logo
logo
zdjęcie

Dr Tomasz M. Korczyński

Bezlitosna doktryna Putina

Wtorek, 19 sierpnia 2014 (19:04)

Rosyjscy terroryści zamordowali w czasie tej wojny już setki cywilów. Zachód nadal nie potrafi wykrztusić z siebie słowa „wojna”. W panice szuka zastępczych pojęć, nie mając przy tym samemu pojęcia, co robić. Czasem politycy powiedzą nieświadomie jakąś prawdę, tak jak uczynił to minister spraw zagranicznych Francji, który przed spotkaniem w Berlinie stwierdził, że ma on nadzieję na zakończenie konfliktu i że Rosja z Ukrainą zasiądą przy pokojowym stole. Nikt pana Laurenta Fabiusa nie zdołał zapytać, od kiedy to wypracowuje się pokój, gdy nie ma żadnej wojny…

Putin tymczasem nie liczy się z nikim. Przed kamerami zachodnich telewizji, w biały dzień, tuż przy wschodniej granicy z Ukrainą przemieszczają się codziennie wojska rosyjskie (z rosyjskimi flagami i oznaczeniami). Sankcje Putinowi niestraszne (wielki naród rosyjski ma przecież tyle regionalnych przysmaków, że nie musi jeść hamburgerów), porażki separatystów także (przyjdą następni – nie ma przecież ludzi niezastąpionych). Pogróżki i pohukiwania Zachodu są dla Putina jak wczorajszy deszcz tweetów na miniblogu ministra Radosława Sikorskiego. W autach i autobusach płoną kobiety i dzieci. Putin ma krwawą ucztę i planuje dalszą intensyfikację działań wojennych.

Wojna nabiera coraz ohydniejszych kształtów i rozmiarów. Mordowanie cywilów Putinowskim wysłannikom z piekła weszło już w krew. Było tak oczywiście od zawsze. Tak są szkoleni i do tego nakłaniani. Wojenna doktryna prezydenta Putina, aby mordować każdego, kto wejdzie na muszkę, ma długą historię i cofa nas do drugiej wojny w Czeczenii. Bestialskie morderstwa, gwałty, tortury były codziennością kobiet, dzieci i mężczyzn, czego symbolem są zbrodnie przeciwko ludzkości w Groznym.

Apetyty zbrodniczego aparatu postsowieckiego rosły. Po Czeczenii była Gruzja. Dziś czas na Ukrainę. Jutro na kraje bałtyckie. Potem na Polskę. Putin wkracza bezkarnie na autonomiczne tereny niepodległych państw, które traktuje jak swoje włości. Jeśli ten samozwańczy car nie zostanie zatrzymany w porę, wkroczy także do naszej Ojczyzny. Taki scenariusz jest już niestety od dawna do wyobrażenia. Nie potrzebujemy wypowiedzi prezydenta Komorowskiego, który podczas Święta Wojska Polskiego zachęcał obywateli do obrony granic Rzeczypospolitej. Nie potrzebujemy słów gen. Philipa Breedlove’a, który oznajmił w dzienniku „Die Welt”, że scenariusz krymski może się także powtórzyć w innych krajach Europy Wschodniej i NATO jest na to nieprzygotowane. Nie potrzebujemy wysłuchiwać antypolskiej mowy nienawiści faszysty Żyrinowskiego o zmieceniu Polski z powierzchni ziemi ani wypowiedzi „ekspertów” od wielkiej międzynarodowej polityki typu Lech Wałęsa, który zapowiedział, że „Putin upuści nam trochę krwi i nabije guzów”.

Putin aneksją Krymu zadziałał z całą premedytacją, podobnie jak w pełni świadomy swoich imperialnych racji i celów Adolf Hitler, i już w marcu br. pokazał swoje prawdziwe oblicze gołąbka pokoju (Zachód rozważał nawet jego kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla). Putin jest natomiast najzwyklejszym w świecie zbrodniarzem wojennym, na Ukrainie działa jako zbrodniarz, od kiedy pierwszy transport broni dotarł do rosyjskich terrorystów destabilizujących wschód tego wciąż największego państwa Europy.

Jednak on tylko wykorzystuje bezradność i opieszałość Zachodu, chciwość Francji, Austrii, Holandii, bierność USA, naiwność Niemiec, puste słowa Wielkiej Brytanii. Zachód nie zamknął w porę tej puszki Pandory. Dlatego będą płonąć kolejni cywile, będą zestrzeliwane następne samoloty pasażerskie przez rosyjskich bandytów. Na własną odpowiedzialność Zachodu. Oburzenie Holandii, która okazała się ze swoimi sankcjami bezradna w stosunku do przemożnej i tępej siły zła Putina, nadeszło nie w porę. Można było tego uniknąć, ale interesy były ważniejsze niż pokój na Ukrainie. Mord trzystu niewinnych ludzi, strzelanie do autobusów z dziesiątkami bezbronnych uchodźców otworzyły oczy każdemu, kto się jeszcze łudził co do „dobrej” woli Putina. Biały orszak „pomocy humanitarnej” jest ponurym żartem, z którego najgłośniej śmieją się dziś Putin, Ławrow i Miedwiediew. Ich rechot roznosi się głośnym echem po złotych salach Kremla.

Jak reaguje Zachód? Obama i Merkel pozwolili sobie w międzyczasie na wakacje, więc polscy politycy skorzystali także z okazji i udali się na zasłużony wypoczynek po ciężkim roku pracy dla państwa polskiego i jego obywateli. Tylko polscy obywatele coraz głośniej pytają, czy inwazja wojska rosyjskiego jeszcze jest czy już nie jest do uniknięcia (albo zadają te pytania w wersji Tuskowej: czy nasze dzieci pójdą czy też nie pójdą we wrześniu do szkoły?). Komorowski z Tuskiem oraz ich media nie odpowiedzą nam na te proste, ale jakże ważne pytania, no, ale skoro państwo istnieje tylko teoretycznie, to jakie ma szanse na zmierzenie się z rosyjską inwazją? Takiemu państwu nic przecież nie grozi, bo… nie istnieje.

Dr Tomasz M. Korczyński

Aktualizacja 11 września 2014 (10:16)

NaszDziennik.pl