Jezus powiedział do swoich uczniów: „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec huku morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie.
Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie spadł na was znienacka jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi.
Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym”.
Podnieście głowy!
Mamy sporo problemów z apokaliptycznymi wizjami kreślonymi przez Jezusa. Niby wszystko da się wytłumaczyć: widzialny świat jest materialny, a materia − zniszczalna. Kinematografia, proza z gatunku fantasy dostarczają nam aż nadto obrazów, jak mógłby wyglądać jego koniec. Jednak koncentracja tylko na tym ewangelicznym aspekcie wiedzie w ślepą uliczkę. Przecież Jezusowi nie chodzi o to, by nas zastraszyć, posłużyć się ostatecznym argumentem: mam moc i nie zawaham się jej użyć. Lęk nie pochodzi od Boga. Bóg nie jest panem zniszczenia, lecz wzrostu. O co więc chodzi? I skąd ten paradoks? − gdy ludzie „ludzie mdleć będą ze strachu” i „moce niebios zostaną wstrząśnięte”, mamy „nabierać ducha” i „podnosić głowę”, ponieważ zbliża się nasze odkupienie?
Grecki czasownik „anakypto”, który Biblia Tysiąclecia tłumaczy: „nabierzcie ducha”, może mieć też inne znaczenie: „stańcie prosto”. Oba się dopełniają. Problem polega na tym, że „uwikłanie w doczesność” nader często pozbawia nas ewangelicznej świeżości, ukierunkowującej spojrzenie ku niebu, ku nieskończonemu Bogu. Człowiek, który niesie na plecach ciężar, jest zgarbiony, pochylony. Widzi tylko to, co przed nim. Często dziś definiując nastolatków, używa się określenia „head down generation”, czyli pokolenie opuszczonych głów. W domyśle: ludzi bez przerwy patrzących w ekran smartfona, zanurzonych w cyfrowej rzeczywistości, niezdolnych do wyjścia poza jej obręb. Logika świata, w którym żyjemy, maksymalnie wiąże nas z nim, absorbuje do tego stopnia, że nie dostrzegamy postępującego chaosu. On wciąga nas jak wir. Nic dziwnego, że zachowujemy się jak zalęknieni ślepcy, pozbawieni zdolności rozeznania, nieświadomie przybliżający się ku przepaści...
Paruzja ma być przywróceniem pierwotnego, stwórczego porządku. Dlatego w słowach Jezusa jest optymizm: oto zbliża się wasze odkupienie! Bóg przychodzi! Dobrze rozumieli to pierwsi chrześcijanie, gdy pozdrawiali się słowami „marana tha” − „przyjdź, Panie nasz!” (lub „Pan nasz nadchodzi” w zależności od formy zapisu − 1 Kor 16,22; Ap 22,20). Trudno jest nam zachować nadzieję, ponieważ nasze serca są „ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych”. Grzech wsiąkł w nasze dusze i struktury codzienności. Albo szukamy jej tam, gdzie jej nie ma.
Adwent to czas powrotu, podnoszenia głowy, nabierania ducha.

