logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Co zrobi Joe Biden?

Wtorek, 23 lutego 2021 (21:32)

Aktualizacja: 23 lutego 2021 (21:41)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Podczas niedawnej wirtualnej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium prezydent Biden potwierdził sojusz transatlantycki. Jednak uwagę przykuwa wypowiedziane przez niego zdanie: „Wysyłamy jasny sygnał do świata, wróciliśmy!”. Czy rzeczywiście za Trumpa ten sojusz transatlantycki przeżył zapaść i teraz Biden musi go reanimować?  

– Przede wszystkim Donald Trump realistycznie ocenił, że Stany Zjednoczone – w zmieniającym się świecie – nie mają już tej potęgi i tej siły, którą miały jeszcze na początku XXI wieku. W związku z tym nie są w stanie panować i zapewniać bezpieczeństwo w tej globalnej skali jak dawniej, bez udziału innych graczy świata zachodniego. Dlatego Trump domagał się od państw sojuszniczych większego udziału finansowego w tym całym systemie, ponadto starał się wycofywać z tych przestrzeni, które były kosztowne dla Ameryki, co widać było chociażby na Bliskim Wschodzie.

Donald Trump – swoim zwyczajem – dużo też mówił o tym, że wojna jest możliwa. Natomiast w przeciwieństwie do swoich poprzedników żadnej wojny nie rozpoczął. Za to zamykał fronty i kończył te konflikty, które oni zaczęli. To była realna strategia. Co więcej, Trump definiował, że możliwości amerykańskie są dzisiaj nieco inne, skupiając się bardziej na rywalizacji z Chinami o prymat w świecie. W Eurazji nie podobał mu się sojusz niemiecko-rosyjski, dlatego starał się mu przeciwdziałać. Natomiast Joe Biden i elity, które za nim stoją, wydają się twierdzić, że to wszystko, co wydarzyło się po 2008 roku, czyli po kryzysie finansowym, de facto nie zaistniało. I że Stany Zjednoczone będą mogły w stary, sprawdzony sposób potwierdzać swoją dominację w świecie.

Stąd prezydent Biden wraca stale do skądinąd znanej już układanki – mianowicie tego, że sojusz z Niemcami jest strategiczny, że być może jest możliwy jakiś reset z Rosją, a więc do tego wszystkiego, co testował wcześniej Barack Obama. Tylko w tym momencie warto sobie przypomnieć, że pod koniec prezydentury Obamy sam przywódca wiele swoich poglądów czy decyzji chociażby wobec Rosji weryfikował. Oczywiście nie oznacza to, że Joe Biden zmieni wszystko, co zrobił Donald Trump, bo mówi się, że zasadnicze cele geopolityczne mimo wszystko zostaną utrzymane. Natomiast z całą pewnością mamy prężenie muskułów i próbę pokazania, że Stany Zjednoczone są wciąż tak samo mocne jak dawniej.

Nowa administracja Waszyngtonu mimo różnic widzi sens współpracy z Berlinem, co pewnie nie spodobałoby się Trumpowi?

– Donald Trump mimo tego, że przez wielu był uważany za „szaleńca”, tak naprawdę był wielkim realistą w polityce międzynarodowej. Owszem, jego styl był nieco szalony, natomiast jeśli mówimy o celach, to Trump definiował też w sposób obiektywny słabości Ameryki, wskazując drogę wzrostu. Oczywiście można się zastanawiać, co Joe Biden zrobi z projektem Nord Stream, a także jak realnie będzie się ustosunkowywał do Polski. I tych pytań jest całkiem sporo. Wygląda, że zaplecze Bidena chce wrócić do dawnej układanki, gdzie mamy jedno supermocarstwo, które jest w stanie nie tylko wybierać sobie strategiczne konfrontacje, jak chociażby z Chinami – o czym prezydent USA też mówi, ale że jest też zdolne zapanować nad wszystkim. Wydaje się jednak, że te zasoby amerykańskie są znacząco uszczuplone i nie można wykluczyć, że ten sen o potędze jest tylko marzeniem ściętej głowy.

Po zwycięstwie Bidena można było mieć wątpliwości, czy nowy prezydent będzie kontynuował linię swego poprzednika odnośnie do inicjatywy Trójmorza. Czy te obawy są wciąż uzasadnione, czy może będziemy mieli kontynuację linii Trumpa, a Polska w dalszym ciągu – może nie z takiej pozycji jak Niemcy, ale będzie wciąż liderem w tej części Europy?

– Oczywiście możemy powiedzieć, że Donald Trump – przynajmniej werbalnie – popierał inicjatywę Trójmorza, ale realne, czyli finansowo udział Stanów Zjednoczonych w tym projekcie był stosunkowo mały. Uczciwie mówiąc, miliard dolarów udzielonego wsparcia – zważając na skalę tego projektu, to nie była kwota powalająca, ale absolutne symboliczna. Trudno też powiedzieć, czy Joe Biden będzie chciał kontynuować tę linię, czy może wzorem Baracka Obamy spróbuje wprowadzać Rosję – na powrót – do gry o równowagę w Europie i w Eurazji? Oczywiście jeśli się na to zdecyduje, to wtedy dla Trójmorza i dla Polski w tej rozgrywce nie ma specjalnie miejsca.

Póki co Putin gra na tyle agresywnie, na tyle ostro – co widać było chociażby podczas niedawnej wizyty szefa unijnej dyplomacji Josepa Borella w Moskwie, kiedy Rosja nie robiła sobie nic ze sprzeciwu świata Zachodu wobec aresztowania i skazania Siergieja Nawalnego – że jest szansa na to, iż w ocenie Amerykanów Europa Środkowa – w tym Polska – będzie miała swoją rolę do odegrania – mam na myśli również rolę oddzielającą Niemcy od Rosji.

W związku z tym porozumienie Berlina z Moskwą – w perspektywie amerykańskiej – może być uważane za zagrożenie dla interesów Waszyngtonu. Natomiast jeśli Rosja zostanie zaproszona do gry o równowagę w świecie, czyli w istocie będzie zapewniała bezpieczeństwo, a tak naprawdę będzie miała swobodę panowania nad państwami na wschód od Bugu, czyli nad Białorusią, Ukrainą itd., z kolei Niemcy będą miały wpływy i swobodę w Polsce, a Stany Zjednoczone będą wycofane, to wówczas dla Trójmorza może być bardzo mało miejsca.   

Z tym zaproszeniem Rosji do stołu może być jeszcze różnie, zwłaszcza że prezydent Biden upominał się o jedność terytorialną Ukrainy i skrytykował też Rosję oraz Chiny jako państwa stanowiące zagrożenie dla demokracji i jedności Zachodu?

– Chiny stanowią z całą pewnością zagrożenie, bo są największą potęgą w regionie z ambicjami globalnego przywództwa, natomiast Putin – tak jak wspomniałem – prowadzi swoją grę. Póki co, opierając się na deklaracjach Joe Bidena, wydaje się, że sankcje wobec Rosji nie będą zniesione, ale to praktyka życia pokaże, czy zapowiedzi przejdą w czyny, czy sprawa pozostanie tylko w sferze deklaracji. Testem na relacje z Rosją i co do układu niemiecko-rosyjskiego będzie projekt Nord Stream.  

A co z bezpieczeństwem światowym. Widzimy potwierdzenie nowej administracji Białego Domu dla współpracy i rozwoju NATO oraz akcentowanie wagi artykułu 5. Czy to oznacza utrzymanie linii Trumpa?

– Ta reguła NATO, że kraj sojuszniczy zaatakowany będzie broniony, jest znana od dawna. Jednakże jest to stara wizja, kiedy to Stany Zjednoczone były odpowiedzialne czy też brały na siebie zabezpieczenie głównych szlaków komunikacyjnych na świecie. W tym znaczeniu Sojusz Północnoatlantycki jest tym czynnikiem, narzędziem w polityce amerykańskiej i sprowadzany jest do takiej właśnie roli. I taka jest wykładnia tych działań.

Impeachment Donalda Trumpa się nie powiódł, co w ocenie części komentatorów otwiera drogę do jego powrotu do Białego Domu za cztery lata. Na ile jest to realny scenariusz?

– W dużej mierze będzie tu decydować metryka. Chodzi o to, że Donald Trump wprawdzie młodszy od Joe Bidena, to jednak też ma swoje lata. Mimo tego, że jego legenda będzie rosła, jednak lat mu przybywa, a to ma swoje znaczenie w polityce.

Mówi się też o utworzeniu pod patronatem Trumpa nowego ruchu konserwatywnego, nowej partii republikańskiej, dla której poparcie deklaruje 46 procent sympatyków obecnej Partii Republikańskiej…

– Oczywiście Donald Trump może odegrać ważną rolę, ale wydaje się, że bardziej jako organizator w tworzeniu nowego ruchu. Zresztą w Stanach Zjednoczonych wiek polityków obejmujących urząd prezydenta znacząco się przesuwa i wybierani są ludzie w sile wieku. Myślę jednak, że nawet tu są jakieś nieprzekraczalne granice. Po Ronaldzie Reaganie, który – dla przypomnienia – obejmując urząd prezydenta w 1981 roku, miał 70 lat, a zatem nie należał do najmłodszych, wydawało się, że nie będzie już starszych prezydentów, ale widać, że w tym obszarze w USA wszystko jest możliwe.

W tym znaczeniu Donald Trump jest nieco młodszy od Joe Bidena, wygląda bardziej korzystnie i teoretycznie za cztery lata ma szanse ubiegać się o nominację i ponowny start do rywalizacji o najwyższy urząd w Stanach Zjednoczonych. Jednak czy tak się stanie, pokaże czas. Na razie sam zainteresowany nie sprecyzował jeszcze swoich planów. Owszem, zapowiedział swój udział w Konferencji Konserwatywnej Akcji Politycznej w Orlando na Florydzie, gdzie pewnie będzie chciał wyrazić własne zdanie co do przyszłości Partii Republikańskiej i w ogóle ruchu konserwatywnego w Ameryce. Formacja ta – w jego przekonaniu – coraz bardziej odchodzi od idei republikańskich. Sytuacja jest zatem bardzo dynamiczna, wiemy też, że wśród społeczeństwa amerykańskiego są coraz bardziej widoczne podziały, a to może zwiastować, że na tej scenie politycznej może się jeszcze wiele wydarzyć. Tym bardziej, że w przyszłym roku Amerykanów czekają wybory do Kongresu.

 Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl