logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Trump lepszym wyborem dla Polski

Wtorek, 25 sierpnia 2020 (18:03)

Aktualizacja: 25 sierpnia 2020 (19:18)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą na KUL i w WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych nabiera tempa. Trwa konwencja Republikanów, gdzie nominację otrzymał Donald Trump, a kilka dni temu kandydatem Demokratów został Joe Biden. Kto ma większe szanse, czy Trump, który chce być postrzegany jako obrońca tradycyjnych wartości, czy Biden z lewicowymi poglądami?

– Sytuacja wydaje się przypominać tę z naszych ostatnich wyborów prezydenckich – z drugiej tury, więc szanse obu kandydatów są w tej chwili mniej więcej porównywalne. Nie można więc w sposób jednoznaczny wskazać zwycięzcy, bo w ostatnich miesiącach kampanii wyborczej, nawet w ostatniej chwili, mogą jeszcze zagrać różne kwestie. Dlatego nie powiedziałbym, że ta kampania jest już rozstrzygnięta. Mimo to, że Joe Biden w sondażach ma nieznacznie większe poparcie, to w kluczowych stanach, tych, które rozstrzygają, różnice sondażowe są minimalne, więc gra o zwycięstwo będzie się toczyć do samego końca. Natomiast Donald Trump – po pandemii, po związanym z nią kryzysie gospodarczym – odzyskuje wigor, co zresztą widać w rosnących słupkach poparcia.

Jeszcze na początku br. wydawało się, że reelekcja Trumpa jest pewna, jednak pandemia i sześć milionów zakażeń w Stanach Zjednoczonych skomplikowały sprawę…

– Zakażenia koronawirusem to jedno, ale lockdown to druga – także bardzo ważna kwestia. Amerykanie mają inaczej skonstruowaną gospodarkę niż Europa czy Polska. Zasadniczo wypłaca się tam zasiłki, ale nie podejmowano prób ratowania firm, tak jak to miało miejsce w Polsce. Dlatego firmy czy przedsiębiorstwa dotknięte kryzysem zwalniały dość szybko pracowników, co spowodowało wzrost bezrobocia – można nawet powiedzieć, że doszło do pewnego szoku na tym odcinku.

Nic zatem dziwnego, że znalazło to odzwierciedlenie w politycznej reakcji Amerykanów i spadku poparcia dla obecnej władzy. Zatem Donald Trump siłą rzeczy musiał tracić w sondażach. Natomiast teraz zwykli ludzie, widząc chociażby działania związane z tzw. antyrasistowskimi manifestacjami, które w istocie są przejawem rewolucji społecznej, są przerażeni tym, do czego może dojść ich kraj. I to również sprawia, że Donald Trump odzyskuje stracone pole.

Trump często odwołuje się do wartości, do Boga, wraca też do swojej pierwszej wizyty w Polsce w 2017 roku i przemówienia na pl. Krasińskich w Warszawie. Jaką rolę w kampanii i jego walce o reelekcję może odegrać Polonia w Stanach Zjednoczonych?

– Donald Trump w sposób oczywisty chce zyskać sympatię Polonii, bo to są realne głosy. Pamięta też, jakie poparcie uzyskał pięć lat temu właśnie ze strony Polonii i teraz też liczy na głosy Polaków. Kampania to także czas, kiedy emocje odgrywają kluczową rolę, dlatego emocje czy strach – nie tyle przed pandemią, ile przed rewolucją obyczajową – może mu dać przewagę i pomóc uzyskać reelekcję. Tu nie ma wielu alternatyw, jest albo, albo. Joe Biden jest zdefiniowany jako lewicowiec, podobnie, a może jeszcze bardziej jego kandydatka na wiceprezydenta senator z Kalifornii Kamala Harris, o której Trump powiedział, że jest mocno zaangażowana w podnoszenie podatków. Co więcej, że chce ograniczyć fundusze dla armii.

W tej sytuacji odwoływanie się do podstawowych zasad, wartości, do Boga, w sytuacji kiedy Stany Zjednoczone mogą się stać quasi-marksistowskim państwem, jest z pewnością czymś, co do wielu Amerykanów trafi. Pytanie tylko, czy do wystarczającej liczby, czy po drodze, po pandemii COVID-19, nie będzie jakichś dodatkowych wstrząsów gospodarczych. Wiele czynników może się złożyć na ostateczny wynik. Warto też pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych nie da się przełożyć w czasie wyborów prezydenckich, tak jak to nastąpiło w Polsce.

Tym, co może być na korzyść Trumpa, jest także spadek bezrobocia…

– Bezrobocie zaczyna spadać, co jest efektem uwolnienia gospodarki. Warto też mieć na uwadze, że Amerykanie dodrukowali wiele miliardów dolarów na rozruch, które teraz trzeba będzie zapełnić realnym pieniądzem. Gospodarka rusza, więc potrzebni są też ludzie do pracy, którzy są na powrót przyjmowani. I to też powinno działać na korzyść Donalda Trumpa. Tak czy inaczej wszystko oscyluje raczej koło remisu i decydować mogą niuanse.

Jak można podsumować pierwszą kadencję Donalda Trumpa w roli prezydenta Stanów Zjednoczonych?

– Donald Trump prezentuje w polityce, także w gospodarce amerykańskiej, nurt, który zauważa, że Stany Zjednoczone przegrywają. Trump widzi, że Ameryka – w dalszym ciągu prowadząca politykę podporządkowaną ogromnym koncernom mającym może swoje siedziby w tym kraju, ale w istocie inwestującym w Azji, w Chinach i tam generującym miejsca pracy – że cały ten globalizm napełnia kieszenie rozmaitym multimiliarderom, nakręca rozwój ich firm, ale dla samych Stanów Zjednoczonych jest to zgubne. Doszedł zatem, i słusznie, do wniosku, że Ameryka słabnie i w rywalizacji z coraz szybciej rozwijającymi się Chinami przestanie być supermocarstwem. I to był – można rzec – ostatni dzwonek, kiedy Trump to dostrzegł, również siły, które za nim stoją. I zaczęto grać bardzo mocno, aby powstrzymać pewne procesy, które są dla Ameryki zgubne.

Nic więc dziwnego, że poddał weryfikacji działalność gospodarczą państwa – wspomnianą politykę podporządkowaną  ogromnym koncernom, czy się to i na ile Ameryce opłaca. Tej weryfikacji poddano także wymianę handlową z Chinami, stąd wprowadzenie różnych ceł, co poprawiło bilans handlowy Stanów Zjednoczonych. Także stacjonowanie wojsk amerykańskich w Niemczech zbilansowano, stąd redukcja i przeniesienie części żołnierzy m.in. do Polski. Nie można też zapomnieć o wymogach składek 2 procent PKB na obronność, które każde państwo ma płacić zgodnie z wymogami NATO, co de facto oznacza większe pieniądze i wpływy ze sprzedaży amerykańskiego sprzętu obronnego. Trump zaczął mówić prostym tekstem, co się globalistom bardzo nie podoba, bo w jakimś sensie narusza ich władztwo, ich dominację, ich interesy i ich wizję superpaństwa światowego.

Trump nie jest za to lubiany

– Owszem, ale trzeba powiedzieć, że każdy inny prezydent Stanów Zjednoczonych, któremu zależałoby na rozwoju swojego państwa, musiałby w końcu dostrzec nierównowagę, jaka się szykuje w świecie, i zachwianie dominacji Ameryki. Jeśli Waszyngton nie chce przegrać strategicznej rywalizacji z Pekinem, musi zmienić kurs polityki międzynarodowej. Trump to dostrzegł i stara się działać.

Zatem jak ważne będą zbliżające się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych i co jest ich stawką?

– Zwróciłbym przede wszystkim uwagę na wymiar kulturowy tych wyborów. Żeby było jasne – Donald Trump nie jest jakimś zatwardziałym konserwatystą, ale na tle Joe Bidena taki się z całą pewnością jawi. Trump twardo gra przeciwko Niemcom w Europie – zwłaszcza jeśli chodzi o ich interesy z Rosją. Dlatego jest pytanie, czy w przypadku wygranej Biden będzie kontynuował ten kurs. Jest też kwestia – jakże ważna – dotycząca rewolucji kulturowej, która w Stanach Zjednoczonych przybrała nową formę miltikulturowej fali, fali politycznej poprawności. W tej sytuacji jeśli gospodarzem Białego Domu zostałby Joe Biden, to możemy mieć do czynienia z drugim 1968 rokiem i rewolucją obyczajową, tylko nie jestem pewien, czy Zachód wytrzyma drugą taką falę.

Z punktu widzenia Polski wybór jest zatem oczywisty…

– Dokładnie – Donald Trump. To zrozumiałe, w końcu widząc konflikt z Niemcami i niepokojące relacje i zacieśnianie więzów Berlina z Moskwą, to na politycznych wektorach Trumpa – w dużej mierze – posadowiliśmy naszą politykę międzynarodową. Biorąc to pod uwagę, zmiana na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych w tym momencie byłaby dla Polski niebezpieczna, chociaż z drugiej strony nie sądzę, żeby w przypadku wygranej Joe Bidena aż tak – pod względem politycznym – zmieniła się polityka amerykańska. Natomiast z pewnością należałoby się liczyć ze zmianą ideologiczną, czyli wszystkie ataki na Polskę ze strony Unii Europejskiej znalazłyby wzmocnienie ze strony Bidena i Waszyngtonu. I to byłaby sytuacja groźna, zwłaszcza że dzisiaj takiego aż wzmocnienia Bruksela nie znajduje po stronie administracji Donalda Trumpa.

                 Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl