logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: arch. o. Benedykt Pączka / Inne

Ciągle żyjemy w niepewności

Piątek, 7 lutego 2014 (11:15)

Aktualizacja: Środa, 16 lipca 2014 (11:07)

Z o. Benedyktem Pączką OFMCap, misjonarzem posługującym w miejscowości Ngaoundaye w Republice Środkowoafrykańskiej, rozmawia Izabela Kozłowska

 

Z każdym dniem napływają do nas coraz bardziej niepokojące wieści z Republiki Środkowoafrykańskiej. Jak teraz rozwinęła się sytuacja?

– Niestety, nasza sytuacja nie uległa zmianie i wciąż jest niebezpiecznie. Właśnie uciekamy z naszej misji i miasteczka, ponieważ otrzymaliśmy informację, że duża grupa rebeliantów z muzułmańskiej Seleki zmierza w naszą stronę. To kolejny dzień, kiedy zmuszeni jesteśmy do ucieczki.

Miejscowa ludność alarmuje, że grupa ta jest liczna, dlatego podjęliśmy natychmiast decyzję o ewakuacji w busz. Szukamy bezpiecznego miejsca, z którego będziemy mogli obserwować naszą wioskę i to, jak liczna jest ta rebeliancka grupa. Przed ucieczką udałem się do wioski, by zobaczyć, jak ona wygląda. Jest opustoszała. Nie ma tam nikogo. Wszyscy się poukrywali. Nie wiemy, za ile rebelianci do nas dotrą, jak długo będziemy musieli dziś się chować. Nie wiemy, ilu rebeliantów zmierza do nas. Pytań jest wiele, a odpowiedzi brak.

Zmęczenie tą sytuacją daje się we znaki?

– Oczywiście. Już trzeci tydzień, praktycznie dzień w dzień, musimy uciekać. Jesteśmy gotowi w każdej chwili zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i oddalić się w bezpieczniejsze miejsce. Wraz z nami ucieka lokalna ludność. Oni też nie tylko się boją, ale są zmęczeni. Morale nam wszystkim spada, lecz staramy się trzymać i wzajemnie podnosić na duchu. Wiemy, że nie możemy się poddać. Zmęczenie wywołuje ta ciągła ucieczka i późniejsze powroty, które są równie niebezpieczne. Dzisiaj jesteśmy tu. Jutro musimy uciekać gdzie indziej i tak naprawdę nie wiadomo, jak długo to wszystko będziemy w stanie wytrzymać.

Co zastajecie w wiosce po powrocie?

– W ostatnich dniach członkowie Seleki dwukrotnie przejechali przez Ngaoundaye. Za każdym razem spalili po kilka domów. Zniszczyli dobytek niekiedy całego życia wielu rodzin. Nasza wioska wygląda jak pogorzelisko. Po co to robią, nie wiadomo. Dochodzą do nas wiadomości, że już kilkadziesiąt osób zostało zamordowanych.

Wspomniał Ojciec, że rebelianci jedynie przejeżdżają przez wioskę...

 Rebelianci z Seleki to w głównej mierze najeźdźcy z Czadu i Sudanu. Nasza wioska znajduje się w pobliżu granicy z Czadem. Rebelianci przejeżdżają przez Ngaoundaye, by dostać się dalej. Najprawdopodobniej chcą przekroczyć granicę, a nie mają na to pozwolenia. Dlatego szukają innych rozwiązań, by pokonać granicę.

Nieustannie apeluje Ojciec o przybycie do Ngaoundaye wojska stacjonującego w tym afrykańskim kraju...

 Będziemy musieli uciekać do czasu, aż nie przybędzie do Ngaoundaye wojsko i nie otrzymamy z jego strony pomocy.

Proszę za pośrednictwem portalu NaszDziennik.pl o to, by osoby, które mogą coś zrobić, wpłynęły na podjęcie decyzji o przybyciu do nas chociaż patrolu wojskowego. Ich obecność jest niezwykle ważna, bowiem – jak już wcześniej mówiłem – rebelianci boją się wojskowych.

W przeciwnym wypadku czują się bezkarni w podpalaniu, grabieżach. Mamy nadzieję, że w końcu nasz apel zostanie wysłuchany. Bo dotychczas pozostawieni jesteśmy sami sobie. Od trzech tygodni alarmujemy o rozgrywanym tu dramacie i prosimy o przybycie wojska. Dotychczas nasz apel nie został wysłuchany. Mam nadzieję, że w końcu ta sytuacja się zmieni. Ciągle żyjemy w niepewności. Chciałbym także podziękować za wsparcie modlitewne. I w dalszym ciągu proszę o modlitwę.

Dziękuję za rozmowę.

Izabela Kozłowska

NaszDziennik.pl