logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: MIKHAIL METZEL / SPUTNIK/ PAP/EPA

Dyplomatyczny zgrzyt

Poniedziałek, 12 listopada 2018 (22:14)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

We Francji z udziałem m.in. prezydenta Trumpa odbyły się obchody setnej rocznicy zakończenia I wojny światowej. Jak w tym kontekście rozumieć wypowiedź prezydenta Emmanuela Macrona, że należy stworzyć europejską armię do obrony m.in. przed Stanami Zjednoczonymi?

– Proszę pamiętać, że Emmanuel Macron chce być kimś w rodzaju nowego Napoleona Europy – przynajmniej takie pragnienia deklaruje – tyle że to wygląda coraz bardziej karykaturalnie i nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Wiemy też, że lewica europejska, która wymyśliła i wykreowała Macrona, zasadniczo sprzeciwia się polityce Stanów Zjednoczonych – szczególnie w wydaniu prezydenta Donalda Trumpa, i stąd wykorzystanie rocznicy wspólnego zwycięstwa nad Niemcami w I wojnie światowej. Wiemy przecież, że ta rocznica znaczy zupełnie co innego, bo upamiętnia zwycięstwo Francji, Wielkiej Brytanii nad Niemcami, a Stany Zjednoczone w 1917 roku włączyły się w wojnę przeciwko Niemcom i wspierały Francję, a zatem mowa Macrona o stworzeniu europejskiej armii i to w kontrze – jak słyszymy – do Stanów Zjednoczonych pokazuje, że mamy do czynienia z pewną podmianą znaczeń historycznych. Można powiedzieć, że jaki pan, taki kram.

Wygląda na to, że Macron kolejny raz prowokuje Trumpa…

– Z pewnością jest to dyplomatyczny zgrzyt, ale to nie przypadek, zważywszy, że lewicowe europejskie elity za cel postawiły sobie stworzenie Stanów Zjednoczonych Europy. Tymczasem Stany Zjednoczone Ameryki sprzeciwiające się pewnym tendencjom lewackim czy też globalistycznym nie jawią się dla tych europejskich elit jako strategiczny partner. Emmanuel Macron słabnie w swoim własnym kraju, jest też coraz mniej poważnie odbierany przez swoich rodaków, ale także na scenie politycznej Europy, o światowej już nie wspomnę, a mimo to próbuje prężyć muskuły. Po tym, jak osłabła kanclerz Niemiec Angela Merkel, której zaplecze polityczne po kolejnych wyborach w niemieckich landach nie przypomina dawnej siły, kiedy Merkel jest coraz słabsza także w Europie, Macron próbuje się wykreować na nowego cesarza Europy, która w starym wydaniu też się sypie.

Czym dla Europy mogłaby się skończyć forsowana dalej próba oderwania z orbity Stanów Zjednoczonych jako głównego państwa NATO?

– Sytuacja jest skomplikowana, wiemy, że część elit francuskich, a przede wszystkim niemieckich, chciałaby zawrzeć strategiczne porozumienie z Rosją i wypchnąć z Euroazji wpływy Stanów Zjednoczonych. Z kolei Ameryka nie chce dopuścić do takiej sytuacji i stara się nawet zawiązywać lokalne sojusze, a wszystko po to, żeby tę strategię przerwać. Oczywiście pytanie brzmi: czy taki twór mógłby powstać, czy się prędzej nie rozleci, zanim powstanie? Widzimy przecież, jak silne są dzisiaj tendencje eurosceptyczne, więc ta wizja jest utopijna – to po pierwsze. Natomiast dla Rosji, która słabnie, która jest w wielu miejscach osaczona, takie rozbicie sojuszu transatlantyckiego byłoby jak najbardziej korzystne. Wtedy przewaga militarna Rosji – nie tylko nad Europą – byłaby o wiele większa niż ma to miejsce dzisiaj.

Tak czy inaczej Europie jest potrzebna własna armia?

– To dobre pytanie… Federaliści czy centryści dążą do tego, żeby powstało superpaństwo europejskie i albo sobie próbują uzurpować władzę, jak chociażby Komisja Europejska czy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w stosunku do Polski, lub też próbują tworzyć nowe instytucje, które są charakterystyczne dla państw. Przykładem takiego działania jest wspólna Europejska Straż Graniczna i Przybrzeżna, która miałaby być wyjęta spod kompetencji państw członkowskich Unii Europejskiej, tymczasem wiadomo, że granice to jest kwestia kluczowa dla suwerenności poszczególnych państw. Oczywiście myśli się też o wspólnej europejskiej armii, ale w oderwaniu od Stanów Zjednoczonych i pytanie – przeciwko komu miałaby być skierowana, czy nie przeciwko krajom, które się buntują przeciwko idei budowy superpaństwa europejskiego i przeciwko bezrefleksyjnej polityce Brukseli pod dyktando Berlina i Paryża.

W Paryżu doszło wprawdzie do nieformalnego, ale jednak spotkania Trump – Putin. 

– Dla Stanów Zjednoczonych Rosja nie jest strategicznym wrogiem, bo Ameryka ma znacznie poważniejsze i przewlekłe problemy. Wystarczy wymienić spór z Chinami dotyczący kwestii handlowo-gospodarczych, który jest znacznie poważniejszy, ponieważ Chiny są większe pod względem potencjału gospodarczego i uzależnienie Ameryki od Pekinu jest większe. Rosja jest dla Waszyngtonu problemem bardziej geopolityczno-militarnym, zresztą jest to mocarstwo nuklearne, więc potrzeby spotkań przywódców są tutaj nieustanne, żeby sprawa nie wymknęła się spod kontroli. Z perspektywy Polski zagrożenie, jakie było deklarowane, polegało na tym, czy porozumienie między Moskwą a Waszyngtonem nie odbędzie się naszym kosztem. Ruchy związane nie tylko z kwestiami militarnymi, ale nade wszystko z 24-letnią umową, która właśnie została podpisana między PGNiG a firmą Cheniere na dostawy gazu skroplonego ze Stanów Zjednoczonych, to wszystko pokazuje, że porozumienie między Moskwą a Waszyngtonem nie odbywa się kosztem Europy Środkowej. To dobrze, że strony ze sobą rozmawiają, bo dialog zawsze daje nadzieję. Fakt faktem, Ameryka z pewnością chciałaby doprowadzić do obniżenia imperialnych aspiracji Rosji i w jakiś sposób się dogadać, żeby też nie dopuścić do porozumienia na linii Pekin – Moskwa – Bruksela.

Do tej krótkiej rozmowy obu przywódców doszło po wyborach w Stanach Zjednoczonych, które okazały się tylko połowicznym sukcesem Donalda Trumpa i Republikanów, którzy stracili kontrolę nad Izbą Reprezentantów. Trump jest słabszy?

– W Stanach Zjednoczonych zawsze jest tak, że wyborcy starają się każdą władzę zbilansować. I tak, jeśli prezydent wywodzi się z szeregów Demokratów, to bardzo często naprzeciwko ma republikański Kongres, i na odwrót, jeśli prezydentem zostaje republikanin, to w Kongresie większość mają Demokraci. Tak się już działo wielokrotnie – pamiętamy chociażby, jak Barack Obama miał problemy z zatwierdzeniem budżetu, ale tego typu napięcia się pojawiały w historii w różnych kontekstach. Natomiast twierdzenie, jakoby prezydent Donald Trump miał całkowicie utracić poparcie społeczne w swoim kraju, jest nieprawdziwe, bo – jak wiemy – w Senacie wygrał.

Czy jest szansa, że wyciągnięta dłoń Trumpa do Demokratów dotycząca stworzenia w Senacie „dwupartyjnej sytuacji” zostanie dostrzeżona?

– Prezydent Donald Trump w Stanach Zjednoczonych ma bardzo podobną sytuację jak władza w Polsce, gdzie część mediów nakręca agresję wobec prezydenta i rządu. Jeśli ktoś obserwuje amerykańskie media, media głównego nurtu, to z łatwością zauważy, że ich antytrumpowskie nastawienie jest takie samo jak nastawienie „Gazety Wyborczej” i TVN do rządu Zjednoczonej Prawicy. To nastawienie się niczym nie różni, a nawet wydaje się, że proste wzorce amerykańskie są przeszczepiane na grunt Polski. Przejawia się to w takich podnoszonych kwestiach, jak chociażby demokracja, prawa człowieka itd., co jest w taki sam sposób używane przeciwko władzy tam i tu. Elity amerykańskie mają jednak poczucie nadrzędnego interesu własnego kraju i choć toczą spory, to tylko do pewnego momentu, którego się nie przekracza, bo to prowadziłoby do podziału i rozstroju państwa. Dlatego porozumienia – ponad podziałami – dla dobra Stanów Zjednoczonych z pewnością muszą zostać zawarte. Pytanie tylko, jakie to będą porozumienia i na jakich warunkach się to odbędzie. Oczywiście to pokaże dopiero czas.

Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl