logo
logo
zdjęcie

Ewa Swoboda Zdjęcie: VALDRIN XHEMAJ/ PAP/EPA

Nasi na medal

Poniedziałek, 4 marca 2019 (21:44)

Na polskich lekkoatletach możemy polegać jak na Zawiszy. Biało-Czerwoni swój potencjał udowodnili tym razem w Glasgow, gdzie po raz drugi z rzędu zdominowali halowe mistrzostwa Europy, wygrywając ich klasyfikację medalową.

Są silni, są mocni, przekonani o swojej wartości, a gdy stają w blokach startowych, niestraszne im nic i nikt. Wiedzieliśmy o tym, nikt tego nie musiał przypominać, bo nasi lekkoatleci od lat przywożą medale z najważniejszych imprez, pisząc po drodze wspaniałą historię tej dyscypliny. Od piątku do niedzieli walczyli, tym razem w Glasgow, o medale halowych mistrzostw kontynentu. Jadąc tam, wspominali o planach zdobycia kilkunastu, czyli liczby dwucyfrowej, mówili też o ambitnych planach wygrania klasyfikacji medalowej. Ten drugi cel wydawał się jednak szalenie trudny do zrealizowania, biorąc pod uwagę to, że zawody odbywały się w Wielkiej Brytanii. A Brytyjczycy też lekkoatletyką stoją, też są niezwykle mocni i zdeterminowani, by w Europie znów stać się punktem odniesienia dla innych.

Polskie kolekcjonowanie medali rozpoczął w piątek Michał Haratyk, wygrywając rywalizację kulomiotów. Bądźmy szczerzy: byliśmy pewni, że w tej konkurencji nasz rodak stanie na najwyższym stopniu podium, a na „pudle”, łącznie, widzieliśmy dwóch Polaków. Ten drugi, Konrad Bukowiecki, jednak zawiódł. Odpadł już w eliminacjach, nie awansował do finału. Tyle że miał usprawiedliwienie: przed mistrzostwami przez dwa tygodnie chorował na grypę. Ile przez to stracił, jak odbiła się ona na jego formie, łatwo można odpowiedzieć.

Podobne problemy, ze zdrowiem i kontuzjami, dopadły kilku innych Biało-Czerwonych. Przetrzebiły dla przykładu niemal w całości męską sztafetę 4 x 400 m, która w innym wypadku powalczyłaby o złoto. Do Glasgow w ogóle nie przylecieli Łukasz Krawczuk i Jakub Krzewina, a już na miejscu urazu nabawił się Karol Zalewski. By w ogóle wystartować, trenerzy musieli sięgnąć do rezerwy rezerw, a konkretnie po Dariusza Czykiera, który lekkoatletą jest bardzo dobrym, ale specjalizuje się w biegu sprinterskim przez płotki, a 400 m po raz ostatni biegł w… 2013 roku. Tymczasem panowie powalczyli fantastycznie, byli o krok od medalu, a Czykier, biegnący na ostatniej zmianie, dał z siebie chyba więcej, niż mógł. – Gdy wziąłem pałeczkę, wiedziałem, że biegnę nie tylko dla siebie, ale dla chłopaków, dla Polski. Tylko sercem byłem w stanie to uczynić – przyznał.

Polska sztafeta medale jednak zdobyła. Pań. Złoty. Tym razem wystąpiła w składzie Anna Kiełbasińska, Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik oraz Justyna Święty-Ersetic i choć Kiełbasińska była debiutantką w tym gronie, trudno było mówić o niej jako o „debiutantce”, ponieważ to świetna biegaczka. Trener Aleksander Matusiński uznał, że będzie wzmocnieniem teamu, i się nie pomylił. Polki od początku do końca prowadziły, pędząc do mety tempem niedoścignionym dla rywalek.

Dla Święty-Ersetic i Baumgart-Witan ten start, ten medal miały wyjątkowe znaczenie, bo pozwoliły im zapomnieć o nieudanym występie indywidualnym. Polki przyjechały do Glasgow jako liderki światowych rankingów, po medale, a tymczasem tylko Święty-Ersetic zdołała awansować do finału, w którym nie odegrała większej roli. Jeśli już możemy zatem mówić o jakimś delikatnym zawodzie związanym z mistrzostwami, to dotyczył on tych dwóch zawodniczek. Oczywiście każdy ma prawo do słabszych momentów... i na tym poprzestańmy.

Bo chwil radosnych było więcej. Choćby w porywającym konkursie skoku o tyczce, gdzie Paweł Wojciechowski z Piotrem Liskiem stoczyli piękną walkę o zwycięstwo. Minimalnie lepszy okazał się w niej Wojciechowski, pokonując mimo wszystko faworyzowanego kolegę z reprezentacji. By wygrać, musiał poprawić rekord życiowy, i to zrobił, skacząc 5,90 m.

Swój nieprzeciętny talent potwierdziła też Ewa Swoboda. Jest, jaka jest, ale od pewnego czasu pracuje ze zdwojoną siłą, bo zrozumiała, że nie ma innej drogi. A praca, w połączeniu z jej potencjałem, zaowocowała mistrzostwem Europy w biegu na 60 m. Na mecie wyprzedziła utytułowaną Holenderkę Dafne Schippers oraz broniącą tytułu Brytyjkę Ashę Philip. Warto dodać, że w tym sezonie Swoboda wygrała 14 z 15 startów w hali. 11 razy pobiegła w czasie poniżej 7,15 s.

Na najwyższym stopniu podium stanął również Marcin Lewandowski, wygrywając bieg na 1500 m. Wygrywając po profesorsku. Pokonał bowiem ten dystans niczym wielki mistrz, z ogromną pewnością siebie i przekonaniem, że nikt i nic nie odbierze mu złotego medalu. Od początku kontrolował rywali, gdy trzeba było, włączył wyższy bieg, wyprzedził wszystkich, a kiedy już znalazł się na czele, na czele pozostał aż do mety. Mówiąc krótko: to była poezja.

Na 1500 m pięknie walczyła też Sofia Ennaoui. Bądźmy szczerzy: szans na złoto nie miała, bo Brytyjka Laura Muir była poza zasięgiem. Ale Polka okazała się najlepsza spośród wszystkich pozostałych, a sposób, w jaki powalczyła o srebro z Irlandką Ciarą Mageean, przypomniał, iż jest dziewczyną nie tylko obdarzoną wielkim talentem, ale i ogromnym sercem do walki, charakterem i pasją.

Siedem medali, w tym pięć złotych, dało Polsce pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej mistrzostw. Kolejne już pierwsze miejsce, bo podobnie było przed dwoma laty w Belgradzie. Wtedy medali było więcej (12, w tym 7 złotych), lecz nie ma potrzeby zawracać sobie głowy liczbami. W Glasgow nasi mieli też problemy, kilku gwiazd w ogóle zabrakło, jak Adama Kszczota, który pewnie wygrałby w cuglach rywalizację na 800 m. Nasza lekkoatletyka ma się dobrze, gwiazdy, ci, których typowaliśmy do sukcesów, sukcesy w zdecydowanej większości odnieśli. Jeśli czegoś zabrakło, to niespodzianek. Medali zawodników, którzy by na tych zawodach nagle się pojawili i objawili. Młodych talentów, wcześniej szerzej nie znanych. Z drugiej strony wiemy, że takowe są i możemy liczyć, że prędzej czy później o nich świat usłyszy. A na razie wypada życzyć naszym, by z równie dobrej strony zaprezentowali się w sezonie najważniejszym, letnim.

Piotr Skrobisz

NaszDziennik.pl