logo
logo

Zdjęcie: / -

Dzieło miłosierdzia

Sobota, 28 września 2019 (19:07)

Rozmowa z ks. Mikołajem Bieliczewem MIC, posługującym na Ukrainie

Jak wygląda Księdza codzienne życie?

 Życie w Charkowie jest piękne i tragiczne jednocześnie. To jest wielkie miasto, ma ponad 1,5 mln mieszkańców, jest twórcze i zróżnicowane. Jest bardzo dużo wyższych uczelni, jeśli się nie mylę, około trzydziestu. Miasto to jest bardzo poranione przez Związek Sowiecki. Jego mieszkańcy sto lat temu rozmawiali ze sobą w języku ukraińskim, a teraz 90 proc. rozmawia po rosyjsku. Represje, które miały miejsce w latach 30. XX wieku, były jednymi z najgorszych w ZSRS. To nie jest przypadek, że właśnie tam – w Charkowie – znajduje się cmentarz oficerów polskich. Dodano ich do tłumu innych ludzi, którzy tam zostali rozstrzelani. Charków nie jest miastem bohaterem. W 1941 roku jego mieszkańcy witali Niemców z kwiatami. To dobrze pokazuje istotę problemu. Bardzo dużo przelanej krwi, bardzo wiele zła, które się działo i się dzieje. Grzechów w Charkowie nie brakuje.

Co jest największym problemem?

– Tocząca się w bliskim sąsiedztwie wojna. Ona zamyka drzwi do normalnego życia, m.in. do handlu. Jak nie ma handlu, to nie ma pieniędzy. Miasto się prawie nie rozwija. Życie toczy się w bardzo ograniczony sposób, na tyle, na ile pozwalają obecne warunki. Na pewno gdyby ustała wojna, miasto od następnego poranka zaczęłoby rozkwitać. 

Jak wygląda Ksiądza posługa?  

– Jestem wikariuszem w parafii, a oprócz tego dyrektorem małego wydawnictwa. Dużo pracy wykonujemy przez internet. Wtorek jest takim dniem, kiedy się widujemy. Spotykamy się rano i wspólnie pracujemy, np. nad tłumaczeniami, tekstami. Potem mamy wspólną Mszę św. i obiad, a także taki wolniejszy czas, w którym możemy porozmawiać o tym, czym żyjemy. Na co dzień siedzę przy komputerze i piszę albo pracuję przy mikrofonie i piszę. Redaguję to, co nagrałem.

„Słowo wśród nas” drukuje rozważania nad Słowem Bożym na co dzień. Doszliśmy do przekonania, że to nie wystarcza, że trzeba wejść na współczesną przestrzeń. Dlatego od Wielkiego Postu mamy nową inicjatywę. W komunikatorach – w viberze i telegramie – zamieszczamy medytację na co dzień w wersji tekstowej i audio (mp3). Wiele osób słucha tych medytacji w drodze lub przed pójściem spać. Najpierw trzeba te medytacje napisać tak, by można je było przeczytać na głos, nagrać, by się tego dobrze słuchało. Trzeba użyć innych zwrotów niż w tekstach tylko do czytania. Potrzebne jest także wprowadzenie, muzyka. Pomysł zaczerpnęliśmy od jezuitów i ich „Modlitwy w drodze”. Można to znaleźć przez vibera (tekst i audio) lub w telegramie (tylko tekst). Do vibera trzeba być zaproszonym. Nagrania mają od 5 do 10 minut. Muzyka w znacznej części nagrywana jest w naszym kościele, zatem mamy prawa własności. 

Opowiedzmy o Domu Miłosierdzia dla osób starszych i bezdomnych w Gródku. Jak to jest z osobami starszymi na Ukrainie?

 – Bardzo różnie. Są rodziny, w których osoby starsze otoczone są troską bliskich, ale są i takie, w których są porzucone. Są państwowe domy opieki społecznej, ale jest ich mniejszość. W większości takich domów osoby starsze są nikomu niepotrzebne. Pamiętam, jak pracowałem w Chmielnickim, byłem w jednym z takich domów, prowadzonym przez Caritas. To było na Boże Narodzenie, ponieważ byliśmy z prezentami. Pani, która nas oprowadzała, mówiła: tu proszę wejść, tu proszę wejść…, a ten pan nie rozmawia. My do niego podchodzimy, witamy się, a on… odpowiada. To wyraźnie pokazuje podejście do człowieka w wielu tamtejszych domach opieki.

Dom opieki, który jest w Gródku, jest dla osób najbardziej porzuconych. Tam głównie przebywają ludzie, którzy nie mają rodzin, którzy potrzebują pomocy. W moim przekonaniu ten dom to jest dzieło miłosierdzia. Jest to miejsce, w którym nie tylko okazuje się ludziom pomoc, ale wyciąga rękę, by uchronić ich od śmierci w samotności i porzuceniu, w męczarniach i bólu. Jest to naprawdę dobry ośrodek, w którym pracuje parę sióstr zakonnych i kilka osób świeckich.

Kiedy pracowałem w Chmielnickim, byłem tam wiele razy. Czasem przyjeżdżałem z młodzieżą, żeby wiedzieli, jak można okazywać miłosierdzie innym. W tym domu codziennie jest sprawowana Msza św. Głośniki znajdują się w całym domu. Kto może, to przychodzi na Eucharystię, kto nie może chodzić – słucha, a ksiądz potem roznosi Komunię św. tym, którzy mogą przyjąć Pana Jezusa. To naprawdę jest dzieło miłosierdzia. W tym domu jest ponad 50 osób. Jest pięć pięter. Takich domów na Ukrainie jest tylko dwa, a wiele osób żyje w skrajnej biedzie.

W parafii jest ponad trzydzieści tysięcy studentów. Jak wygląda praca z młodzieżą?

– Ponad trzydzieści tysięcy studentów mieszka na terenie parafii, ale na Mszę przyjdzie pięć osób. Ta praca nie jest łatwa. W większości nie wierzą w Boga, więc stanowi to dla nas wyzwanie na każdym kroku. Trzeba pojechać do Charkowa, by zobaczyć, czym Charków żyje, ile tam jest grzechu... Niedaleko naszego kościoła jest kilka ośrodków wypoczynkowych usytuowanych na plaży. Tam życie toczy się zarówno w nocy, jak i w dzień. Jest to obraz współczesnej rozpusty. Tam się tworzą korki taksówek z nocnymi gośćmi.

Naprawdę sytuacji tam panującej nie da się opisać słowami. Moja wiedza jest niewystarczająca, ale to, co widzę w Charkowie, dla większości ludzi byłoby przerażające. Nie będąc tam, trudno sobie wyobrazić, jakie tam jest życie, jak wygląda wojna, jacy są żołnierze.

Kiedyś odwiedziłem jeden z oddziałów wojskowych. Mieli w nim sześć pojazdów, a dokładnie to były BTR-y. Oni je uruchamiają na popych. To jest złom, ale oni nimi wojują i to nawet dobrze. To trzeba zobaczyć, bo inaczej trudno w to uwierzyć. Charków cały jest taki.

Jeden Amerykanin zrobił świetny reportaż z Charkowa dostępny na YouTube. Bardzo dobrze oddał klimat tego miejsca: tu masz supernowoczesny budynek – a tu widać Związek Sowiecki, tu jest wszystko świetnie – a tu jest wszystko fatalnie, a mówimy o dwóch obszarach oddalonych od siebie o 150 metrów. Charków znajduje się w trójce miast najlepiej nadających się do życia na Ukrainie. Głównie z powodu komunikacji miejskiej, oświetlenia, zieleni i biznesu.

Co może Ksiądz powiedzieć o Sewastopolu na Krymie?

– To miasto stało się bardzo wymagającym miejscem, zwłaszcza kiedy tam wróciła Rosja w sensie politycznym, a ZSRS w ideologicznym. Na pięć plakatów z jednego patrzy na ciebie Władimir Żyrynowski, z drugiego Stalin, a z kolejnych dwóch Władimir Putin, a z piątego jeszcze inny polityk. W teatrach grają sowieckie sztuki o wojnie. Chodzą patrole, a ludzie o trudnych kwestiach rozmawiają ze sobą po cichu, ze strachu.

Kiedy byłem tam parę lat temu, zastępowałem współbrata, jechałem z powrotem małym busem. Trzeba było dojechać do rosyjskiej straży granicznej, potem przejść pieszo 500 metrów i przejść przez strefę ukraińskiej straży granicznej. Na granicę przyjechaliśmy o godzinie 22.00. Wszystkie stoliki były zajęte. Wszyscy szli bardzo zdyscyplinowani. Nikt nie rozmawiał. Tylko pytanie – odpowiedź, pytanie – odpowiedź. Przeszliśmy 500 metrów. Doszliśmy do straży ukraińskiej i nagle… ludzie zaczęli rozmawiać o  wszystkim, żartować z tymi żołnierzami, którzy tam stali. Odległość 500 metrów, a ludzie od razu zachowywali się inaczej. Nagle.

To jest wymagające. Żyć w świecie, w którym fizycznie odczuwa się ciśnienie, na każdym kroku odczuwa się inwigilację i strach, który jest w powietrzu.

Dziękuję za rozmowę.

Katarzyna Matusz-Braniecka

NaszDziennik.pl