logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

W obronie władzy

Poniedziałek, 24 sierpnia 2020 (19:43)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki 

Rozpoczyna się trzeci tydzień protestów na Białorusi. Co wnoszą, poza manifestowaniem jedności na ulicach Mińska i innych miast?

– Demonstracje na Białorusi przede wszystkim budują poczucie wspólnoty, niewątpliwie pogłębiają też świadomość narodową Białorusinów. Natomiast poza hasłem wzywającym Łukaszenkę do dymisji i stwierdzeniem, że wybory prezydenckie zostały sfałszowane, w związku z czym powinny zostać powtórzone, w zasadzie nie zostały sformułowane postulaty natury politycznej. Co więcej, nawet te, o których powiedziałem – wyrażane spontanicznie – też nie są formułowane w sposób systemowy. Zatem mamy do czynienia ze spontanicznym, niezależnym, oddolnym protestem mieszkańców Białorusi, ale myślę, że podłoże tych demonstracji jest głębsze.

To znaczy jakie?

– Niewątpliwie podstawą jest znużenie autorytarnymi rządami Łukaszenki. Poparcie, które białoruski prezydent niewątpliwie miał przez wcześniejsze lata, mimo niezachowywania zasad praworządności, dzisiaj jest już przeszłością. Wynika to ze zużycia się obrazu przywódcy dyktatora, ludzie mają go po prostu dość, i to jest podłoże społecznego niezadowolenia. Jeśli chodzi o kwestie gospodarcze na Białorusi, to sytuacja wydaje się nie  najgorsza, aczkolwiek symptomy kryzysu, który może tam wystąpić, są poważne. W dużym stopniu zależy to od Rosji, z którą Białoruś jest mocno powiązana i działania restrykcyjne ze strony Moskwy mogłyby spowodować poważny kryzys gospodarczy, i to w krótkim czasie, a wtedy protesty społeczeństwa białoruskiego miałyby dużo większą siłę uderzeniową. Póki co połączenia protestów z kwestiami ekonomicznymi nie widać, bo postulaty ekonomiczne po stronie demonstrantów właściwie się nie pojawiają.

Za to głośny jest postulat rozpisania nowych wyborów…

– To za mało, tym bardziej że białoruska opozycja jest dość słaba. Wydaje się, że opozycja nie jest aż tak mocno zakorzeniona w społeczeństwie, poza tym co do niezależności niektórych liderów opozycji można mieć wątpliwości. Choć szczegółów nie znamy, to faktem jest, że pojawiają się różne spekulacje na temat ich ewentualnych związków z Rosją. Zatem jedyną kwestią stawianą w sposób zdecydowany przez białoruską opozycję jest powtórzenie wyborów prezydenckich. Tymczasem zarówno Berlin, jak i Moskwa są zainteresowane nie rewolucyjnymi zmianami, a raczej stabilizacją, co więcej, Rosji zależy oczywiście na osłabieniu Łukaszenki, ale chyba nie jego obaleniu.

Do czasu?

– Owszem, jeżeli okaże się, że Łukaszenka jest bezużytecznym narzędziem w rękach Moskwy, że nie potrafi zapewnić na Białorusi spokoju w rozumieniu Kremla, to oczywiście Putin spokojnie się go pozbędzie. Dlatego uważam, że to, co się dzisiaj dzieje – jeśli chodzi o postawę Moskwy wobec Łukaszenki, to jest okres przejściowy.

Putin raczej nie wypuści Białorusi ze swoich objęć?

– Rosja jest oczywiście głównym rozgrywającym, a jej wpływy gospodarcze, militarne i polityczne są na Białorusi bardzo silne. Z drugiej jednak strony jest na to przyzwolenie – zwłaszcza ze strony najważniejszych państw Unii Europejskiej – Berlina i Paryża. Wydaje się, że taki właśnie charakter miały ostatnie rozmowy kanclerz Merkel i prezydenta Macrona z Putinem – przyzwalające rosyjskiemu przywódcy na takie działanie. Mamy zatem okres przejściowy, gdzie Putin daje  Łukaszence czas na ustabilizowanie sytuacji na Białorusi. Jeśli tej stabilizacji nie będzie, to nie wykluczam, że ponowne wybory prezydenckie mogą zostać przeprowadzone, ale wtedy to nie Łukaszenka, również nie białoruska opozycja, ale Moskwa będzie decydować. Oczywiście niewykluczone, że protesty na Białorusi – jeśli będą podtrzymywane – mogą mieć wpływ na taki scenariusz.     

Łukaszenka raczej nie odda władzy opozycji. Czemu – Pana zdaniem – ma służyć lansowanie się Łukaszenki z bronią w ręku?

– To ma pokazać, że jest zagrożenie zewnętrzne i pewnie w ten sposób białoruski dyktator chce uzyskać wsparcie tej części mieszkańców Białorusi, którzy mają się poczuć zagrożeni. Temu służy retoryka Łukaszenki, że rzekomo zagrożona jest jedność terytorialna Białorusi – mowa jest o inspiracji amerykańskiej, także polskiej, słyszymy np. o flagach polskich rzekomo wywieszanych na gmachach w Grodnie, co oczywiście nie jest prawdą.

Wygląda to na element strategii, żeby uzasadnić konieczność dalszych rządów Łukaszenki, ukazać go jako człowieka, który jest zdecydowany, silny, który panuje nad sytuacją. Jest to jednak tylko taktyczna zagrywka – chyba krótkowzroczna, ponieważ wkrótce się okaże, że takie zagrożenie nie istnieje. Myślę, że protestujący doskonale zdają sobie sprawę, że jest to działanie propagandowe, dlatego nie będzie to miało wpływu na wygaszenie protestów, a jednocześnie nie spowoduje większej mobilizacji wśród zwolenników Łukaszenki. Przypomnę, że próbował on już zmobilizować swoich zwolenników – zwożonych z całego kraju na wiece poparcia, ale jest pytanie, wokół czego, wokół jakich postulatów Łukaszenka ma mobilizować swój elektorat? Owszem, wcześniejsze wiece poparcia służyły do tego, aby mógł się utrzymać przy władzy, ale dzisiaj – wobec coraz bardziej powszechnych demonstracji przeciwników jego autorytarnych rządów – ta skromna mobilizacja jego zwolenników to stanowczo za mało. Dlatego Łukaszenka sięgnął po czynnik zewnętrzny, żeby bardziej zmobilizować ludzi i uzyskać poparcie społeczne, i przynajmniej próbować odwrócić sytuację.

Co Łukaszenka może zyskać, próbując z Polski uczynić wroga Białorusi?

– Trudno zrozumieć taktykę, jaką posługuje się Łukaszenka, bo – po pierwsze – na Białorusi są nastroje przyjazne Polsce, z którą to państwo nigdy nie miało konfliktów. To sprawia, że nigdy na Białorusi nie było tendencji antypolskich, bo nie było poczucia zagrożenia z naszej strony. Wprost przeciwnie – na Białorusi jest znacząca społeczność polska, która jest także aktywna w bieżących protestach, ponadto prężnie działa Związek Polaków na Białorusi. Choć Łukaszenka, odcinając internet, próbuje utrudnić Białorusinom dostęp do informacji, to i tak do ludzi dociera przekaz o działaniach zarówno prezydenta Andrzeja Dudy, jak i polskiego rządu w obronie niezależności narodu białoruskiego. Są też oferty otwarcia polskich uczelni dla białoruskiej młodzieży – szczególnie prześladowanych za udział w protestach studentów, jest też zapowiadana pomoc dla organizacji pozarządowych na Białorusi. To wszystko sprawia, że nie ma podłoża dla antypolskiej retoryki Łukaszenki.  

Czemu zatem ma służyć tworzenie atmosfery niechęci wobec Polski, rzekomego zagrożenia z naszej strony, czy w ogóle ze strony NATO, i czy nie jest to komunikat wysyłany do Moskwy?

– Łukaszenka wie, w jakie struny uderzyć, żeby wyzwolić reakcję Moskwy, i to robi.  W ten sposób – być może – chce podkreślić, że jest gwarantem współpracy, ale tak naprawdę podległości Białorusi Moskwie, że jest wypróbowanym sojusznikiem Putina. Stąd te bardziej chyba teatralne gesty Łukaszenki, których adresatem jest Putin.

Łukaszenka mówi w coraz ostrzejszym tonie i straszy, że od dzisiaj władza zacznie bardzo surowo traktować protestujących. Pierwsze symptomy już widać, ale czy Łukaszenkę stać na to, żeby użyć argumentów siłowych – militarnych wobec własnego narodu?

– Łukaszenkę z całą pewnością stać na użycie siły wobec własnego narodu. W obronie swojej władzy nie cofnie się przed niczym, nawet przed działaniami o charakterze militarnym. Wydaje mi się, że powinien zdawać sobie sprawę, że byłoby to działanie bardzo ryzykowne. Jest duże prawdopodobieństwo, że tego typu działania siłowe mogą oznaczać jego koniec. Bardzo prawdopodobne jest też, że takie działania militarne nie przyniosą zamierzonych rezultatów. Białorusini są społeczeństwem bardzo legalistycznym i niewątpliwie szokiem było dla nich to, że – podczas protestów – brat strzelał do brata, że OMON, milicja użyły przemocy wobec własnego narodu. Tym bardziej że te protesty miały charakter pokojowy, ze strony ludności nie było przemocy.

Gdyby porównać protesty związane z Majdanem, jakie miały miejsce na Ukrainie, to sposób determinacji Ukraińców był dużo większy niż działania przeciwko Łukaszence na Białorusi. Tutaj przebiega to zupełnie inaczej. Zresztą – mając na uwadze działania białoruskich sił – jest to coś zupełnie nowego, szokującego dla Białorusinów. Tym bardziej próba użycia przez Łukaszenkę argumentów siłowych – militarnych byłaby bardzo ryzykowna. Owszem, Łukaszenka ma odpowiedni, wierny sobie aparat – przede wszystkim kierowniczy, jeśli chodzi o wojsko czy milicję, również jeśli chodzi o aparat administracyjny, czyli – można powiedzieć – oligarchię, nomenklaturę, ale nie sądzę, żeby zdecydował się na radykalne, ostateczne środki.

Czy spacyfikowanie demonstracji jest w ogóle możliwe?

– Przeciągająca się sytuacja protestów i próby spacyfikowania siłowego mogłyby spowodować wypowiedzenie posłuszeństwa Łukaszence przez znaczną część zarówno milicji, a przede wszystkim wojsko. Przecież żołnierze z powszechnego poboru to są krewni tych, którzy biorą udział w demonstracjach. Również legalistyczny, spokojny charakter Białorusinów, ale jednocześnie determinacja ludzi mogłyby spowodować wypowiedzenie posłuszeństwa przez część wojska, co oznaczałoby koniec autorytarnych rządów Łukaszenki. Taki scenariusz wydaje mi się bardzo prawdopodobny. Łukaszenka jest zatem w bardzo trudnej sytuacji i to straszenie skierowane pod adresem własnego narodu będzie nieskuteczne.

Co nie znaczy, że Łukaszenka nie zdobędzie się użycie siły…

– Tego oczywiście wykluczyć nie można, ale jeśli nawet, to w takiej sytuacji nie wróżę Łukaszence nic dobrego. Nie przyniesie to zamierzonego przez niego celu – ustania demonstracji i powrotu do tego, co było wcześniej.

                         Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl