logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Wael Hamzeh/ PAP/EPA

Liban: W bombardowaniu zginął proboszcz Qlaya

Poniedziałek, 9 marca 2026 (17:26)

Aktualizacja: Wtorek, 10 marca 2026 (08:30)

Ojciec Pierre El Raii został śmiertelnie ranny podczas ataku, kiedy osobiście ruszył na pomoc rannemu parafianinowi, który ucierpiał w wyniku wcześniejszego ostrzału.

Śmiertelny atak miał miejsce w poniedziałek 9 marca
o godz. 14.00 (godz. 13.00 w Polsce), dokładnie tydzień
po rozpoczęciu izraelskich bombardowań Libanu. Trafiony obszar to ponownie południowa część Kraju Cedrów. „Właśnie dowiedzieliśmy się, że straciliśmy o. Pierre’a
El Raii, maronickiego proboszcza Qlayaa” – powiedział
o. Toufic Bou Merhi, franciszkanin z Kustodii Ziemi
Świętej, proboszcz katolików obrządku łacińskiego
w Tyrze i Deirmimas. 

„Był pierwszy atak, który uderzył w dom w rejonie jego parafii, w górach, raniąc jednego z parafian” – opowiedział mediom watykańskim franciszkanin. „Ojciec Pierre
pobiegł z dziesiątkami młodych ludzi, aby pomóc rannemu parafianinowi: właśnie wtedy nastąpił kolejny atak, kolejne bombardowanie tego samego domu. Proboszcz został ranny. Został przewieziony do szpitala w okolicy, ale nie przeżył. Zmarł niemal przy samych drzwiach szpitala.
Miał zaledwie 50 lat”.

To dramatyczna, rozpaczliwa, a zarazem pełna
napięcia relacja franciszkanina, który przede wszystkim przypomina, że zmarły kapłan był „naprawdę oparciem
dla chrześcijan w tej okolicy”, zawsze u ich boku, także
– a nawet przede wszystkim – w pozostawaniu na tej
ziemi w czasie ciągłych ostrzeżeń o ewakuacji ze strony izraelskiej armii.

Ból wspólnoty katolickiej

Teraz jest czas bólu dla całej wspólnoty katolickiej.
„Płaczą z powodu tej tragedii, a jednocześnie bardzo się boją. Do tej pory ludzie nie chcieli opuszczać swoich domów w chrześcijańskich wioskach, natomiast w tej chwili wszystko się odwróciło. Opuścić dom, oznacza żyć na ulicy albo próbować wynająć inne mieszkanie, ale ludzie
nie są w stanie tego zrobić, także z powodu sytuacji gospodarczej, w jakiej kraj już się znajdował” – wyjaśnił duchowny.

W zeszłym tygodniu – jak wskazał o. Toufic Bou Merhi 
– „bezpośrednio trafiony został także dom innego kapłana: wtedy ludzie jeszcze wytrwali, ale teraz, po śmierci
o. Pierre’a, nie wiem, jak długo to może jeszcze trwać”.

W kraju narasta stan nadzwyczajny. „W naszym
klasztorze w Tyrze – relacjonował franciszkanin – mamy
200 przesiedleńców, wszyscy są muzułmanami, przyjmujemy ich, bo gdzie w tej sytuacji ktoś potrzebujący schronienia może je znaleźć? Mamy 500 tys. osób poza swoimi domami tylko w Bejrucie. Prawie 300 tys. ludzi opuściło południowy Liban i rozproszyło się po rejonach,
na południu uznawanych za bezpieczniejsze, chociaż tak naprawdę nigdzie nie jest już bezpiecznie. Dziesiątki tysięcy ludzi opuściły także Bekaa”. Ludzie „wiedzą,
co zostawiają: swoje majątki, swoje domy, swoją historię, ale nie wiedzą, dokąd iść. Ludzie są na ulicach, śpią
w samochodach. Nie byliśmy przygotowani na przyjęcie prawie jednej czwartej ludności”. „Lecz wszystkim
– podkreślił – mówimy i powtarzamy, że ostatnią rzeczą, która nie może w nas umrzeć, jest nadzieja w Panu,
który zawsze daje nam siłę, by iść dalej”.

Krzyk z Libanu, jak zapewnił, wciąż brzmi: „Dość wojen, dość przemocy. Broń, jak powiedział Papież, nie rodzi pokoju, rodzi masakry i nienawiść. Wszystko, o co prosimy, to móc żyć z odrobiną godności”.

AB, Giada Aquilino, Vaticannews.va

NaszDziennik.pl