 prób trafił bowiem aż 29, co dało mu imponującą średnią 74,4 procenta. Jakby tego było mało, łodzianin plasuje się na 14. pozycji wśród najlepiej zbierających (ze średnią 10,0) oraz 10 wśród blokujących (2 bloki na mecz). Jednak Gortat nie tylko rzucał. Często, bodaj najczęściej w karierze, asystował też kolegom, szczególnie przy ich rzutach za trzy. Wszystko to złożyło się na masę pochwał, jakie otrzymywał z każdej niemal strony. I jeśli ktoś już w tym wyszukiwał jakieś niedoskonałości, to... on sam.

– Skoro rywale zostawiają mi tyle swobody pod tablicami, to chyba znaczy, że uważają mnie za najsłabsze ogniwo drużyny – przyznał po czwartym spotkaniu z Raptors. Oczywiście z przymrużeniem oka, ale podkreślił, że w jego grze nadal można wiele elementów poprawić. – Gdybym grał perfekcyjnie, to chyba pobiłbym rekord Wilta Chamberlaina – zaznaczył. Ten legendarny zawodnik przeszło pół wieku temu w jednym spotkaniu rzucił równe sto punktów. 

Gortat stu punktów nie zdobędzie nigdy, ale Wizards bez niego nie sposób sobie wyobrazić. W obecnym sezonie przeżywał huśtawki nastrojów. Grywał już znakomicie, ale łapał też zadyszki. W pewnym momencie stracił też pełne zaufanie trenera, gdyż ten nie wpuszczał go na parkiet w kluczowych momentach meczów. Grywali wówczas inni, Polak przesiadywał na ławce. Teraz, w pla-off, wątpliwości już nie było. Gortat na boisku przybywał bardzo długo, także wtedy, gdy decydowały się losy pojedynków. Brał na swoje barki odpowiedzialność, rzucał, zbierał, pomagał ustalać odpowiednią na dany moment taktykę.

Na razie nie wiadomo, z kim Wizards zmierzy się w drugiej rundzie play-off, pewne jest tylko, że ich rywal będzie bardziej od nich zmęczony. W parze Atlanta Hawks – Brooklyn Nets, która wyłoni przeciwnika dla Gortata i spółki, jest bowiem remis 2:2. Dziś w nocy niżej notowani Nets wygrali po dogrywce 120:115 i wcale nie jest przesądzone, jak ta rywalizacja się zakończy. Może sensacją, bo w historii NBA na palcach można policzyć sytuacje, w których w play-off zespół z miejsca ósmego wyeliminował pierwszy.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl