logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Bruksela wyłączyła rozum

Środa, 12 września 2018 (22:25)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II i w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Parlament Europejski opowiedział się dzisiaj za uruchomieniem art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej wobec Węgier, dając tym samym zielone światło Komisji Europejskiej. Mamy powtórkę z historii, gdzie po Polsce lewicowe brukselskie elity atakują kolejny kraj?

– Dokładnie tak, tylko jest pytanie: jak się to wszystko zakończy? Po pierwsze, mamy do czynienia z testowaniem tych procedur i de facto bezrefleksyjnej polityki na krajach Europy Środkowej, co przybiera formę pewnej manifestacji czy wręcz jest próbą zastraszania tych, którzy nie chcą się podporządkować dyktatowi większych, silniejszych. Pojawiły się nawet głosy, że sprawy Polski i Węgier mogłyby być połączone, a wniosek co do ewentualnych sankcji przeciwko Warszawie i Budapesztowi byłby głosowany wspólnie, tylko po to, żeby na ostatnim etapie – na forum państw członkowskich, gdzie wymagana jest jednomyślność – Polska nie mogła głosować przeciwko art. 7 wobec Węgier, a Węgry przeciwko sankcjom wobec Polski. Gdyby tak się stało, że doszłoby do wspólnego głosowania, to byłby to absolutnie absurd, gdyż równie dobrze Komisja Europejska – na podstawie tych samych artykułów – może atakować, powiedzmy, Włochy i antyimigrancki rząd w tym kraju czy, dajmy na to, Austrię, a wspólne głosowania byłyby kuriozalne. Wprawdzie – jak się okazuje – jest to fake news, ale to pokazuje, że być może mamy do czynienia z sondowaniem nastrojów i reakcji poszczególnych państw wobec takich pomysłów. Tak czy inaczej działania europarlamentu nie przyniosą żadnego realnego skutku, a takie czy inne manifestacje bardziej Unię dzielą, niż łączą. Mamy tu bowiem do czynienia z działaniami nakierowanymi na rozbicie Europy. Cała ta sytuacja pokazuje, że wśród elit europejskich, w kręgach brukselskich rozum został całkowicie wyłączony, a pierwsze skrzypce gra ideologia. Ponadto oznacza to wzmocnienie koalicji narodowej między Polską a Węgrami.

Następnym atakowanym państwem ma być Rumunia. Jak tak dalej pójdzie, to większość państw członkowskich może być zagrożona. Gdzie wobec tego jest ta Unia suwerennych państw? 

– W tej sytuacji może warto byłoby poddać pod głosowanie europarlamentu wotum nieufności wobec Komisji Europejskiej. Przecież podczas obecnej kadencji mamy brexit, mamy też gigantyczny kryzys polityczno-finansowy strefy euro, mamy poważny kryzys migracyjny, który w wielu krajach wywołał wstrząsy polityczne, skutkiem czego jest dojście do głosu partii antyimigranckich, jak AfD w Niemczech, podobnie też w Austrii czy Szwecji. Jest to zatem działanie destrukcyjne dla całej Unii Europejskiej, dlatego to Komisja Europejska powinna być przedmiotem debaty i celem oskarżeń, bo nie mając żadnych podstaw, atakuje poszczególne kraje, działając poza prawem. Polityka migracyjna jest przecież prowadzona wbrew traktatom o Unii Europejskiej, ale to pokazuje, że w Unii rządzą układy ideologiczne. I tu zgodziłbym się z panem redaktorem, że jest to działanie absurdalne, autodestrukcyjne, bo wystarczy sobie uzmysłowić, że za rok będą wybory do Parlamentu Europejskiego i wiele wskazuje, że nie będzie już przewagi euroentuzjastów, a nawet można by spekulować, że eurosceptycy dojdą do głosu. Wystarczy tylko spojrzeć, jak się układają głosy do parlamentów krajowych we Włoszech, w Szwecji czy Austrii, ale też w państwach środkowoeuropejskich. W związku z czym za rok możemy mieć do czynienia z zupełnie inną konstrukcją, z zupełnie inną Komisją Europejską, natomiast to, co w tej chwili robią eurokraci, to – w moim przekonaniu – napędzają tylko głosy eurosceptyczne. Ale na tym polega cały absurd, gdzie prym zaczyna wieść ideologia, a zamiast racjonalnych rozwiązań  mamy działanie w imię utopijnych zasad.

Nie widzą jednak, że coraz bardziej brną?

– Wydaje się, że przewodniczący Jean-Claude Juncker, mówiąc o rządach prawa, tak naprawdę miał na myśli rządy ideologiczne, których jest sługą. Co by nie powiedzieć, jest on sługą ideologii rewolucji kulturowej, która ma przeorać Europę i zmienić ją zarówno od strony społecznej, jak i kulturowej. Słowa Junckera na forum europarlamentu to mowa trawa człowieka, który jest uwikłany ideologicznie, a zarazem służy tylko wielkim graczom na unijnej scenie, a nie jest arbitrem czy tym, który dba, aby były realizowane interesy wszystkich państw członkowskich, a nie tylko wybranych.

Jaki dorobek zostawia po sobie obecna odchodząca powoli Komisja Europejska?

– Zostawia po sobie Europę podzieloną jak nigdy dotąd, pozostawia Europę, która musi przejść przez brexit i negocjacje wyjścia z Unii Wielkiej Brytanii, co jest, jak wiemy, pierwszym takim przypadkiem w historii. Ponadto spuścizną obecnej Komisji Europejskiej – jej działań – jest mocno zideologizowana Europa. W związku z tym, gdybyśmy mieli podsumować to, co po sobie pozostawia Komisja Europejska w obecnym składzie, to wyłania się obraz Europy dużo, dużo gorszy, niż to miało miejsce jeszcze kilka lat temu.   

Powróćmy jeszcze do głosowania w sprawie uruchomienia art. 7 wobec Węgier. Po co ta cała gra, skoro wynik głosowania w Radzie Europejskiej jest raczej przesądzony i sankcje na Polskę czy na Węgry de facto nie zostaną nałożone?

– Przede wszystkim mamy do czynienia z kolejną odsłoną ataku na demokratycznie wybrany rząd, tym razem węgierski, który cieszy się ogromnym poparciem w swoim kraju i to jest ponad wszelką wątpliwość. Być może mamy też do czynienia z dalekosiężną grą obliczoną na Europę podzieloną, na tzw. Europę dwóch prędkości, czyli na realne rozbicie Unii Europejskiej. Trudno więc jednoznacznie powiedzieć, po co to wszystko, ale z drugiej strony jest to, tak jak wspomniałem, wyżywanie się ideologów, którzy widzą, jak bankrutuje ich multikulturalna wizja Europy, która spowodowała gigantyczne konflikty cywilizacyjne. Wobec powyższego jest to być może pewna forma odreagowania, a zarazem próba wmówienia, że to nie ideolodzy, ich wizje i działania są przyczyną tego stanu rzeczy, tylko przyczyna leży po stronie tych, którzy przestrzegali, że ta multikulturalna wizja okaże się katastrofalna w skutkach. Mamy zatem do czynienia z działaniem w zaparte, z próbą odwrócenia kota ogonem i próbą zrzucenia odpowiedzialności na tego, który przestrzegał, że będzie katastrofa, a nie na tego, kto tę tragedię spowodował.  

Czy Węgry mogą wystąpić z Europejskiej Partii Ludowej, której większość zagłosowała przeciwko Budapesztowi?

– Trudno powiedzieć. W pewnym sensie wynik tego głosowania może wskazywać na porażkę czy może raczej na pewną lekcję dla premiera Orbána. Większość frakcji EPP, do której należy partia Fidesz – poza niektórymi posłami z Włoch i Hiszpanami, którzy mają problemy w związku z sytuacją w Katalonii – jednak zagłosowała za art. 7, a tym samym przeciwko Węgrom. To pokazuje, że wszelkie koalicje w tym europejskim gronie są słabe i nietrwałe. Przypomnijmy, że Viktor Orbán ze względu na solidarność wewnątrz swojej frakcji EPP nie zagłosował z Polską przeciwko Donaldowi Tuskowi – niemieckiemu kandydatowi na drugą kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej, a dzisiaj jego frakcyjni koledzy i koleżanki odpłacają mu się w sposób bardzo niewdzięczny, głosując przeciwko Węgrom. To powinien być dla Budapesztu pewien sygnał, że w Brukseli nie ma sentymentów i to, że się jest się członkiem jakiejś frakcji, nawet największej, wcale nie oznacza, że w sytuacji krytycznej można liczyć na solidarność grupy.

Orbán źle ulokował swoje sympatie polityczne w Parlamencie Europejskim?

– Premier Viktor Orbán prowadzi pewną grę, liczy się z jakąś proporcją sił i zdaje też sobie sprawę, że Węgry nie są wielkim mocarstwem europejskim, co starał się zdyskontować przynależnością do EPP – największej politycznej frakcji w europarlamencie. Co by jednak nie powiedzieć, to dzisiejsze głosowanie jest nauczką dla Budapesztu, ale z drugiej strony jest to też ogromny błąd eurokratów, którzy zamiast grać na rozbicie sojuszu Polski z Węgrami, takim działaniem – wprost przeciwnie – wzmacniają ten sojusz.

Czy w tej sytuacji Polska i Węgry są jeszcze bardziej niż dotychczas zdane na siebie?

– Oczywiście, że tak. To jest dokładnie takie działanie, którym unijni decydenci cementują tych, którzy mają inną wizję rozwoju Europy. I to z taktycznego punktu widzenia wydaje się błędem, bo dla Polski jest to w tej chwili pewien oddech, bo nie wszystkie oczy są – jak dotychczas – skupione na nas, tylko na Węgrzech, a za chwilę mogą się też pojawić inne kraje atakowane przez zideologizowane kręgi brukselskie. W związku z tym jako Polska wychodzimy jakby z pewnego oblężenia i teraz nie tylko my musimy liczyć na Węgrów, ale i Węgrzy na nas.

Skoro unijni decydenci popełniają – z ich punktu widzenia – tak rażące błędy, to pytanie, jakie się nasuwa, brzmi: kto tam rządzi?

– W Brukseli rządzi ideologia, która przysłania ludziom oczy.

Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl