logo
logo

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Zdjęcie: www.operacjaekwador.pl/ Internet

Bóg jest jedynym ratunkiem

Piątek, 14 listopada 2014 (10:54)

Aktualizacja: Piątek, 14 listopada 2014 (12:02)

Z Jolantą Nowak i Barbarą Busztą, animatorkami Diakonii Misyjnej Archidiecezji Przemyskiej, które wyjechały na misję do Santo Domingo de Los Colorados w Ekwadorze, rozmawia Marta Milczarska

Od dwóch miesięcy jako wolontariuszki wspomagacie posługę Sióstr Benedyktynek Misjonarek, które prowadzą Dom Dziecka w Santo Domingo de Los Colorados w Ekwadorze. Jak wygląda Wasza praca w tym miejscu?

Barbara Buszta: Nasz dzień rozpoczynamy o godz. 5.30. O tej godzinie dzieci wstają do szkoły. Wówczas naszym zadaniem jest: pomoc w ubraniu się mniejszym dzieciom, uczesanie włosów, przygotowanie śniadania (najczęściej są to tosty z serem, dżemem i obowiązkowo kakao), następnie pomoc w posprzątaniu po śniadaniu. Pierwsza tura dzieci wychodzi do szkoły o godz. 6.30, kolejne dzieci o 6.50 i 7.20. Później mamy czas na odpoczynek.

Od godz. 10.00 do 12.00 pomagamy opiekunkom, tzw. ciociom, w pracach dnia codziennego, tj. w przygotowywaniu obiadu dla dzieci. Sprzątanie pokoi dziecięcych w domku, mycie łazienek, okien – czynności, które każdy z nas wykonuje we własnym domu. Także pomoc w sprzątaniu ogrodu wokół domu. I tak czas szybko mija do godz. 12.00. Następnie jest czas, w którym możemy przygotowywać gry, zabawy dla dzieci, kiedy wrócą ze szkoły. O godz. 13.00 jest obiad, wówczas też dzieci wracają ze szkoły. Wspólnie jemy obiad, a następnie wspólnie zmywamy po zjedzonym posiłku.

Później pomagamy dzieciom w zadaniach, szczególnie z matematyki, angielskiego, plastyki. Po skończonej nauce możemy wspólnie się bawić. Na zewnątrz mamy duży plac zabaw, na którym dzieci najchętniej spędzają wolne chwile. Staramy się również uczyć dzieci piec i gotować. Udało nam się wspólnie z dziećmi zrobić pierogi, usmażyć naleśniki, racuchy i upiec ciasteczka. Każda z nas pracuje w innym domku, stąd też popołudnie zależy już od wolontariusza i jego kreatywności. Pracujemy do godz. 17.30, a później odpoczynek. I tak wygląda nasz każdy dzień za wyjątkiem soboty. Większość dzieci wychodzi wtedy do swoich rodzin lub rodzin zastępczych. Na terenie domu dziecka zostaje niewielka liczba dzieci. Jest to czas przede wszystkim wspólnej zabawy, spaceru poza teren domu dziecka. Niedziela jest dla nas, wolontariuszy, dniem odpoczynku.

W naszej rozmowie przed wyjazdem trochę obawiałyście się, czy zostaniecie zaakceptowane przez dzieci. Jak przyjęły Was dzieci? Jakie były ich pierwsze reakcje?

Jolanta Nowak: Dzieci przyjęły nas – dosłownie – z otwartymi ramionami. Czekały na nas mimo późnej pory tylko po to, by nas przywitać. Na początku oczywiście bez pewnego niezrozumienia czy pomyłek się nie obyło, z racji różnic językowych, ale było bardzo zabawnie i przyjemnie. Pierwsze dni czy tygodnie to czas, kiedy próbowałyśmy się odnaleźć w tutejszej rzeczywistości. Co do początkowych reakcji, to pierwsze pytanie dzieci: „Czy w Polsce jest śnieg?”. Dla nich to wielka atrakcja, gdyż tutaj, w tym klimacie na śnieg nie ma co liczyć. Oczywiście często porównywanie koloru skóry, jako że jesteśmy od nich dość sporo jaśniejsze i się tym wyróżniamy. Dzieci w domu dziecka są bardzo otwarte i też potrzebują czułości, przytulenia, dlatego staramy się im to zapewniać i stwarzać atmosferę prawdziwie rodzinną.

Ważnym zadaniem, które stawiałyście sobie przed wyjazdem, była chęć ewangelizacji, pomoc w duchowym zbliżeniu do Pana Boga. Jak realizujecie to zadanie?

Barbara Buszta: W obecnej chwili zadanie to realizujemy przede wszystkim poprzez osobiste świadectwo wiary. W październiku codziennie w każdym z domków odmawiany był Różaniec. Pomagałyśmy dzieciom w tym czasie robić dekoracje na figurkę Matki Bożej, uczestniczyłyśmy każdego dnia z nimi na wspólnej modlitwie różańcowej. W niedzielę wychodzimy wraz z dziećmi na wspólną Mszę św. do pobliskiej katedry. Każdego dnia nosimy również nasze krzyże animatorskie, dzieci na początku naszego pobytu zadawały mnóstwo pytań: co to jest, dlaczego nosimy te krzyże, kto nam je dał itp. Był to czas i możliwość wdrożenia ich w tematy oazy. Pod koniec każdego dnia w dziesiątku Różańca wspólnie modlimy się za całe dzieło misyjne na ziemi ekwadorskiej oraz za nasze kochane dzieci. Każdego ranka, kiedy dzieci wychodzą do szkoły lub idą spać, proszą również nas o błogosławieństwo.

Jak doświadczenie wolontariatu wpływa na Waszą więź z Chrystusem?

Jolanta Nowak: Nasza więź staje się mocniejsza i głębsza. Gdy jest jakiś problem, jakaś trudność, to nie ma innego ratunku niż rozmowa z Bogiem, wejście w osobową relację z Chrystusem. Jesteśmy tu trochę zdane na siebie, jest to w pewien sposób samotność, którą bez Boga i bez wiary byłoby bardzo ciężko przeżywać. Tutaj Chrystus jest jakby dla nas bliższy. W życiu Ekwadorczyków nie bardzo widzi się prawdziwą wiarę w Jezusa. Choć ludzie tu noszą mnóstwo symboli religijnych, jak różańce czy wizerunki świętych, to nie są one do końca zrozumiałe i prawdziwe czczone. Dlatego też Ekwador to ciągle państwo misyjne. Zaś nasze szczęście otrzymania łaski wiary, której im jeszcze brakuje, staje się coraz większe.

Czego uczycie się od dzieci, z którymi się spotykacie?

Barbara Buszta: Dzieci uczą nas przede wszystkim języka, z nimi najwięcej czasu przebywamy i od nich najwięcej możemy się nauczyć. Uczymy się od nich również spontaniczności, kreatywności, cierpliwości i prostoty.

Co najbardziej zaskoczyło Was w tym kraju?

Jolanta Nowak: Teraz, po pewnym czasie, to się już nie pamięta pierwszych wrażeń i zaskoczenia, bo większość rzeczy stała się po prostu normalna. Zaskoczeniem było to, że są sklepy, i to dobrze wyposażone – to miłe zaskoczenia. Negatywne – wszechobecny brud, chodzące po ulicach bezpańskie psy, taka niedbałość o porządek czy o to, by mieszkać w pięknym miejscu. A tu jest pięknie, tylko że trzeba wyjechać poza miasto. Pewnym szokiem była też pierwsza Msza Święta, kiedy wszedł ksiądz i wszyscy klaskali do śpiewanej pieśni. Później kapłan zachęcił, by się przywitać z osobami wokół siebie. Nagle wszyscy zaczęli się ściskać – nas oczywiście też. Było dużo śmiesznych sytuacji związanych z posiłkami, np. kiedy na talerzu znalazły się kurze pazury i nie wiadomo było, jak się za to zabrać, albo podany krowi język czy żołądek, bo wątróbka to przecież normalna rzecz. Na pewno ciekawe jest podróżowanie autobusem. Panowie, którzy wyskakują na każdym przystanku po to, by oznajmić, gdzie autobus jedzie i zebrać pieniądze od wsiadających. W autobusach sprzedawcy jedzenia i na przykład szczoteczek do zębów podczas każdej podróży, nieważne czy 15 minut, czy 3 godziny. Zaskoczeń było dużo i dalej się zdarzają. W końcu to drugi koniec świata, inna kultura, język, tradycja. Ale to niezwykłe doświadczenie warte polecenia wszystkim, którzy tylko mają otwarty umysł i serce.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Milczarska

NaszDziennik.pl