logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Iluzoryczny spór

Wtorek, 25 czerwca 2019 (21:05)

Z politologiem dr. Krzysztofem Kawęckim rozmawia Mariusz Kamieniecki

W Brukseli trwa układanie władz nowej kadencji, ale faworyci, póki co, odpadają. Kluczowe stanowisko szefa Komisji Europejskiej miał objąć Manfred Weber, ale wydaje się, że on, podobnie jak Frans Timmermans, zostali skreśleni na starcie…

– Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Manfred Weber wydawał się pewnym kandydatem na szefa Komisji Europejskiej, dlatego że został zgłoszony przez Europejską Partię Ludową – największą frakcję w europarlamencie. Zresztą wybory – mimo strat jakie poniosła Europejska Partia Ludowa – potwierdziły dominację frakcji chadeckiej. Drugim wyborem wydawał się Frans Timmermans zgłoszony przez socjalistów. To, że Weber prawdopodobnie nie zostanie nowym szefem Komisji Europejskiej, to jest wynik zmian pewnego układu, jeśli chodzi o frakcje polityczne w Parlamencie Europejskim, a przede wszystkim utrata większości przez współpracujące de facto ze sobą frakcje: chadecką i socjalistyczną, a jednocześnie liczebny wzrost liberałów. Dlatego liberałowie są ważnym elementem w tej układance. A zatem nie jest tak, jak to było dotychczas, że dwie frakcje: chadecka i socjalistyczna, decydowały o podziale ról w Unii Europejskiej, ale do tego grona dochodzą także liberałowie. Trzeba też wspomnieć o znaczącej roli zielonych, aczkolwiek w mniejszym zakresie niż wspomniane wcześniej formacje. Wart podkreślenia jest także wzrost znaczenia ugrupowań tożsamościowych, narodowych.

Spodziewanej zmiany jakościowej jednak nie ma?      

– Owszem, wspomniane trzy frakcje: chadecka, socjalistyczna i liberałowie, będą miały głos decydujący, ale nie oznacza to zmiany jakościowej – niestety. Do dwóch partii de facto federalistycznych dołączyła wręcz libertyńska w zakresie obyczajowym frakcja, czyli liberałowie. Nie ma zatem zmiany jakościowej, która miałaby wzmacniać pozycję tzw. eurosceptyków czy eurorealistów. Szczyt w Brukseli zakończył się bez porozumienia w kwestiach obsady stanowisk, w tym stanowiska przewodniczącego Komisji Europejskiej, ale to też nie jest czymś wielce zaskakującym. W Radzie Europejskiej zasiadają szefowie rządów poszczególnych państw, które mają różne interesy i widać, że póki co nie są w stanie osiągnąć konsensusu, ale z drugiej strony jest to dopiero początek procedury wyboru szefa Komisji Europejskiej, a kolejny szczyt planowany na 30 czerwca jest przed nami. Co by jednak nie powiedzieć, wyboru szefa Komisji Europejskiej dokona Parlament Europejski, oczywiście po uprzednim wskazaniu przez Radę Europejską. Rada wskazuje kandydata, ale decydują frakcje w europarlamencie. Chciałbym zwrócić uwagę także na to, że Rada Europejska omawiała kandydatury zgłoszone przez poszczególne frakcje jeszcze przed majowymi wyborami, bo taką procedurę, zresztą pozatraktatową, zastosowano jeszcze w poprzednich wyborach. Chodzi o procedurę spitzenkandidaten, federalistyczną ideę dotyczącą wyłaniania głównych kandydatów, gdzie poszczególne frakcje mają obowiązek zgłosić wcześniej odpowiednie kandydatury. Ma to rzekomo dać obywatelom Unii Europejskiej wpływ na wybór szefa Komisji Europejskiej. Ale ten spór jest tak naprawdę iluzoryczny, jest bardziej propagandową retoryką, chodzi zaś o to, żeby zwiększyć frekwencję w wyborach i wzmocnić tzw. tożsamość unijną, bo zainteresowanie wyborami do europarlamentu w poszczególnych krajach jest mniejsze niż w przypadku wyborów krajowych. Tak naprawdę walka o podział stanowisk przebiega wewnątrz frakcji dominujących w europarlamencie.

Jaka jest waga urzędu szefa Komisji Europejskiej, skoro występują takie tarcia przy wyborze i komu mogą przypaść inne kluczowe stanowiska w Unii Europejskiej?

– Stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej jest bardzo ważne, bo piastujący tę funkcję pełni rolę w pewnym sensie premiera, szefa unijnego rządu, choć sensu stricto takich kompetencji nie posiada, a jego rola ogranicza się do spraw bardziej protokolarnych i porządkowych.  Obok Webera i Timmermansa, których szanse są coraz mniejsze, żeby nie powiedzieć żadne, na czoło w tej batalii o urząd przyszłego szefa Komisji Europejskiej wyłania się Dunka, przedstawicielka demoliberalizmu europejskiego Margrethe Vestager, dotychczasowa komisarz unijna do spraw konkurencji, a wcześniej minister edukacji w rządzie Danii. Na giełdzie pojawiają się także inne nazwiska, jak Michela Barniera – obecnie głównego negocjatora w sprawie brexitu. Z wypowiedzi przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości może wynikać, że Polska byłaby w stanie poprzeć właśnie tę kandydaturę, ale są też wypowiedzi, że równie dobrze poparcie mogłaby otrzymać Margrethe Vestager. Tak czy inaczej jest to układanka, rozgrywka między trzema wspomnianymi wcześniej frakcjami: chadecką, socjalistyczną i liberałami. Tak naprawdę nie ma większego znaczenia, kto będzie szefem Komisji Europejskiej czy szefem unijnej dyplomacji, nieważne, kto będzie przewodniczącym Rady Europejskiej, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, bo te stołki i tak podzielą między siebie wymienione wcześniej frakcje. Zatem nie wykluczałbym, że szefem Komisji Europejskiej może być chadek, a socjaliści mogą otrzymać tekę szefa unijnej dyplomacji, liberałowie zaś, dajmy na to, stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Nie wykluczałbym, że jedno z tych czterech kluczowych stanowisk przypadnie przedstawicielowi Grupy Wyszehradzkiej, ale to nie będzie aż takie istotne.

Wiele wskazuje na to, że jako Polska raczej nie mamy szans na jedno z czterech, a właściwie pięciu kluczowych stanowisk, bo do tego grona dochodzi jeszcze funkcja szefa Europejskiego Banku Centralnego, ale czy mamy szanse na komisarza z silną teką?

– Europejski Bank Centralny, owszem, staje się jednym z elementów powyborczej układanki w Europie, mówi się też, że podobno Polska ma poprzeć kandydaturę Jensa Weidmanna, bo jego wskazanie może zablokować innego kandydata z Niemiec na inne ważne stanowisko na szczytach brukselskiej machiny, ale tego jeszcze nie wiemy. Natomiast jeśli chodzi o komisarza, to każdego państwu niejako przysługuje taka funkcja i Polska uzyska takie stanowisko – pytanie tylko, jaki to będzie obszar, jaka dziedzina. Oczywiście są dla nas, dla Polski, dla Europy Środkowej bardzo ważne obszary, ale są też mniej znaczące. Jednak jeszcze większe znaczenie będzie miało to, na ile ta osoba będzie miała wolę, możliwości realizowania polityki sprzyjającej interesom Polski, ale też solidarności europejskiej, na ile jest to możliwe, bo z założenia komisarz nie ma reprezentować interesów państwa, z którego się wywodzi, ale ma realizować politykę unijną. Biorąc to pod uwagę, jestem bardzo sceptyczny. Zresztą premier Mateusz Morawiecki jasno powiedział, czego, także w wymiarze regionalnym, oczekuje Polska od kandydatów na główne stanowiska w Unii Europejskiej, ale można to także odnieść do funkcji komisarzy.

Fakt, że dany komisarz pochodzi, dajmy na to, z Polski, nie oznacza, że jest on pomocny dla swojego kraju. Komisarz Elżbieta Bieńkowska, ale także Donald Tusk na stanowisku szefa Rady Europejskiej są tego najlepszym przykładem. Co zyskaliśmy?

– Ten bilans jest ujemny. To, że Donald Tusk był szefem Rady Europejskiej, a Elżbieta Bieńkowska komisarzem ds. rynku wewnętrznego, przemysłu, przedsiębiorczości i MŚP nie przyniosło nic dobrego Polsce. Tusk, pomimo iż powinien być apolityczny, to wyraźnie angażował się w wewnętrzne sprawy Polski. Jego rolą jest koordynowanie prac Rady Europejskiej, ale nie dość, że nie wypełniał w sposób należyty swojej roli, to nie potrafił się też wyzwolić ze związków łączących go z Platformą i w ogóle z tzw. totalną opozycją w Polsce. Podobnie w sprawy Polski – w sposób nieuprawniony – angażowali się Jean-Claude Juncker czy Frans Timmermans, ale oni nie są Polakami. I tak na marginesie dobrze się stało, że politycy, którzy mają antypolską obsesję, jak chociażby Frans Timmermans, nie mają szans na stanowisko szefa Komisji Europejskiej. Na tym stanowisku powinien być człowiek, który ma pozytywne podejście do Polski. Natomiast wracając do meritum – angażowanie się Donalda Tuska miało zupełnie inny wymiar, inny charakter, de facto szkodzący Polsce zarówno w wymiarze europejskim, jak i w wymiarze wewnętrznym. Jeśli zaś chodzi o komisarz Bieńkowską, to pozostawiłbym to bez komentarza. Sprawowanie funkcji przez tą panią, jej rola jako unijnego komisarza to jest pewna karykatura polityki, z pewnością nie jest to warte oceny. W tym kontekście ważne jest, żeby przyszły komisarz z Polski to była osoba odpowiedzialna, która będzie się starała zachować stanowisko bezstronne, żeby nie szkodziła Polsce.  

Czy to, co Pan mówi o komisarz Bieńkowskiej, nie pokazuje, jaki jest poziom unijnych elit i kto sprawuje te ważne funkcje?

– Elżbieta Bieńkowska nie jest jedynym, odosobnionym przykładem, bo wystarczy tylko wspomnieć jej szefa, Jean-Claude’a Junckera, by wyrobić sobie zdanie na temat poziomu etycznego, intelektualnego osób piastujących najważniejsze funkcje w Unii Europejskiej. To, co się wybija, to brak kompetencji unijnych urzędników, ale nasuwa się też pytanie, kto wysuwa takich kandydatów. Formalnie oczywiście rządy państw członkowskich, ale podział czy przydzielenie poszczególnych stanowisk, np. komisarzy – przynajmniej tak było w poprzedniej kadencji – to były to przede wszystkim kompetencje niemieckie i w pewnym stopniu również francuskie. To głównie Niemcy decydowały o tym, jakie państwa jakie obszary będą mogły nadzorować. W przypadku polskich polityków uwidoczniło się to w sposób szczególny.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl