logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: abpsheen.pl/ Inne

Ze śmierci do życia

Sobota, 21 grudnia 2019 (02:03)

Z Bonnie L. Engstrom, mamą dziecka uzdrowionego za wstawiennictwem ks. abp. Fultona J. Sheena, rozmawia Karolina Goździewska

Państwa czwarte dziecko – James Fulton urodził się martwy w wyniku zaciśnięcia pępowiny podczas porodu. Nie miał tętna przez 61 minut. Neonatolodzy przekonują, że już po kilkunastu minutach braku tętna nie ma szans na przeżycie dziecka. Dziś James Fulton jest świetnie rozwijającym się 10-latkiem. Jakie są kulisy tego cudu?

– Kiedy byłam w ciąży, razem z mężem Travisem powierzyliśmy nasze nienarodzone dziecko opiece Fultona Sheena. To właśnie arcybiskup został patronem małego Jamesa Fultona. W trakcie tych 61 minut po narodzinach Jamesa, kiedy wydawało się, że jest martwy – nasze dziecko nie miało pulsu – nie mogliśmy z mężem znaleźć innych słów niż modlitwa do ks. abp. Sheena. I kiedy lekarze już chcieli stwierdzić śmierć syna, on w jednej chwili powrócił do życia!
Ale to nie był koniec. Lekarze obawiali się poważnych komplikacji zdrowotnych u Jamesa. Przecież przez ponad godzinę był właściwie martwy. Ale na szczęście nasz syn wyszedł z tego bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Jest dzisiaj wspaniałym i zupełnie zdrowym 10-letnim chłopcem. I to kolejny Boży cud! Oczywiście nie mam wątpliwości, że dokonany za wstawiennictwem ks. abp. Sheena.

Cały czas, jak patrzą Państwo na syna, to widzą cud?

– Życie ludzkie jest cudem i najpiękniejszym darem. Patrząc na Jamesa, mam oczywiście świadomość, że jego życie to szczególny dar. Bóg podarował nam go bowiem po raz drugi. Ten drugi moment to przywrócenie go do życia w niezwykły sposób.

W książce cytuje Pani słowa ks. abp. Fultona J. Sheena: „Będziesz musiał stoczyć wiele bitew, ale nie martw się, bo ostatecznie wygrasz wojnę przed Najświętszym Sakramentem”. Tam toczyli Państwo wojnę o życie i zdrowie Jamesa Fultona, kiedy lekarze kreślili dość czarne scenariusze rozwoju syna?

– Tak. Ta walka polegała przede wszystkim na modlitwie. Codziennie braliśmy udział we Mszy Świętej, adorowaliśmy Najświętszy Sakrament, ofiarując to wszystko Chrystusowi. Byliśmy przerażeni, pełni obawy, a nawet w jakiś sposób wściekli na cały świat, ale wszystko to oddawaliśmy Jezusowi. Nic nie mogło nas od Niego oddzielić, żadne złe emocje, które pojawiały się w naszych sercach.

Jaką rolę odegrał wówczas w Państwa życiu Kościół?

– Kościół stanowił dla nas najcenniejsze i największe wsparcie w tych chwilach. Przede wszystkim sakramenty święte były wówczas źródłem nadziei na to, że James umrze w świętości – udało nam się udzielić mu chrztu – a później na to, że jego świętość może kształtować się w cierpieniu oraz w walce o zdrowie. Kościół to Ciało Chrystusa, a On troszczy się o nas na różne sposoby. Obok sakramentów wspaniałe było także to, że tak wielu ludzi modliło się wraz z nami za Jamesa. Nasza rodzina, przyjaciele i bliscy, ale także obcy nam ludzie wspierali nas modlitwą, a czasem także gestem czułości i współczucia.

 

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

Nasz Dziennik