Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba.
A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: „Pokój wam!”.
Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie Mnie i przekonajcie się: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam”. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi.
Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: „Macie tu coś do jedzenia?”. Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i spożył przy nich.
Potem rzekł do nich: „To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach”. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma.
I rzekł do nich: „Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jeruzalem. Wy jesteście świadkami tego”.
Rozważanie
Dotykanie ran
Znana jest legenda opowiadająca o spotkaniu św. Marcina z postacią, która przedstawiła się jako Chrystus. Rozpoczął się dialog. Miraż wydawał się tak wiarygodny, że święty prawie uwierzył w jego realność. W pewnym momencie, chcąc ostatecznie upewnić się co do prawdziwości osoby, zapytał: „A gdzie są twoje rany?”. Postać zniknęła.
Chrystus bez ran jest falsyfikatem. Chrześcijaństwo pozbawione odniesienia do krzyża przypomina zwietrzałą sól, jest niczym światło ukryte pod korcem. Kościół od początku nie był – i nigdy nie będzie – rzeczywistością idylliczną, kuszącą ułudą mitycznej szczęśliwości, którą można zbudować tu i teraz. Bez bólu, wyrzeczenia, cierpienia. To twarda walka o kształt codzienności: „Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: ’Znam Go’, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy” – pisze św. Jan. To wspólnota ludzi grzesznych, poranionych w widzialnych i niewidzialnych bitwach. Do bólu realna. Posiada jednak – dzięki ranom Chrystusa – moc przywracania utraconej jedności. Jak to ujął Papież Franciszek, Kościół jest „szpitalem polowym”, gdzie wszyscy zranieni mogą powrócić do pełni sił, odzyskać pokój.
Grozi nam pokusa budowania rzeczywistości, którą Michael Voris w swojej książce „Kościół walczący. Jak wskrzesić autentyczny katolicyzm” nazywa „Church of Nice” – polski wydawca przetłumaczył słowa jako „milutki Kościółek”. Dbający o to, aby nikomu się nie narazić, niosący dobre samopoczucie i nieporuszający sumienia, stanowiący „połączenie napędzanego emocjami kompromisu ze światem, którego celem jest to, by nie obrazić nikogo – z wyjątkiem Boga”. Niedrażniący wiernych opowieściami o krzyżu, cenie odkupienia, wycinający z nauczania całe Kazanie na Górze. Oparty na ludzkich wyobrażeniach i im całkowicie podporządkowany. To droga donikąd.

