„Nowocześni” Polacy chętniej wpatrują się w cierpienia różnych narodów, ale trudno im przychodzi patrzeć na gehennę własnych rodaków. My jednak, idąc w ślad za tekstem „Litanii…”, chciejmy się uczyć z własnej historii.
Wykrwawienie Narodu rozpoczęło się w 1939 r. i trwało pięć lat. Tysiąc osiemset dwadzieścia pięć dni męczeństwa rozłożonego na raty. Czterdzieści trzy tysiące osiemset godzin strachu, bohaterstwa ioswajania się ze śmiercią. Minuty odmierzane rytmem spadających bomb. Wieczory grożące pochwyceniem przez patrol po godzinie policyjnej. Dni pełne lęku przed łapanką i wywózką lub zwykłym rozstrzelaniem. Zmiażdżona kilkakrotnie stolica, wymazana z mapy świata wraz ze swymi powstańcami. Dymiące piece obozów zagłady. Wyniszczona elita intelektualna. Całkowite straty osobowe oszacowano w 1947 r. na ponad sześć milionów ofiar…
Prymas Tysiąclecia niedługo przed śmiercią powiedział: „Naród jest jak mocne drzewo, które podcinane w swych korzeniach wypuszcza nowe. Może to drzewo przejść przez burze, mogą one urwać koronę chwały, ale ono nadal trzyma się mocno ziemi i budzi nadzieję, że się odrodzi”. Zadziwia moc owego drzewa, gdy weźmie się pod uwagę tak wielką nienawiść skierowaną przeciw temu Narodowi. Zaskakuje ciągłe istnienie tej wspólnoty języka, historii i kultury po eksterminacji tylu wielkich ludzi tworzących i rozwijających narodową myśl inaukę. Jest wreszcie niemalże cudem, zwłaszcza w kontekście wynaradawiania – pruskiego i rosyjskiego – w czasie zaborów, niemieckiej okupacji czy sowieckich mordów na inteligencji oraz usilnej pracy koniunkturalistów i ideologów realnego socjalizmu, ocalenie tych miejsc na narodowym pniu, w którym mogą się jeszcze osadzić nowe zwiastuny życia.
Mowę wygłoszoną w 1981 r. ku czci Stefana Starzyńskiego, bohaterskiego prezydenta „miasta nieujarzmionego”, ks.kard. Wyszyński zakończył: „Chociaż były w dziejach naszych boleści i męki, chociaż niekiedy płynęła obficie krew, jak w powstaniu warszawskim: na Starym Rynku, na placu Zamkowym, na Krakowskim Przedmieściu i na tylu bastionach obrony, chociaż zdawałoby się, że niczego nie zdołaliśmy dokonać, jednak te cierpienia i ofiary zapadły w duchowość narodu i stały się jego niezaprzeczalną własnością. Dlatego nie potępiamy ich, ale dziękujemy Bogu, że taką moc dał narodowi”. Cierpienie Narodu było dla wielkiego Prymasa częścią narodowej tożsamości, czymś nie do odrzucenia. Tym bardziej boli, gdy dziś, tak często, zarówno politycy, jak itwórcy kultury czy nawet myśliciele odrzucają ten fragment prawdy o Ojczyźnie, a słowo „martyrologia” staje się synonimem czegoś wstydliwego, co należy szybko wykpić, aby poczuć się prawdziwie nowoczesnym.
Gdy wołamy, aby Pan nakłonił ucha ku cierpieniom polskiego Narodu, to jednocześnie sami jesteśmy zmuszeni o bólu tylu milionów naszych sióstr i braci pamiętać. I zapomnieć nam nie wolno. Na tym polega „normalność” Polaka.

