logo
logo

Zdjęcie: fatimaphotos.com/ Inne

Siostra Łucja, jakiej nie znamy

Środa, 12 lutego 2014 (02:06)

Aktualizacja: Środa, 12 lutego 2014 (11:51)

Imię Siostry Łucji kojarzy nam się niezmiennie z objawieniami fatimskimi i nabożeństwem pierwszych sobót miesiąca, a w wyobraźni mamy wierną podobiznę, fotografię sędziwej zakonnicy w habicie karmelitańskim. Takie wyobrażenie Siostry Łucji prowadzi jednak na drogę schematów myślowych, a historycznie biorąc, wymaga zasadniczej korekty.

Kolejna rocznica śmierci Siostry Łucji, która odeszła do Pana 13 lutego 2005 roku, jest dobrą okazją do tego, by przybliżyć jej sylwetkę, z naciskiem na te rysy, które w dziwny sposób pozostają w cieniu – niezauważone i zapoznane, a są charakterystyczne i ważne. Zazwyczaj myślimy o Siostrze Łucji z perspektywy późniejszych jej losów, ale to nie służy głębszemu zrozumieniu jej misji. Wypada więc wrócić do jej dzieciństwa i prawdziwych realiów jej życia.

Dzieciństwo Łucji

Urodziła się w małej górskiej wiosce Aljustrel, w parafii fatimskiej, w Portugalii, 28 marca 1907 roku. Kiedy miała osiem lat i była pasterką owiec na zboczach górskich, w jej życie niespodzianie wkroczył czynnik nadprzyrodzony. Dziwny, niepokojący i tajemniczy obłok na kształt „statuy ze śniegu” pokazywał się co kilka miesięcy. W tym miejscu warto sobie uświadomić, że Łucja przyjęła Pierwszą Komunię Świętą w szóstym roku życia i wtedy za radą spowiednika oddała się Matce Najświętszej, aby Duch Święty mógł w niej „prowadzić święte działanie”. To chyba dzięki temu działaniu dziewczynka, przez nikogo niepouczana, czuła, o czym można mówić, a co zachować w tajemnicy.

Dla niej osobiście z tego powodu zaczęły się kłopoty w domu. Zepsuły się jej relacje z matką. Dlatego do towarzystwa wzięła sobie stryjeczne rodzeństwo: Franciszka i Hiacyntę Marto. Po zjawieniach „statuy ze śniegu” Bóg posłał tej trójce swojego nauczyciela – Anioła Pokoju. Kiedy zaczęła się objawiać Matka Najświętsza, Łucja miała zaufanych małych przyjaciół, jednak ich udział w łasce objawień, a konsekwentnie także w odpowiedzialności za przekazywane treści, był różny. Łucja została wybrana na rozmówczynię: widziała Panią, słyszała Jej słowa i zadawała pytania.

Zaraz w pierwszym objawieniu – 13 maja 1917 roku – Piękna Pani powiedziała, że przychodzi z Nieba, i w odpowiedzi na pytanie Łucji obiecała, że weźmie tam Hiacyntę i Franciszka. Zapytała także: „Czy chcecie się ofiarować Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które wam ześle jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany, i za nawrócenie grzeszników?”. Obiecały zgodnie i były wierne temu słowu, solidarne i po dziecięcemu twórcze w jego wypełnianiu.

Misja

Nie wiedziała Łucja, że ich drogi w planie Bożej Opatrzności pójdą różnymi torami. Kiedy przy drugim objawieniu prosiła Panią, aby je zabrała do Nieba, Ta obiecała, że Hiacyntę i Franciszka zabierze „niedługo”, dodając: „Ty jednak tu zostaniesz przez jakiś czas. Pan Jezus chce się posłużyć Tobą, aby ludzie Mnie poznali i pokochali. Chciałby ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca”. Przejęta do głębi, wyszlochała pytanie: „Zostanę tu sama?”.

Jesienią 1918 roku dotarła do Aljustrel pandemia hiszpanki. Zachorowali na nią Franciszek i Hiacynta. Franek „odchodził do Nieba” 4 kwietnia 1919 roku. Dla matki, która już żegnała się z rodziną, Łucja wyprosiła zdrowie, ale 31 lipca zmarł na zapalenie płuc jej ojciec Antoni. I tak Łucja straciła swego obrońcę, gdy matka, nie mogąc uwierzyć w objawienia, karciła ją i biła, żądając odwołania „kłamstwa”. Godzinami siedziało biedne dziecko na cmentarzu, przy ich grobach, w zamyśleniu. Nie miała z kim porozmawiać czy kogo się poradzić. Hiacynta leżała daleko w szpitalu w Vila Nova de Ourém, potem w Lizbonie i tam zmarła „samiuteńka” 20 lutego 1920 roku. Łucja nie nadążała psychicznie za tokiem tych wydarzeń. Często wchodziła do domu ciotki i szła prosto do pokoju Hiacynty, aż ktoś musiał jej przypomnieć, że Hiacynty już nie ma.

Została sama z tajemnicą powierzoną jej przez Matkę Bożą. Znaleźli się życzliwi ludzie, którzy zauważyli ten stan Łucji, chcieli jej pomóc. Już miała zapewnioną szkołę w Lizbonie, ale biskup José Alves Correia da Silva, który powołał komisję w celu zbadania objawień, zaproponował inny plan. Objawienia skończyły się w październiku 1917 roku, jednak coraz bardziej rozwijał się kult i ruch pielgrzymkowy. Wyostrzała się także coraz bardziej czujność władzy państwowej, zdeterminowanych ateistów i antyklerykałów. Z trojga widzących została tylko Łucja, więc wierzący zamęczali ją swoimi sprawami, a dla władz wrogich religii, mimo dziecięcego wieku, była osobą publiczną i niepożądaną.

Maria Dolores

Biskup José Alves Correia da Silva, chcąc uchronić Łucję przed ludzką ciekawością, znalazł dla niej szkołę w Vilar (Porto). W ciemnościach nocy 16 czerwca 1921 roku Łucja ze swoją matką wyszły z wioski, po drodze nawiedziły miejsce najgłębszych przeżyć Łucji, Dolinę Iria, aby odmówić Różaniec. Wtedy właśnie, w tym bolesnym i krytycznym momencie, niespodzianie przyszła do niej Matka Najświętsza – „siódmy raz” – jak obiecała na początku objawień, nie określając terminu. A przyszła, aby ją umocnić, uspokoić jej serce i natchnąć duchem posłuszeństwa biskupowi, władzy kościelnej. Było to Łucji bardzo potrzebne i nastąpiło w samą porę.

Miała zacząć żyć jako jedna z uczennic, Maria Dolores, spod Lizbony. Pod tym nazwiskiem została przyjęta do szkoły, zachowując „nienaruszoną tajemnicę” zgodnie z wolą biskupa. Dziewczyna liczyła wtedy 14 lat i 3 miesiące, można powiedzieć: skazana na heroizm. Wtajemniczona była tylko dyrektorka szkoły, nieżyczliwie ustosunkowana do objawień fatimskich i samej Marii Dolores. Tak miały mijać lata.

Wyzuta z wszystkiego, pozostawała wierna swoim praktykom religijnym, modlitwie i umartwieniu, głęboko w sercu zachowując powierzoną jej tajemnicę fatimską i wszystkie polecenia Pani. Gdy ukończyła szkołę, jej kochana Dolina Iria była już miejscem pielgrzymek i wielkich celebracji, a miesięcznik „Głos z Fatimy” szeroko roznosił chwałę tego miejsca.

Nabożeństwo

Tymczasem Maria Dolores 25 października 1925 roku rozpoczęła postulat zakonny w zgromadzeniu sióstr św. Doroty w Pontevedra w Hiszpanii. I wtedy właśnie, tam, na obcej ziemi, 10 grudnia 1925 roku, nastąpiło objawienie wręcz wstrząsające: Matka Boża z Dzieciątkiem, jej Serce otoczone cierniami i prośba Pana Jezusa: „Miej współczucie dla Serca Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, które niewdzięczni ludzie każdej chwili w nie wbijają, a nikt przez akt zadośćuczynienia ich nie wyciąga”. Formą zadośćuczynienia ma być nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca i s. Maria Dolores, postulantka w wieku lat 18, otrzymuje nakaz szerzenia tego nabożeństwa. Zrozumiałe, że czuła się bezradna, jej możliwości były bardzo ograniczone, ale objawienia, żądania i ponaglenia będą się powtarzać na różny sposób. Pan Jezus ani Matka Najświętsza nie zrezygnowali z tak przygotowanego ludzkiego narzędzia Bożej sprawy, a ona pamiętała, że zostaje na tym świecie, bo Jezus chce się nią posłużyć dla szerzenia kultu Niepokalanego Serca. Wśród modlitwy, w nocnych czuwaniach otrzymywała wskazówki i pokrzepienie.

Jej anonimowe życie trwało ponad trzynaście lat. Bogu wiadomo, ile ją to kosztowało! Prawdziwość objawień fatimskich została uznana przez władzę kościelną 13 maja 1930 roku, a ona ciągle żyła jako s. Maria Dolores. Dopiero 3 października 1934 roku, przy okazji jej wieczystej profesji w Tuy w Hiszpanii, biskup Leirii publiczne oznajmił, kim naprawdę jest Łucja. To wszystko jednak nie uspokoiło jej matki, która odwiedziła ją z tej okazji. Ciągle miała wątpliwości, czy taka łaska mogła spotkać ją, jej rodzinę… A jeszcze wypadnie jej wypić kielich goryczy szczególnej, gdy jej córce nie pozwolono rozmówić się z nią telefonicznie, kiedy była już prawie konająca (zmarła 16 lipca 1942 roku). O przebiegu tego wydarzenia dowiedziała się Łucja od rodzonej siostry Teresy znacznie później.

W 1948 roku za zgodą Papieża Piusa XII wstąpiła do karmelu pod wezwaniem św. Teresy w Coimbrze, przywdziała habit karmelitański jako s. Maria Łucja od Jezusa i Niepokalanego Serca. Zawsze wierna i czujna strażniczka orędzia Niepokalanej, zarówno w zamknięciu klauzury, jak i z niej wywoływana przez władze kościelne. „Jakiś czas”, który miała zostawać na ziemi w służbie orędziu, trwał lat 88.

O. Leonard Głowacki OMI

Nasz Dziennik