logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Piotr Nowak/ PAP

Wyniki? Tak, one cieszą…

Poniedziałek, 25 marca 2019 (22:41)

W meczu z Łotwą, drugim w eliminacjach do Euro 2020, dobry był wynik – 2:0. Reszta zrobiła dużo gorsze wrażenie, szczególnie gra piłkarskiej reprezentacji Polski. Na pewno – do mocnej poprawy.

Niby jest dobrze. 1:0 z Austrią, potem 2:0 z Łotwą. Dwa mecze, dwa zwycięstwa, zero straconych bramek. W XXI wieku od dwóch zwycięstw nasza reprezentacja eliminacje do wielkich imprez rozpoczęła tylko dwukrotnie. Pod koniec 2000 roku, za kadencji Jerzego Engela, pokonała po 3:1 Ukrainę i Białoruś w walce o mundial 2002, a w 2014, za szefostwa Adama Nawałki, wygrała 7:0 z Gibraltarem oraz 2:0 z Niemcami, rywalizując o Euro 2016. Brzęczek poszedł w ich ślady, na dzień dobry też zanotował dwie wygrane. Skąd zatem narzekania, skoro w futbolu wynik jest najważniejszy, a o stylu po miesiącach wszyscy zapominają? Ano niekoniecznie…

Niekoniecznie dlatego, że reprezentacja Polski nie gra tak, jak grać by mogła i powinna. Meczu z Austrią nie rozpatrujemy – był pierwszy w eliminacjach, wyjazdowy, z teoretycznie najtrudniejszym rywalem w wyścigu o awans. Po nim twierdzenie, że „liczył się wynik”, można było uzasadnić. Ale już pojedynek z Łotwą pokazał, że w biało-czerwonej maszynie nie wszystkie trybiki funkcjonują jak należy. A to miało prawo zaniepokoić, szczególnie że z tą ekipą, najsłabszą w grupie G, nasi przeżywali ogromne męczarnie, będąc krok od katastrofy.

Zagrali źle. Po prostu. To pierwsze, co nasuwa się na myśl. Szczególnie do przerwy na ich poczynania patrzyło się ciężko i z uzasadnionym pytaniem, w których koszulkach biegają gwiazdy Bundesligi, Serie A? Przez 45 minut na palcach można było policzyć płynne, zespołowe akcje, w których Polacy wymienili kilka podań, zdobyli pole, oszukali rywali, doprowadzili do zagrożenia pod ich bramką. Uparcie próbowali za to grać skrzydłami, a jak już Kamil Grosicki czy Piotr Zieliński otrzymywali piłkę, to od razu starali się ją wrzucać w pole karne. Szybko, a wiadomo, że jak człowiek coś robi szybko, to nietrudno o niedokładność. Na PGE Narodowym tej niedokładności i chaosu było mnóstwo. Dziwiło to o tyle, że szczególnie Zieliński potrafi zagrać piłkę nieszablonowo, po ziemi, jednym podaniem wyprowadzając w pole przeciwną defensywę. Do przerwy Polacy oddali dwa strzały. Jedną jedyną świetną okazję zmarnował Robert Lewandowski, który też był najbliżej bramki, podczas gdy w innej sytuacji, sprytnym strzałem, trafił w słupek.

Łotysze, paradoksalnie, byli groźniejsi. Mimo że dysponują mniejszymi umiejętnościami, starali się grać bardziej agresywnie, zdecydowanie, nie obawiali się pojedynków, podejmowali ryzyko. Kilka razy zabrakło im kropki nad i, wykończenia, a Wojciech Szczęsny musiałby bić na alarm.

Miał rację Lewandowski, mówiąc po meczu w Wiedniu, że reprezentacja Polski ma problem z rozegraniem dwóch kolejnych dobrych spotkań po sobie. Wtedy, co prawda, wyrażał nadzieję, że to przeszłość, jednak okazało się, że niekoniecznie.

W drugiej połowie na szczęście Biało-Czerwoni znaleźli drogę do bramki rywali. Nie, nie dlatego, że nagle zaczęli grać inaczej. Nie, jako całość, jako zespół, nadal prezentowali się źle. Ale dysponowali indywidualnościami. Sporym ożywieniem okazało się wejście na boisko Jakuba Błaszczykowskiego. Chyba tym jednym występem, krótkim, były kapitan reprezentacji i zarazem rekordzista pod względem liczny występów w narodowych barwach uciszył krytyków. Nadal jest bowiem kadrze potrzebny. Nadal może w niej odgrywać ważne role. Nawet – wchodząc z ławki. Rozruszał zespół.

Pierwszego gola nasi zawdzięczali jednak krytykowanemu Arkadiuszowi Recy. Owszem, nie rozgrywał dobrego meczu, dawał się ogrywać, ale w 76. minucie to on zdecydował się na odważne wejście w pole karne, idealnie dograł piłkę do Lewandowskiego, który strzałem głową zrzucił kamień z serca swojego, kolegów, Brzęczka, kibiców.

O tym trafieniu zadecydowały indywidualności. Akcja Recy, strzał „Lewego”. Niedługo później idealnie z rzutu rożnego dośrodkował Błaszczykowski, a na 2:0 podwyższył Kamil Glik.

Przed Brzęczkiem i jego podopiecznymi mnóstwo pracy. Wyniki mogły ucieszyć, ale styl reprezentacji nadal pozostawia wiele do życzenia. Przeciw Łotwie najlepsi na boisku byli Lewandowski i… Szczęsny, czego akurat w tym meczu mało kto się spodziewał. Nie zawiódł Błaszczykowski. Nieźle wypadł, choć gola nie zdobył Krzysztof Piątek. Ogromnej poprawy wymaga natomiast środek pola, bo Mateusz Klich i Grzegorz Krychowiak oczekiwanej jakości nie pokazali. A to bardzo newralgiczna pozycja, bo przecież kreująca grę. Tymczasem w niedzielę Polacy mieli wiele problemów z rozgrywaniem, nie potrafili narzucić swoich warunków, ani razu nie zmusili rywali do rozpaczliwej obrony, a zakładaliśmy, że właśnie tak spotkanie na Narodowym może wyglądać. Tymczasem więcej niż dokładnych podań, rozmontowujących łotewską defensywę, było prostych strat, po których groźnie robiło się pod bramką Szczęsnego.

Jest nad czym pracować. Wiedzą to wszyscy – i selekcjoner, i jego podopieczni. Kolejne mecze Polska rozegra w czerwcu, na wyjeździe z Macedonią Północną i u siebie z Izraelem.

 

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl