logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: IAN LANGSDON/ PAP/EPA

Solskjaer - człowiek od niemożliwego

Czwartek, 7 marca 2019 (23:19)

Ole Gunnar Solskjaer w ciągu kilku miesięcy pracy w Manchesterze United zdobył pełne zaufanie piłkarzy. Rozkochiwać w sobie kibiców nie musiał, bo ci go uwielbiali i uwielbiają bez względu na wszystko, a działaczom dał tyle argumentów, że ci będą chyba szaleńcami, jeśli nie przedłużą z nim umowy. Aha, przy tym wszystkim Norweg dokonał też niemożliwego.

Jeszcze w pierwszej połowie grudnia za starami United zasiadał Jose Mourinho. Trener mawiający o sobie „The Special One” i mający o sobie wysokie mniemanie. Portugalczyk został owacyjnie powitany na Old Trafford, ale z każdym miesiącem rosło zmęczenie jego osobą. W końcu sięgnęło zenitu, a z szatni zaczęły dobiegać – słyszalne coraz głośniej – słowa niezadowolenia piłkarzy. Niektórzy z nich wprost przekonywali, że będą chcieli jak najszybciej klub opuścić. Po 17. kolejkach zmagań obecnego sezonu United zajmowali szóste miejsce w tabeli Premier League. Do prowadzącego Liverpoolu tracili 19 punktów, mieli na koncie tylko siedem zwycięstw i aż pięć porażek. Wtedy działacze nie wytrzymali i wyrzucili Mourinho z pracy.

Po kilkudziesięciu godzinach zatrudnili Solskjaera, który jeszcze nie tak wcale dawno zdobywał na Old Trafford najważniejsze bramki. Ikonę Manchesteru, która pracowała od kilku lat w FK Molde. Gdy United zgłosili się doń z propozycją, nikt nie robił problemów. Dla młodego szkoleniowca, dla norweskiego klubu, oferta z MU była zaszczytem.

Wtedy mówiło się, że Solskjaer trafi na Old Trafford na krótki okres. Do końca sezonu, skazywanego na straty. Działacze już poszukiwali kogoś z głośnym nazwiskiem, jakiejś wielkiej trenerskiej sławy, a dziś… Dziś Ole Gunnar słyszy, że United powinni postawić mu pomnik.

Szatnię zdobył błyskawicznie. Piłkarzy na boisku poukładał. Nie bał się odważnych decyzji, takich choćby, jak posyłanie do boju młodzieży czy piłkarzy, co do których Mourinho miał wyrobione zdanie. Złe. Efekty przerosły wyobrażania. Dość bowiem powiedzieć, że na krajowym podwórku, pod wodzą Solskjaera, zespół dwa mecze zremisował, a pozostałe wygrał! W tabeli Premier League przesunął się na czwarte miejsce, do wciąż świetnie sobie poczynającego Liverpoolu traci tylko 13 punktów, gra, zachwyca, po piłkarzach widać, że dostali skrzydeł.

Przegrał tylko raz – na własnym stadionie w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów, z Paris Saint-Germain 0:2. Nie tylko wynik, ale i przebieg spotkania nakazywał widzieć we Francuzach murowanych faworytów rewanżu. Szczególnie, że United musiał do niego przystąpić bez siedmiu kluczowych piłkarzy, w tym swojej gwiazdy, Paula Pogby.

I co zrobił Solskjaer? Przede wszystkim nie narzekał. Cały czas wypowiadał się z wiarą w podopiecznych, próbując ich wypełnić przekonaniem, że nic nie jest stracone. Postawił na piłkarzy z drugiego planu, na młodych, na debiutantów. Pewni siebie paryżanie już w 2. minucie otrzymali pierwszy cios, a potem United być może nie zachwycał, ale robił swoje, cały czas realizując taktykę nakreśloną przez Norwega.

– Manchester nie jest klubem, który wybiega na boisko w roli skazanego na porażkę, choćby nie wiadomo co się działo. Odpowiedzialność musieli na swoje barki wziąć młodzi, ci, którzy do tej pory nie grywali za często, ale nie mieli nic do stracenia. Powiedziałem im, by na boisku po prostu wyrazili siebie. Wiedzieliśmy, że będziemy zmuszeni do bronienia jak nigdy wcześniej i biegania jak nigdy wcześniej, lecz się tego nie przestraszyliśmy. Czekaliśmy cierpliwie na swoje szanse i się doczekaliśmy – stwierdził Solskjaer.

I Manchester dokonał niemożliwego. Odwrócił losy rywalizacji, po rzucie karnym wykorzystanym w doliczonym czasie gry wygrał 3:1 i awansował do ćwierćfinału. Przeszedł przy tym do historii, bo do tej pory drużyna, która w pierwszym meczu u siebie przegrała 0:2, zawsze w Lidze Mistrzów odpadała.

– Miałem nadzieję, że chłopacy będą wierzyć do końca. W piłce wszystko jest przecież możliwe, szczególnie w takim klubie jak Manchester – podkreślił 46-letni Norweg.

Po meczu w Paryżu były kolega Solskjaera z boiska, Gary Neville, zadał mu trzy proste pytania: jak długi ma być jego kontrakt, ile chce zarabiać i gdzie ma zostać postawiony jego pomnik. Norweg, który przecież wciąż nie jest pewien, czy pozostanie na Old Trafford, odpowiedział jak zwykle. Skromnie, bo to skromny człowiek. – Będą robił, co w mojej mocy, a jak będzie decyzja klubu, zobaczymy.

A może być jedna. W Manchesterze, zarówno na trybunach, jak i w szatni, nikt nie wyobraża sobie bowiem, by zespół mógł poprowadzić ktoś inny.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl