logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Benedykt XVI i jego wizja Europy

Niedziela, 12 kwietnia 2020 (19:04)

Aktualizacja: Poniedziałek, 13 kwietnia 2020 (09:35)

Każdy chrześcijanin powinien wnieść swój osobisty wkład w przyszłość Starego Kontynentu

Dnia 16 kwietnia emerytowany Papież Benedykt XVI będzie obchodził 93. rocznicę urodzin w klasztorze Mater Ecclesiae w Ogrodach Watykańskich. Tym razem będzie musiał obejść się bez odwiedzin swojego 96-letniego brata Georga z powodu pandemii koronawirusa. Benedykt XVI z wielkim niepokojem śledzi nie tylko światową pandemię, ale także rozwój sytuacji w Europie, której los był zawsze szczególnie bliski jego sercu.

 

Narodziny dyktatury relatywizmu

Dla człowieka z Marktl am Inn Europa była przede wszystkim zobowiązaniem, które podzielała duża część jego pokolenia. Kto przetrwał okropności narodowego socjalizmu jako wierny katolik, kto był świadkiem barbarzyństwa bezbożnego reżimu oddanego złu – automatycznie stawał się osobą myślącą w kategoriach politycznych. Papież Benedykt XVI był również świadkiem – w żadnym razie niebezkrytycznym – powstawania wolnej, demokratycznej Republiki Federalnej Niemiec. Oczywiście z zadowoleniem przyjął fakt, że zaangażowani katolicy, jak Bawarczyk Josef Müller czy Nadreńczyk Konrad Adenauer, z ich (wówczas) zdecydowanie chrześcijańsko-demokratycznymi lub chrześcijańsko-społecznymi partiami kształtowali politykę okresu powojennego i do lat 80. opowiadali się również za zdecydowanie chrześcijańskimi wartościami, takimi jak społeczna gospodarka rynkowa czy ochrona życia. Ale już jako młody ksiądz w Monachium Ratzinger nie miał złudzeń co do trwałych szkód, jakie antychrześcijańskie ideologie wyrządziły ludziom w duszach. W jednej ze swoich najważniejszych refleksji z tego okresu odnotował istnienie „nowego pogaństwa”.

Podczas gdy w latach 50. praktykujący katolicyzm nadal dominował w zewnętrznym świecie – przynajmniej w jego rodzinnej Bawarii, ta fasada rozpadła się wraz z zamieszkami studenckimi w 1968 roku i związanym z nimi triumfalnym marszem kulturowego marksizmu. Nie pozostało mu więc nic innego jak zdiagnozować kilkadziesiąt lat później – gdy był już kardynałem, a później papieżem – dyktaturę relatywizmu: ludzie w Europie żyją tak, jakby Bóg nie istniał. Tym samym zaistniało niebezpieczeństwo, że kontynent, który do tej pory dawał światu tak wiele, utraci swoją duszę.

Więcej niż geografia

Kiedy kard. Ratzinger mówił o Europie, nigdy nie miał na myśli jednostki geograficznej, co do której i tak nie jest jasne, czy kończy się ona za Donem, czy na Uralu. Dla niego to była i jest raczej jednostka kulturowa. Definiując tę jednostkę, kard. Ratzinger nie odbiegał daleko od Theodora Heussa, pierwszego prezydenta Niemiec Zachodnich. Choć był on liberałem, polityk ten zdiagnozował nasz kontynent jako zbudowany na trzech wzgórzach: Areopagu, Kapitolu i Golgocie. Innymi słowy: na greckiej filozofii i demokracji, rzymskiej państwowości i prawie oraz na chrześcijańskim wizerunku człowieka i koncepcji zbawienia. W Dziejach Apostolskich św. Paweł Apostoł głosił zmartwychwstałego Chrystusa na Areopagu, jak również na Forum Romanum, u stóp Kapitolu. Ale ta jedność szybko ustąpiła miejsca podziałowi, który w rzeczywistości był podyktowany przez tetrarchię Dioklecjana, prześladowcy chrześcijan. Doprowadziło to do podziału na Zachód i Wschód, na dwie połowy ówczesnego imperium, które wraz z początkiem migracji ludów coraz bardziej oddalały się od siebie, aż do schizmy w 1054 roku, która doprowadziła do ostatecznego rozdziału. Podczas gdy wcześniej w Kościele praktykowane były dwa obrządki: łaciński i grecki, w wyniku podziału – obok Kościoła katolickiego rozdzielonego od państwa – pojawił się prawosławny, podporządkowany państwu.

Wraz z podbojem Konstantynopola przez muzułmańskich Turków w 1453 roku porządek ten ponownie się przesunął, tworząc wraz z Moskwą trzeci ośrodek, tzw. samozwańczy „trzeci Rzym”, który tylko jeszcze bardziej pogłębił wyobcowanie względem Zachodu.

Wschód stawał się coraz bardziej odizolowany, a Zachód wyruszał w nowe światy i eksportował łaciński porządek rzeczy aż do Ameryki Południowej i Filipin. Jednakże i on został wewnętrznie rozdarty przez reformację, która podzieliła go na protestancką Północ i katolickie Południe, pogrążając wkrótce Europę Środkową w niszczycielskiej wojnie trzydziestoletniej. Gdy tylko wojna się skończyła, nadeszło oświecenie. Rzuciło ono wyzwanie chrześcijańskiej wizji świata i człowieka, torując drogę triumfalnemu pochodowi antychrześcijańskich ideologii, uwieńczonemu trzema wielkimi herezjami XX wieku: komunizmem, narodowym socjalizmem i relatywizmem. Europa wydaje się zatem – i kard. Ratzinger również zdaje sobie z tego sprawę – nie być monolitem. Czym zatem jest?

Wiara i rozum

Dla Benedykta XVI, i to jest centralny punkt jego myślenia, istota Europy tkwi w polu napięcia między wiarą a rozumem. Wraz ze spotkaniem myśli greckiej z pobożnością żydowską żaden obcy podmiot nie został wyeksportowany do Europy; obudziło się raczej coś nowego, co od zawsze tam było. Kiedy św. Paweł Apostoł przybył do Aten, zobaczył oczekiwanie na „nieznanego Boga” i uczynił Go tematem swojego przepowiadania. Święty Justyn Męczennik, utalentowany filozof, widział w naukach wielkich Greków przygotowanie do przyjęcia Ewangelii. Tak więc, wraz z głoszeniem Chrystusa na greckiej ziemi, spotkało się to, co do siebie należało: iskra Ewangelii zapaliła świecę uformowaną z greckiego miodu i sprawiła, iż płonęła ona tak, że oświeciła cały świat.

Biblijny monoteizm i grecka racjonalność mogły się wzajemnie zrozumieć, ponieważ jedno i drugie opierało się na kwestii prawdy. Znamienne w tym kontekście jest to, że zachodnie chrześcijaństwo, aż do średniowiecza, nigdy nie szukało dialogu ekumenicznego, ale raczej postawiło filozofię grecką, przede wszystkim myśl arystotelesowską, jako punkt odniesienia. Wiara i rozum musiały się więc wzajemnie potwierdzać. Gdyby poszły własnymi drogami, mogłoby się to skończyć tylko katastrofą.

Tutaj ujawnia się cecha charakterystyczna dla myśli kard. Ratzingera, czyli dążenie do równowagi. Tak jak wiara i rozum powinny być w równowadze, tak samo powinno to dotyczyć polityki i religii. Tak było w pierwotnym katolicyzmie i stanowiło rdzeń teorii „dwóch mieczy” Papieża Gelazego I (492-496): jedność władzy ziemskiej i niebieskiej jest dana wyłącznie w Chrystusie. Rozdzielił on jednak urzędy w ten sposób, aby nikt nie mógł się wywyższać. Było to odrzucenie cezaropapizmu, który opierał się na pogańskim modelu „cesarza jako najwyższego kapłana”. Teoria „dwóch mieczy” była także spójna z nauczaniem Jezusa, który chciał oddać cesarzowi to, co należy się cesarzowi, a Bogu to, co należy się Bogu (Mt 22,21). Nawet jeśli cesarz i papież, władza światowa i Kościół, wielokrotnie w historii walczyli o swoją rolę i rangę, kardynał Ratzinger widzi idealną formułę w ich równowadze.

Kryzys nowożytności

Pomimo rywalizacji między cesarzem a papieżem chrześcijaństwo katolickie pozostało duchowym fundamentem Europy Zachodniej i Środkowej przez całe średniowiecze.

Zmieniło się to dopiero wraz z reformacją i potem z oświeceniem, które propagowało nie tylko radykalny rozdział Kościoła od państwa, ale także dominację państwa nad Kościołem i rozumu nad wiarą, dyskredytując ją jako przeszkodę w postępie i w najlepszym razie tolerując z powodów sentymentalnych lub politycznych.

Kardynał Ratzinger zalicza tym samym konsekwentne rozdzielenie wiary i polityki do wydarzeń współczesności. Wolność wyznawania wiary w dualizmie państwa i Kościoła, wartości ludzkie, podstawowe dla chrześcijańskiego światopoglądu, umożliwiają stworzenie wolnego społeczeństwa ludzkiego, w którym zagwarantowane jest prawo sumienia, a wraz z nim podstawowe prawa człowieka. W tym układzie mogą współistnieć różne wyznania chrześcijańskie i różne kierunki polityczne, ale wtedy tylko, gdy połączone są podstawowymi wspólnymi wartościami. Jednak kard. Ratzinger dostrzega także wyraźne zagrożenia współczesności, które mają wspólny mianownik: całkowite wyemancypowanie się rozumu z chrześcijańskiego dziedzictwa. To w tym kard. Ratzinger upatruje źródła rzeczywistego upadku Europy, który przyniósł ze sobą kolejne „grzechy śmiertelne”. Do nich należy świadome oderwanie się od chrześcijańskiej wizji człowieka, która deklaruje, że podobieństwo na obraz Boży jest podstawą jego niezbywalnej godności. Tam gdzie brakuje tego postulatu – bez względu na to, jak bardzo można mówić o godności ludzkiej i prawach człowieka – tam brakuje powodu, który uniemożliwiałby instrumentalizację człowieka, począwszy od manipulacji genetycznych aż po handel organami czy niewolnictwo.

Zagrożona rodzina

Drugie potężne niebezpieczeństwo, które diagnozuje kard. Ratzinger, dotyczy chrześcijańskiej koncepcji małżeństwa i rodziny, która znajduje się prawdopodobnie pod najostrzejszym atakiem. Tutaj państwo świeckie domagało się najpierw małżeństwa cywilnego, potem rozwodu, a w końcu zezwolenia na „związki kohabitacyjne” aż do nienaturalnych związków homoseksualnych, które również w wielu państwach są prawnie zrównane z małżeństwem. To nie tylko narusza normę moralną właściwą dla całej ludzkości i religii katolickiej – widzącej w małżeństwie szczególną więź między mężczyzną i kobietą, której celem jest założenie rodziny i zrodzenie dzieci – ale także prawo naturalne, czyli naturalne przeznaczenie mężczyzny i kobiety. Państwo stawia się więc nie tylko ponad religią i moralnością, ale także ponad samą naturą, a więc ponad Bogiem.

Jako trzecią europejską cechę tożsamości kard. Ratzinger wymienia religię. Przez nią rozumie on cześć oddawaną temu, co jest dla drugiego święte, a nawet cześć wobec tego, co jest święte w ogóle. Również od agnostyków lub ateistów należy oczekiwać, że przyjmą taką postawę szacunku. W dzisiejszej dyskusji wolność wyznania zdaje się kolidować z wolnością poglądów czy wolnością wypowiedzi artystycznej, które stawiane są jako dobra wyższe.

Wszystkie te trzy „grzechy śmiertelne” mają wspólną przyczynę, którą można by określić jako „ucieczkę Europy od Boga”. W swojej niemal patologicznej nienawiści do siebie samej Europa próbuje uciec od swoich chrześcijańskich korzeni, a nawet „obalić” Boga. W ten sposób szkodzi nie tylko sobie, ale całemu światu.

Misja chrześcijan

Aby temu zapobiec, Benedykt XVI stawia przed chrześcijanami Europy ich misję na trzecie tysiąclecie. Zachęca ich do postrzegania siebie jako „twórczej mniejszości”. I stwierdza: „powinni pomóc Europie odzyskać to, co najlepsze z jej dziedzictwa, a tym samym służyć całej ludzkości”.

Papież jest przekonany, że „[w] tym momencie historii potrzebujemy przede wszystkim ludzi, którzy poprzez oświeconą i przeżywaną wiarę czynią Boga wiarygodnym na tym świecie. Negatywne świadectwo chrześcijan, którzy mówili o Bogu, ale żyli przeciwko Niemu, przesłonił obraz Boga i otworzył bramy do niewiary. Potrzebujemy ludzi, którzy kierują swoje spojrzenie na Boga i tam pojmują prawdziwe człowieczeństwo. Potrzebujemy ludzi, których umysły są oświecone światłem Bożym i których serca są otwarte przez Boga, aby ich umysły przemawiały do umysłów innych i aby ich serca mogły otworzyć serca innych”.

Poprzez syntezę „słowa i czynu”, „wiary i działania”, według Benedykta XVI, każdy chrześcijanin powinien wnieść swój osobisty wkład w przyszłość tego kontynentu, a nawet całego świata: „Europa – nostra res agitur!” – „Europa – obowiązek dla nas wszystkich!”.

tłum. Anna Meetschen 

Dr Michael Hesemann

Autor jest niemieckim publicystą.

Nasz Dziennik