Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk w wywiadzie udzielonym dziennikarce Polsatu News przyznał, że kierowanie pracami tego organu nie idzie mu najlepiej i w związku z rosnącym niezadowoleniem coraz większej liczby krajów członkowskich może się skończyć na pierwszej, 2,5-letniej kadencji.
Rzeczywiście na urzędowanie przewodniczącego Tuska przypadła zarówno kolejna fala greckiego kryzysu, jak i wojna na Ukrainie, a ostatnie miesiące to z kolei kryzys migracyjny, który tak naprawdę dopiero się zaczyna.
Z wywiadu Tuska wyziera jego bezradność, brak merytorycznego przygotowania do codziennej żmudnej pracy, przyzwyczajenia do tego, że decyzje tego gremium powstają podczas wielotygodniowego ucierania się stanowisk wszystkich krajów członkowskich.
A przecież według zapowiedzi polityków Platformy i wspierających ich mediów w Polsce z okresu, kiedy Donald Tusk zostawał przewodniczącym Rady Europejskiej, miał być nie tylko – jak go nazywano – „prezydentem Europy”, ale też bardzo ważną osobą, z którą mieli się liczyć czołowi światowi przywódcy.
Nic takiego nie ma niestety miejsca, Donald Tusk jest często traktowany w instytucjach europejskich jak piąte koło u wozu (obserwuję to z bliska w Parlamencie Europejskim), nie rozpoczyna żadnych ważnych merytorycznych dyskusji o problemach UE, nie organizuje konferencji prasowych i prawie nie spotyka się z dziennikarzami, którzy są licznie zgromadzeni w Brukseli.
Ba, coraz częściej europejska biurokracja wspomina z sentymentem poprzednika Tuska na tym stanowisku, byłego belgijskiego premiera Hermana Van Rompuya, który wprawdzie został kiedyś określony przez przywódcę jednej z frakcji w PE Nigela Farage’a jako „urzędniczyna w zarękawkach” i „człowiek o charyzmie mopa”, ale teraz okazuje się, że jego wiedza i kwalifikacje są dla naszego byłego premiera wręcz niedoścignionym wzorem.
Już pierwsze 100 dni Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady nie zostało ocenione pozytywnie przez dziennikarzy zajmujących się na co dzień funkcjonowaniem instytucji europejskich.
„Niewyraźny, niewidoczny, mglisty, bełkotliwy” – to przymiotniki, których najczęściej używali dziennikarze zagraniczni opisujący działalność przewodniczącego Rady po 3 miesiącach jego obecności w Brukseli.
Jeśli chodzi o kryzys ukraiński, „gdzieś zniknął” i negocjacje z Rosją „oddał w całości duetowi Merkel – Hollande”, a coraz trudniejszą sytuacją w strefie euro w ogóle się nie interesuje – to były wtedy główne komentarze dziennikarzy interesujących się na co dzień funkcjonowaniem instytucji europejskich.
Zresztą podobne odczucia w stosunku do sposobu funkcjonowania Rady pod przewodnictwem Tuska od dłuższego czasu mają kraje nadbałtyckie i inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej, a także mniejsze kraje tzw. starej Unii.
Przywódców tych państw coraz bardziej irytuje, że Tusk uzgadnia nawet agendę posiedzeń Rady najpierw z Merkel i Hollande’em, a także główne konkluzje szczytu, i to jest punkt wyjścia do debaty wszystkich przywódców 28 krajów UE.
Coraz częściej dostrzegają to także dziennikarze i eksperci pracujący w Brukseli, i oni także Tuska nie oszczędzają, a ten w rewanżu unika konferencji prasowych, a jak już do nich dochodzi, najczęściej odczytuje tylko komunikaty i nie odpowiada na żadne pytania.
Tradycyjnie dobrą prasę ma Donald Tusk tylko w Niemczech, ale temu trudno się dziwić, wszak nawet Martin Schulz, przewodniczący Parlamentu Europejskiego z tego kraju, nie prezentuje tak proniemieckich zachowań jak były polski premier.
W wywiadzie dla Polsat News, wprawdzie nie wprost, ale potwierdza wszystkie te zastrzeżenia do swojego kierowania pracami Rady i z rezygnacją mówi o braku planów na przyszłość, a nawet pozwala sobie na sugestię, „że jak zakończy tę kadencję, to nie będzie szukał innego zajęcia”.

