logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Jakie warunki wyjścia?

Piątek, 16 listopada 2018 (22:20)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Brytyjski rząd poparł wstępny projekt porozumienia z Brukselą w sprawie wystąpienia z Unii Europejskiej, ale euforii z tego powodu wśród wielu członków gabinetu premier May i wśród Brytyjczyków nie ma. Fala dymisji ministrów, którzy nie chcą się pogodzić z – ich zdaniem –niekorzystnymi warunkami, które podyktowała Bruksela…

– To pokazuje, że decyzja o brexicie była ryzykowna, z kolei Unia Europejska starała się doprowadzić do sytuacji, żeby ukarać Brytyjczyków za ich decyzję o opuszczeniu szeregów Wspólnoty po to, aby ten ich krok nie był tzw. negatywnym przykładem dla innych. Wszystko, co dzieje się teraz, jest konsekwencją decyzji obywateli Wielkiej Brytanii. Premier Theresa May ogłosiła wybory, chcąc się wzmocnić, tyle że te wybory zamiast ją wzmocnić, to jeszcze bardziej ją osłabiły. W tej sytuacji nie można wykluczyć, że w ogóle dojdzie do dekonstrukcji rządu i kolejnych przyspieszonych wyborów, czego też wykluczyć się nie da. Z kolei Bruksela obierając taki ostry kurs, niekoniecznie musi nastawiać Brytyjczyków przychylnie wobec siebie, bo decyzja o brexicie była jednak pokazaniem pewnej buty, bo kto, jak kto, ale obywatele Wielkiej Brytanii nie lubią takiego traktowania, w związku z tym wszystko może zmierzać do brexitu bez porozumienia, czyli w sposób zupełnie niecywilizowany. Wtedy powstałe wstrząsy mogą dotknąć nie tylko Brytyjczyków, ale również Unię Europejską. Nie należy bowiem zapominać, że gospodarka Wielkiej Brytanii ma tak potężne oddziaływanie, iż to musi wywoływać wstrząsy.

Na 25 listopada zaplanowano nadzwyczajny szczyt unijny w Brukseli, gdzie umowa ma zostać zatwierdzona. Zakładając kolejne dymisje ministrów, czy ten szczyt odbędzie się jeszcze z premier Theresą May?

– Pewnie tak, bo nawet gdyby kryzys na Wyspach pogłębiał się jeszcze bardziej, to trudno się spodziewać, żeby w tak krótkim czasie udało się powołać nowy rząd. Według mnie, wcale nie jest tak, że te wstrząsy, jakie obserwujemy w Wielkiej Brytanii, są korzystne dla Unii Europejskiej. Jeśli się zachwieje scena brytyjska, to rykoszetem może się to odbić na całej gospodarce unijnej. Sytuacja, póki co, jest ciekawa, widać, jak scena brytyjska trzeszczy, ale przecież nie inaczej sytuacja wygląda w innych państwach tzw. starej Unii.

Nie wiadomo jeszcze, czy porozumienie między obiema stronami zatwierdzi brytyjska Izba Gmin oraz Parlament Europejski…

– Trzeba przyjrzeć się szczegółowym warunkom tego wstępnego porozumienia – słyszymy, że dokument jest bardzo obszerny i liczy ponad pięćset stron. Widać, że emocje są bardzo daleko posunięte, jeśli kolejni ministrowie rządu premier May opuszczają szeregi rządu, w tym minister ds. wyjścia z Unii Europejskiej Dominic Raab, który mówi wprost, że jest to gest sprzeciwu wobec proponowanego porozumienia. Politycy nie chcą brać odpowiedzialności za kształt tego porozumienia. Z drugiej strony sprawa trwa już zbyt długo i premier Theresa May chciałaby się pochwalić jakimś sukcesem, a co to za sukces, skoro skutkuje on dekonstrukcją własnego rządu.  Jak słyszymy, premier May zapowiada, że nie zmieni kursu, co wskazuje, że nadal będzie podtrzymywać, iż warunki opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię są korzystne. To, jak się wydaje, nie wróży jej dobrze, ale zobaczymy.

Donald Tusk zwrócił się do – jak to określił – brytyjskich przyjaciół, mówiąc, że jest mu bardzo smutno z powodu odejścia z Unii. 

– To zagrywka PR-owska, bo w istocie widać, że ból jest zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Natomiast pytanie brzmi: kto ponosi odpowiedzialność za to, że Wielka Brytania opuszcza szeregi Unii. Czy nie elity brukselskie, łącznie z przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, które parły z polityką migracyjną? Czy też eurokraci, którzy parli do utworzenia superpaństwa europejskiego, doprowadzając do tego, że Brytyjczycy w końcu nie wytrzymali. Polityka uprawiana przez elity brukselskie jest nie do zaakceptowania, brakuje refleksji, bo trzeba się najpierw uderzyć w piersi, a nie zaklinać rzeczywistości i przeć do przodu, nie zważając na to, co sądzą inni.     

Brexitu można było uniknąć?

– Oczywiście, że wystąpienia Wielkiej Brytanii można było uniknąć, tylko trzeba było bardziej szanować podmiotowość państw narodowych, a nie realizować swoje utopijne wizje. Ostrzeżenia, te momenty krytyczne pojawiały się już dużo wcześniej i trzeba było się zatrzymać i cofnąć ze złej drogi, a nie realizować swoje interesy po trupach. Już sama polityka otwartych drzwi ogłoszona przez kanclerz Angelę Merkel, w którą – w samej Wielkiej Brytanii – wpisany jest strach przed imigrantami z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, to tylko dolało oliwy do ognia.

Jest szansa na pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii? Czy Brytyjczycy, gdyby jeszcze raz mogli zdecydować, opuściliby szeregi Wspólnoty, czy może zadecydowaliby dzisiaj inaczej?

– Według dzisiejszych sondaży, sytuacja jest analogiczna jak w czasie referendum brexitowego, czyli głosy rozkładają się mniej więcej pół na pół. Jeszcze raz chcę podkreślić, że buta przejawiająca się wśród eurokratów mogłaby doprowadzić nie tylko do powtórzenia poprzedniego wyniku, ale jeszcze bardziej wzmocnienia głosów eurosceptycznych. Pamiętajmy też, że Unia Europejska zmierza w kierunku pewnej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, tymczasem dla Brytyjczyków trzymających linię anglosaską, sojusz z Ameryką takie podejście Niemiec czy Francji jest rzeczywistością bardzo niewygodną, bardzo trudną do zaakceptowania. Weźmy chociażby ostatni, alternatywny do Sojuszu Północnoatlantyckiego, pomysł utworzenia armii europejskiej czy pomysł utworzenia wspólnej straży granicznej – to wszystko nie będzie scalać jedności państw Unii Europejskiej, ale przeciwnie będzie powodować tylko problemy.

Próba skonfrontowania się Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi bez Wielkiej Brytanii, czy to pod względem gospodarczym, czy militarnym, już z góry stawia Unię na straconej pozycji…

– To już się realnie dzieje. Widzimy przecież, jakie są deklaracje, jakie są zamierzenia w tym zakresie, w związku z czym ta konfrontacja już ma miejsce. Polska próbuje się podwiesić pod Stany Zjednoczone, a tamci idą w drugą stronę, i takie są dzisiaj fakty.

Co, by nie powiedzieć brexit jest zły dla Wielkiej Brytanii, zły dla Unii Europejskiej, a dla Polski? Przecież wielu Polaków mieszka i pracuje na Wyspach…

– Wszystko zależy od tego, jakie będą warunki wyjścia Brytyjczyków z Unii Europejskiej. Co by nie powiedzieć, jako Polska nie mamy z Wielką Brytanią aż tak potężnych relacji handlowych, choć bez wątpienia są one istotne i ważne. Wszystko – w dużym stopniu – zależeć będzie od tego, jak te relacje handlowe będą wyglądać między Wielką Brytanią a całą Wspólnotą Europejską, której jesteśmy częścią. Mamy jednak do czynienia z wróżeniem z fusów dopóki się nie dowiemy, do czego to wszystko prowadzi. Teoretycznie może to prowadzić do wojny handlowej między Brytyjczykami a Unią, co zasadniczo się odbije na całej gospodarce, ale może się też to – mimo wszystko – uporządkować i brexit nie będzie miał wpływu na naszą gospodarkę. Tak czy inaczej, wyjście Wielkiej Brytanii osłabia nurt narodowy, nurt konfederacyjny w Unii Europejskiej, a wzmacnia się nurt federacyjny. Przy czym utopijna próba realizacji superpaństwa europejskiego wywołało kontrreakcję nawet w głównych lokomotywach unijnych, zaczynając od Francji, a na Niemcach kończąc. Widać, że wszystko jest bardzo skomplikowane, dlatego trzeba obserwować na bieżąco, co będzie się działo i analizować sytuację.

A jeśli chodzi o Polaków zamieszkałych w Wielkiej Brytanii?

– Może się okazać, że przed wieloma Polakami stanie widmo powrotu do Polski, a może niekoniecznie. To są sprawy, które w szczegółach będą zapewne rozstrzygane na gruncie tego porozumienia, a zarazem na gruncie tego jak – w nowej sytuacji – Brytyjczycy zdefiniują swoje interesy w tym zakresie.   

Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 16 listopada 2018 (22:20)

NaszDziennik.pl