logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: hdptcar/CC BY-SA 2.0/ Flickr

Misjonarze w ogniu wojny

Środa, 5 lutego 2014 (02:00)

24 godziny i aż 75 ofiar śmiertelnych. Polscy misjonarze w Republice Środkowoafrykańskiej znaleźli się w dramatycznej sytuacji.

To były bardzo wstrząsające godziny dla misji katolickiej Ngaoundaye. Rebelianci, którzy od miesięcy plądrują Republikę Środkowoafrykańską, zaatakowali placówkę, gdzie pełnią posługę polscy misjonarze. To, co wydarzyło się tam w nocy z poniedziałku na wtorek, obrazuje, w jakich niebezpiecznych okolicznościach się znaleźli. Odgłosy strzelaniny, w tym z broni ciężkiej, brak ochrony.

Informacja o zbliżających się rebeliantach z Seleki zmusiła do ucieczki kapucynów i siostry ze Zgromadzenia Służebnic Matki Dobrego Pasterza, a wraz z nimi parafian. To całe rodziny, kobiety w ciąży, matki z małymi dziećmi, sieroty, niewidomi.

– Wszyscy wiedzą, że w każdej chwili mogą zginąć. Są przygotowani na śmierć – relacjonuje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” o. Benedykt Pączka. Uciekać przed przemocą musieli już kolejny raz. Schronili się ok. kilometra od misji. Z tego miejsca wciąż słyszeli strzały i widzieli płonące domy.

– Jeśli pojawi się jakiekolwiek zagrożenie dla naszego życia, jesteśmy gotowi do ucieczki w busz – mówi kapucyn, dodając, że obecnie ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. – W każdej jednak chwili znów możemy zostać zaatakowani – dodaje.

Niedawno grupy rebeliantów zaatakowały też stację misji kapucynów w Bocaranga, gdzie w tym czasie ukrywało się około 2500 uchodźców.

–Cały czas strzelali, jakby byli opętani – mówi o. Robert Wnuk.

Dwie osoby zabito, jeden z zakonników został ranny. Rebelianci ukradli wszystkie samochody i wzięli pieniądze, komputery, telefony i aparaty fotograficzne. Szczególny stan zagrożenia trwa w tym kraju od kilku tygodni, po tym jak do ustąpienia został zmuszony prezydent Michel Djotodia. Ten przywódca muzułmańskich rebeliantów z ugrupowania Seleki, który blisko rok temu doprowadził do obalenia rządu, jest oskarżany o pogrążenie kraju w chaosie i krwawą przemoc.

Choć polskie MSZ proponuje naszym misjonarzom i misjonarkom ewakuację, oni zdecydowanie podkreślają, że nie opuszczą tych, do których przybyli. – Jesteśmy z nimi bez względu na wszystko – podkreśla o. Pączka.

Teraz są jednak pozostawieni sami sobie. Jak podają miejscowe źródła, wciąż pojawiające się ataki mają charakter odwetu na chrześcijanach, po odsunięciu od władzy przywódcy Seleki. Jednak polski kapucyn przestrzega, aby na ten konflikt nie patrzeć w kategoriach wojny religijnej. To raczej konsekwencje walki politycznej.

Niemniej teren, gdzie pracują misjonarze, jest pozbawiony pomocy wojskowej, choć misjonarze o swej dramatycznej sytuacji informowali opinię publiczną w kilku krajach. Wczoraj do o. Pączki po raz pierwszy dzwonił dyplomata z konsulatu francuskiego. Pytał misjonarza, jak dojechać do misji. Dano mu jednak do zrozumienia, że Ngaoundaye i misja kapucyńska są za małe, by dostać wsparcie. Tak więc misjonarze i ich parafianie są nadal wystawieni na pastwę bojówek.

– To nie są żarty. Seleka wciąż zostawia za sobą trupy – mówi kapucyn. Muzułmanie są bardzo dobrze uzbrojeni; mają z sobą kałasznikowy i granatniki. Dlatego o. Benedykt Pączka apeluje do wszystkich, by pamiętali o misjonarzach i chrześcijanach w RŚA w swoich modlitwach. Trwająca w tym kraju wojna domowa pochłonęła już tysiące ofiar śmiertelnych, a milion, czyli ok. 25 proc. ludności kraju, musiało ratować się ucieczką przed oprawcami. Ten jeden z najbiedniejszych afrykańskich krajów został doszczętnie splądrowany, a dobytek całego życia ogromnej rzeszy ludzi zniszczony.

Małgorzata Pabis

Aktualizacja 16 lipca 2014 (11:13)

Nasz Dziennik