logo
logo

Zdjęcie: Waka77/ Domena publiczna

Tokio 2020. Jak się przygotować?

Piątek, 1 maja 2020 (11:16)

Były mistrz świata i trzykrotny uczestnik igrzysk olimpijskich judoka Rafał Kubacki uważa, że przesunięcie igrzysk w Tokio to rozsądna decyzja, ale są też negatywne aspekty. – Na pewno wpłynie to na wyniki. Starsi sportowcy mogą mieć kłopot z kolejnym okresem przygotowawczym – powiedział PAP.

Przesunięcie igrzysk w Tokio to była chyba jedyna możliwa decyzja w sytuacji kiedy na świecie szaleje pandemia koronawirusa. Dla sportowców to jednak trudna sytuacja.

– Same igrzyska to nie tylko wielkie święto sportu, ale także wielkie przedsięwzięcie gospodarcze. Mało kto może sobie pozwolić na majstrowanie przy nich. Japonia ma już jednak doświadczenie w organizacji tego typu imprez. Dlatego uważam, że to była przemyślana i rozsądna decyzja, ale chyba wpłynie na wyniki sportowe. Myślę o zawodnikach którzy przygotowywali się na konkretny moment, konkretny rok i zostali z niczym. W przypadku starszych sportowców może być kłopot z okresem przygotowawczym. Będą musieli trochę inaczej do niego podejść, bo będą starsi o rok.

Nie jest tak, że można w przygotowaniach powtórzyć to samo, co było rok temu, bo okoliczności są inne.

– W bliskich mi sportach walki w wyższych kategoriach wagowych im starszy zawodnik, tym lepszy, jest jak stare wino. Ale to też nie do końca tak działa. Dla sportowca niezmiernie trudne jest teraz powstanie i wejście ponownie w przygotowania, zwłaszcza że sytuacja nie jest łatwa. Weźmy to, co mamy teraz w Polsce. Albo sportowcy trenują gdzieś indywidualnie, albo czekają na rozwój wypadków. Innego wyjścia nie ma. Nie wiemy jednak jak sytuacja będzie wyglądać w przyszłym roku, jak będzie wyglądać jesienią. Nie ma punktów odniesienia, konkretnych dat. W judo punkty, które uzyskali zawodnicy w kwalifikacjach będą zaliczone i chociaż to jest dobre, bo nie wyobrażam sobie, co by czuli sportowcy, gdyby zaczynali wszystko od nowa.

Ważną rolę w takim wypadku odegra psychika zawodnika.

– Bardzo ważną. Zawodnicy żyją skoncentrowani na zbliżających się igrzyskach. Trudno jednak taką koncentrację utrzymać jeszcze przez kolejny rok. To będzie bardzo duże wyzwanie przed sztabami szkoleniowymi poszczególnych dyscyplin i oczywiście też zawodników. Zwłaszcza, że nikt nie wie, kiedy wróci normalność, kiedy będzie można zacząć normalnie trenować.

W takim wypadku chyba trudno cokolwiek planować?

– My jesteśmy akurat dyscypliną z bezpośrednim kontaktem i patrząc na program odmrażania gospodarki jesteśmy na samym końcu otwarcia. I to mnie bardzo martwi. Nie jesteśmy wioślarzami, nie uprawiamy biegów, gdzie można wyjść na otwarty teren i można trenować. My musimy mieć partnera czy partnerów, z którymi będziemy ćwiczyli. I to jest teraz dla nas największe wyzwanie. To będzie zresztą problem we wszystkich sportach kontaktowych. Pewne elementy można wyćwiczyć samemu, ale do pewnych jest potrzebny rywal. Nie ma innego wyjścia, nie ma innej drogi. Wierzę, że jakiś złoty środek się znajdzie.

To poszukajmy pozytywów – niektórzy mają rok więcej na podniesienie umiejętności.

– Są zawodnicy, którzy dopiero wspinają się w górę, chcą wejść na platformę, gdzie już są medaliści mistrzostw mający ugruntowaną pozycję. Dla tych pierwszych ten rok to może rzeczywiście być szansa wzbogacenia umiejętności. Ale same umiejętności to nie wszystko, bo jest jeszcze psychika. Mam takich zawodników, którzy mają umiejętności na wysokim poziomie, ale jak przychodzą zawody, zobaczą losowanie, to już ich nie ma. Tak zwany syndrom odciętej głowy. Dlatego ja bym nie przeceniał tego roku więcej na dotrenowanie i podniesienie swoich umiejętności. Zwłaszcza, że okoliczności są niezwykłe i trzeba to sobie wszystko poukładać w głowie.

Pojawiły się już jednak chyba pewne syndromy powrotu do normalności – niebawem mają zostać otwarte dwa centralne ośrodki sportowe w Wałczu i Spale.

– Pytanie – do czego w tych ośrodkach sportu zawodnicy mają się przygotowywać? Przecież nie do igrzysk. Ostatnia wielka impreza, czyli mistrzostwa Europy w lekkoatletyce też została odwołana. Żadna w tej chwili federacja sportu nie zagwarantuje, że dana impreza się odbędzie. Mistrzostwa Europy w judo może odbędą się w listopadzie. Ale podkreślam – może. Sportowcy zostaną skoszarowani i będą jakby cały czas w kwarantannie. Do kiedy? Do końca roku? Ja bym osobiście się na to nie zdecydował. Dlatego nie dziwię się, że niektórzy nie chcą tam jechać i wolą trenować w swoich rodzinnych miastach.

Ale na razie nie mogą trenować na swoich obiektach, a w COS będą mieli tę możliwość.

– Właśnie tego nie rozumiem. Otwarte mają być galerie handlowe, gdzie gromadzą się setki osób, a nawet tysiące, ale nie można wejść na halę sportową, gdzie będzie ćwiczyć cztery, pięć osób. Zwłaszcza, że sportowcy są bardziej karni i świadomi zagrożeń. Sportowcy wiedzą jak dużo ryzykują i nie będą się niepotrzebnie narażać. Szkoda, że wcześniej nie zapytano samych sportowców, jakie wolą rozwiązanie, co byłoby dla nich najlepsze.

To na koniec zapytam o polskie nadzieje w judo na igrzyska w Tokio – jest szansa na medal?

– Nie chcę mówić nazwiskami, dlatego odpowiem inaczej – bardziej liczę na sukces w żeńskim judo, bo jest już grupa, która ma kwalifikacje i z tej grupy dwie zawodniczki moim zdaniem mają szansę na wysokie miejsca punktowane. Nie chcę mówić o medalu, ale on też może być. Problemem jest szukanie sukcesu w męskim judo. Panowie dostali szanse od losu, aby jeszcze mogli się przygotować i może jeszcze się ktoś wyłoni. Na dzisiaj takiego stuprocentowego kandydata na dobry wynik nie widzę.

JG, PAP

NaszDziennik.pl