logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Świadectwo przez miłość

Środa, 20 marca 2019 (04:01)

Rozmowa z Francesco Martialisem, dyrektorem Caritas Dżibuti

 

Prowadzi Pan katolicką organizację dobroczynną w kraju muzułmańskim, niewielkim, ale usytuowanym w samym Rogu Afryki, gdzie zbiegają się interesy strategiczne wielu państw. Czy bezpiecznie się tam pracuje?

– Przede wszystkim, jak pani wspomniała, jest to bardzo mały kraj – nie ma nawet miliona mieszkańców – i w 99 proc. muzułmański. Islam jest religią państwową. Chrześcijanie, katolicy są więc tylko tolerowani. Możemy być obecni, ale nie możemy okazywać na zewnątrz swojej wiary, nie możemy mówić o Jezusie. Bywa to trudne. Kiedy idziemy do kościoła, nie wolno nam bić w dzwony. Ochrania nas wojsko rozstawione wokoło.

 

Ale kościoły są czynne?

– Mamy jeden kościół katolicki – katedrę. I żadnych miejscowych katolików. Są tylko cudzoziemcy: z Europy i z Afryki, ponieważ mieszkańcom Dżibuti nie wolno nawracać się na wiarę katolicką.

 

I w tych warunkach Caritas może działać legalnie?

– Caritas Dżibuti, założona w 1952 roku, jest najstarszą organizacją humanitarną w kraju. Jesteśmy więc znani i szanowani za to, co robimy. Nie za to, kim jesteśmy ani co mielibyśmy do powiedzenia, gdyż nie wolno nam nic mówić na temat naszej wiary. Ale za to, co robimy, za dzieła, które prowadzimy, ludzie nas szanują. Szczególnie ubodzy.

Niektórzy muzułmanie są wobec nas agresywni. Nienawidzą nas, nienawidzą krzyża. Noszę krzyżyk pod koszulą i czasami, kiedy pracuję, mój krzyżyk wystaje. Niektórzy muzułmanie wtedy plują na niego. Mamy więc dwie możliwości: albo wynieść się stamtąd, albo powiedzieć sobie: nawet gdy nas nie chcą, gdy nas obrażają, zostaniemy, żeby kochać ludzi, którzy nas nienawidzą, i pomagać im. Taka jest nasza katolicka tożsamość. Staramy się dawać świadectwo swej wiary poprzez miłość. Wśród muzułmanów są też ludzie o otwartych umysłach, którzy widzą, że nie mamy w tym interesu, że chcemy po prostu nieść miłość i pomoc.

 

A jak wyglądają relacje z władzami?

– Relacje z władzami poprawiają się ostatnio. Rządzący widzą, że zajmujemy się tymi ludźmi, którymi nikt inny nie chce się zająć: dziećmi ulicy, migrantami, narkomanami, prostytutkami. Życzą sobie tylko, byśmy działali bez rozgłosu. Owszem, spotykam się czasem z podejrzeniami, że przyciągamy ludzi, by ich pozyskać dla Kościoła. Mówię wtedy urzędnikom: przyjdźcie i zobaczcie, co robimy. Popytajcie tych, którzy korzystają z naszej pomocy, czy dzieje się tu coś nielegalnego.

 

Czy w takim razie możecie mieć krzyże lub obrazy religijne w budynkach Caritas?

– Nie, to zupełnie zabronione. Nawet o naszym logo ludzie mówią, że to prowokacja. Ale w moim biurze mam krzyż. Potrzebuję go tam, cokolwiek ktoś o tym myśli.

 

A w salach, gdzie opiekujecie się chorymi, gdzie prowadzicie zajęcia…

– Tam nie mamy, to niemożliwe. Wie pani, są z nami siostry Matki Teresy z Kalkuty. Krzyż jest częścią ich stroju. Każdego dnia wysłuchują uwag w rodzaju: „Pójdziesz do piekła, bo nosisz krzyż. Natychmiast nawróć się na islam!”. Do mnie też w każdym miesiącu, raz czy dwa razy, przychodzą ludzie, którzy mówią mi: „Natychmiast przyjmij islam!”.

 

A jeśli ktoś z miejscowych chciałby się jednak nawrócić na wiarę katolicką?

– Pierwszą rzeczą, którą muszę powiedzieć, jest to, że Kościół w Dżibuti nie może wychodzić do ludzi i nauczać ich. Jedynym sposobem na wejście w kontakt z miejscową ludnością jest działalność charytatywna. Czasem przychodzą szpiedzy, żeby się przekonać, czy nie robimy tego, co zabronione. Mówią: „Słyszałem, że nawracacie tu ludzi. Ja też chcę zostać katolikiem”. Odpowiadam wtedy, że nie, w Caritas nikogo nie nawracamy. Czasem jednak ktoś szczerze pyta o Pana Jezusa. Wtedy mówię: „Caritas jest tylko organizacją charytatywną, ale mogę cię skontaktować z naszym biskupem, z którymś z księży. On powie ci więcej”.

 

Ilu jest księży w Dżibuti?

– Mamy jednego biskupa i trzech księży. Na cały kraj. Nasz biskup jest ordynariuszem Dżibuti, a także Mogadiszu w Somalii, ale ponieważ poprzedni tamtejszy biskup został zabity (zamachowiec czekał na niego, gdy szedł do kościoła, i zastrzelił go), teraz biskup rezyduje w Dżibuti. Jest to włoski franciszkanin, wcześniej przez wiele lat pełnił posługę właśnie w Somalii. Prócz niego mamy jednego księdza z Indii, jednego z Konga i jednego ze Stanów Zjednoczonych.

 

Jak wygląda życie codzienne katolików, pracowników Caritas w Dżibuti?

– Mamy Mszę św. codzienną. Jest to jedyna Msza św. w całym kraju, odprawiana dyskretnie, w krypcie. Kościół jest w dni powszednie zamknięty. Tylko w niedzielne wieczory, gdy ochrania nas wojsko, Msza św. jest sprawowana normalnie, w katedrze [NMP Matki Dobrego Pasterza – przyp. red.]. Co drugi tydzień mamy też adorację. Noszenie sutanny, a nawet koloratki, jest całkowicie zabronione. Jedynie biskup może nosić krzyż, a nasi księża tylko w niedziele i święta noszą koloratki. Nasza społeczność jest bardzo niewielka. Mamy pewne możliwości, tylko wszystko musimy robić dyskretnie.

 

Wracając do posługi Caritas, kto jest jej głównym beneficjentem?

– Mamy różne projekty: pracę na rzecz dzieci ulicy, program doraźnej pomocy medycznej; mamy projekt pomocy ofiarom wojny w Jemenie, ofiarom suszy na pustyni wewnątrz kraju. Tak więc prowadzimy programy na rzecz mieszkańców Dżibuti, jednak w praktyce głównymi beneficjentami naszej pomocy są migranci.

 

Dlaczego?

– Ponieważ nie mają dostępu do usług publicznych. Bez dokumentów nie zostaną na przykład przyjęci do szpitala. My natomiast staramy się pomóc każdemu, o nic nie pytając. To wielki ból dla nas powiedzieć „nie” potrzebującemu. Staramy się zawsze jakoś pomóc. Sami potrzebujemy funduszy na kupno jedzenia, środków opatrunkowych i leków, a także podstawowych rzeczy, takich jak ubrania. Chcielibyśmy też rozszerzać działalność, np. zapewnić dzieciom uchodźców edukację. Na razie mamy zajęcia dla miejscowych „dzieci ulicy”: uczymy angielskiego, francuskiego, matematyki, mamy też warsztaty artystyczne – rysowanie, malowanie.

Uczenie też dzieci jemeńskich na razie przekracza nasze możliwości. Jemeńczykom, oprócz  żywności i opieki medycznej, zapewniamy pomoc psychologiczną, bo są to ofiary wojny: ludzie dotknięci cierpieniem fizycznym, ale często też traumą wojenną. Dajemy im mikropożyczki (np. na zakup narzędzi), organizujemy warsztaty zawodowe, żeby mogli zacząć zarabiać na siebie, na swoje rodziny w nowym miejscu. Żeby nie uzależnić ich na stałe od naszej pomocy. Większość migrantów pochodzi z Etiopii, Somalii i Jemenu.

 

Jaka jest skala tej migracji? Dżibuti, jak Pan wspomniał, to niewielki kraj.

– Tak, ma około 900 tys. własnych mieszkańców, ale też liczne społeczności migrantów z krajów ościennych, a także Europejczyków i ludzi z innych kontynentów, którzy tam pracują, głównie w bazach wojskowych.

Samych uchodźców z Jemenu ogarniętego wojną jest teraz w Dżibuti około 5 tys. 2 tys. 300 osób mieszka w obozach dla uchodźców stworzonych i utrzymywanych przez rząd we współpracy z organizacjami międzynarodowymi. Dżibuti od Jemenu dzieli tylko nieco ponad 20 km, co prawda przez wodę. Ludzie biorą jakieś kawałki drewna, plastiku, czegokolwiek, i starają się na tym przepłynąć cieśninę. Od początku wojny 50 tys. uchodźców z Jemenu przedostało się przez Dżibuti do innych krajów.

 

To Bab-el-Mandab, jedna z ważniejszych cieśnin na świecie, łącząca basen Morza Śródziemnego z Oceanem Indyjskim. Z Morza Czerwonego na ocean wypływają tamtędy wielkie statki, a płynąc z Jemenu do Dżibuti, trzeba by przeciąć im drogę.

– Toteż zdarza się wiele wypadków, ale ludzie mimo wszystko próbują. A dodatkowe niebezpieczeństwo stwarza fakt, że wody pomiędzy Jemenem a Somalią i Dżibuti to chyba ostatnie miejsce na świecie, gdzie działają piraci. Napadają łodzie i porywają ludzi dla okupu. Jest to więc miejsce pełne niebezpieczeństw. Z jednej strony płyną Jemeńczycy do Dżibuti, ale – choć trudno w to uwierzyć – z drugiej strony mieszkańcy Etiopii starają się przepłynąć do Jemenu, pomimo że trwa tam wojna, żeby przedostać się do Arabii Saudyjskiej i dostać dobrze płatną pracę. Łudzą się najczęściej, są wykorzystywani, nie ma tam dobrej pracy dla nich, ale podejmują tę niebezpieczną podróż.

 

Codzienna działalność Caritas jednak nie jest możliwa bez przyjmowania osób z zewnątrz. Jak to robicie? Czy też ochrania was wojsko?

– Mamy szczęście być sąsiadami największej bazy miejscowej armii, więc jesteśmy chronieni. Mamy też prywatną agencję ochrony. Działamy w dzielnicy, w której jest w miarę bezpiecznie.

 

W stolicy, Dżibuti?

– Tak, w stolicy, gdzie – co ciekawe – mieszka trzy czwarte populacji tego kraju. Reszta jest pustynna, prawie nic tam nie rośnie. Żadnych warzyw ani owoców.

 

Czym więc mieszkańcy się żywią? I pracownicy Caritas?

– Niemal cała żywność pochodzi z sąsiedniej Etiopii. Jeśli chodzi o dania krajowe, mamy tylko podstawowe rzeczy: mięso i ryby, i pewien rodzaj placków zbożowych, coś jak naleśniki. Cała reszta jest sprowadzana.

 

Wracając do uchodźców z Jemenu, skoro jest ich w Dżibuti 5 tys., a miejsc w obozach 2 tys. 300, gdzie jest reszta?

– W samej stolicy, mieście o tej samej nazwie, jest około 2 tys. 700 osób. Ci, którzy trafili do obozów, są w lepszej sytuacji, pomoc dla nich jest dobrze zorganizowana. Natomiast ci, którzy żyją w mieście, na własną rękę, nie mają nic. Nie mają dostępu do usług publicznych, opieki medycznej, nie mają bezpiecznego schronienia, warunków higienicznych, żywności. Często są to ludzie, którzy porzucili swe domy nagle, w chwili zagrożenia, tak jak stali. Nie mają dosłownie nic. Owszem, zimą jest 30 stopni Celsjusza, więc można spać na ulicy, ale kwestie bezpieczeństwa czy higieny wymagają lepszych warunków. W Jemenie od początku wojny odnotowano już milion przypadków cholery. Jest to „choroba brudnych rąk”, która przenosi się wraz z ludźmi. Sam już dwa razy się nią zaraziłem, bo kiedy o pomoc prosi człowiek chory, co powiem? Odejdź? Jestem tam legalnie, mogę iść do szpitala, a ci ludzie nie. Dlatego koncentrujemy się głównie na tych najbardziej potrzebujących – na społeczności Jemeńczyków w Dżibuti.

 

W jaki sposób im pomagacie?

– Staramy się zaspokoić najbardziej podstawowe potrzeby. Przede wszystkim jedzenie. Oni czasem dosłownie umierają z głodu. Przygotowujemy więc paczki zawierające żywność dla rodziny na tydzień. Mogą przyjść i wziąć taką paczkę. Prowadzimy kuchnię, więc mogą też zjeść na miejscu gotowy posiłek. Zapewniamy im pomoc medyczną. Mamy w Caritas dobrze, jak na miejscowe warunki, wyposażoną przychodnię. Są wśród nas lekarze, pielęgniarki, specjaliści od takich chorób jak cholera, ale nie chcemy konkurować z publiczną służbą zdrowia. Działamy na małą skalę i bez rozgłosu. Kiedy natrafiamy na jakąś chorobę, z którą nie możemy sobie poradzić, współpracujemy z publicznymi i prywatnymi szpitalami.

 

Jak władze traktują tych ludzi?

– Część z nich ma status uchodźców i miejsce w obozach stworzonych we współpracy z ONZ. Są one dobrze zorganizowane i zaopatrzone, często wizytowane przez społeczność międzynarodową, co wpływa na image kraju. Również UE i Unia Afrykańska dają pieniądze na potrzeby uchodźców. Ten system działa dobrze, ale nie obejmuje wszystkich potrzebujących. Tymi, których nie obejmuje, my staramy się zająć. Trudno zresztą winić kogoś – Dżibuti jest małym krajem, ma swoje ograniczenia. Nie może przyjąć wszystkich.

 

Właśnie, mówi Pan o 5 tys. uchodźców. Tymczasem Jemen ma/miał około 30 mln mieszkańców, wojna spowodowała w nim prawdziwą klęskę humanitarną: brak pracy, głód (nie tylko niedożywienie, ale śmierć głodowa), choroby, przemoc… Zapewne znacznie więcej niż 5 tys. osób porzuciło swoje domy.

– Tak. Wspomniałem, że od początku wojny 50 tys. uchodźców z Jemenu przedostało się przez Dżibuti do innych krajów. Co zaskakujące, także do Somalii, gdzie też trwa wojna, gdzie działają terroryści, gdzie fundamentaliści islamscy podrzynają gardła – tam także kierują się Jemeńczycy. ONZ umieszcza tam uchodźców. Ale Dżibuti, jak wspomnieliśmy, jest niewielkim krajem, nie mogąc przyjąć wszystkich, musi kierować ich gdzie indziej. Część Jemeńczyków przedostała się nawet do krajów europejskich, a także do Kanady i USA. Ale to naprawdę z desperacji, bo pierwsza rzecz, jaką mówią uchodźcy z Jemenu, to: „Chcę wrócić do siebie. Zawieźcie mnie z powrotem”. Jemen przed wojną był przepięknym krajem. O starożytnej kulturze, bogatym w żywność, wspaniałym. Teraz to chyba najgorsza katastrofa humanitarna w dzisiejszym świecie. A prawie nikt o niej nie mówi. I nie mamy tam miejscowej Caritas.

 

Powiedział Pan, że oni chcieliby przede wszystkim wrócić do siebie. Czy są w Jemenie miejsca bezpieczne, gdzie byłoby to możliwe?

– Istnieją takie miejsca, choć jest ich niewiele. Jak dotąd udało nam się umieścić z powrotem w kraju trzy rodziny. Nie mogły wrócić do swoich domów, ale przynajmniej do innego regionu własnej ojczyzny. Jednak jest to trudne, trzeba znaleźć właściwe miejsce i ludzi, którzy zechcą ich przyjąć. Nie nastawiamy się na ilość, ale na działanie dostosowane do konkretnych przypadków.

 

Czytałam, że przed wojną było w Jemenie pięć kościołów. To zresztą kraj, gdzie chrześcijaństwo kwitło już w pierwszych wiekach.

Trzy lata temu próbowaliśmy wysłać tam księdza. Ponieważ w Jemenie działają siostry Matki Teresy z Kalkuty, pomagają biedakom, a nie mają księdza, nie mają Mszy św., sakramentów.

 

Ile ich jest?

– W tej chwili pięć. Udają się tam właśnie przez Dżibuti, ale kiedy już się tam znajdą, nie wyjeżdżają, bo nie miałyby możliwości powrotu.

 

Czy nie są tam legalnie?

– W przeszłości legalnie miały wiele domów w Jemenie. Potem i władze, i rebelianci poradzili im, żeby „dla swego bezpieczeństwa” zamknęły część placówek. Mówią o ich bezpieczeństwie, ale w istocie chcą też ograniczyć obecność Kościoła w kraju. I trzy lata temu próbowaliśmy wysłać im kapłana. Ksiądz [Thomas Uzhunnalil – przyp. red.] przebywał z siostrami. I kiedyś do ich domu, służącego także za przytułek, przyszli bojówkarze ISIS. Przedstawili się jako krewni któregoś z chorych, chcący go odwiedzić, więc strażnik otworzył im. Zabili dwunastu pracowników. Było tam także pięć sióstr. Jedna z nich ukryła się w lodówce i dzięki temu przeżyła. Pozostałe siostry rozstrzelali, a księdza porwali i przetrzymywali przez wiele miesięcy. Po tym wypadku stwierdziliśmy, że zbyt niebezpieczne jest posyłanie tam kogokolwiek na stałe. Pomagamy Jemeńczykom w Dżibuti, a także z jego terytorium staramy się pomagać im na miejscu, w Jemenie, ale utrzymywanie tam stałej misji byłoby zbyt niebezpieczne.

 

Jednak na miejsce zabitych sióstr pojechały nowe?

– Tak, to istne święte. Stanowczo chcą tam być.

 

Podobno w Jemenie od pierwszych wieków są także chrześcijanie. Jaka jest dziś ich sytuacja?

– Nie mają kapłanów, żyją w ukryciu. Do naszej Caritas w Dżibuti przedostała się rodzina uchodźców spośród nich. Pokazali mi pismo, jakie dostali, na podstawie prawa szariackiego: „Wiemy, że jesteście chrześcijanami. Wykonamy na was wyrok śmierci”. Musieli z tego powodu opuścić kraj. Mieszkają teraz w Dżibuti, są naszymi wolontariuszami. Żyją w godnych warunkach, mogą pomagać innym. Ale w Jemenie chrześcijanie muszą się ukrywać. Dlatego właśnie, żeby pomagać Jemeńczykom, potrzebujemy oczywiście pieniędzy, żywności, lekarstw, różnego sprzętu, ale przede wszystkim potrzebujemy modlitwy. Potrzebujemy światła Ducha Świętego. Jeżeli nasza pomoc nie będzie poprzedzona i wsparta modlitwą, jakie damy świadectwo? Będziemy jak każda inna organizacja humanitarna. A Caritas nie jest jakąkolwiek organizacją. Chcemy być dla potrzebujących braćmi i siostrami i choć w taki sposób dawać świadectwo wiary.

 

Dziękuję za rozmowę.


Caritas Dżibuti współpracuje z Caritas Polska. Z strony Caritas.pl można dowiedzieć się o sposobach pomocy. Można też po prostu wysłać SMS o treści „Jemen” pod numer 72052 (koszt 2,46 zł z VAT). Każdy taki SMS to jeden posiłek dla potrzebującego.

Ewa Małecka

Aktualizacja 20 marca 2019 (10:59)

NaszDziennik.pl