Jeszcze niedawno dzwon Zygmunta obwieszczał radość z przybycia Papieża Franciszka. Minęło kilka dni i obwieścił smutną wiadomość o śmierci kard. Franciszka Macharskiego. Niby jedno i to samo brzmienie „Zygmunta”, ale jakże inny wydźwięk….
– Dzwon Zygmunta przemawia zawsze, kiedy są ważne wydarzenia w życiu Kościoła, w życiu naszej Ojczyzny. W tym przypadku mamy do czynienia z rzeczywistością, którą nam Kościół obwieszcza. To jest prawda eschatologiczna, która mówi, że choć ziemskie życie człowieka przemija, to jednak nie oznacza to końca, a wręcz przeciwnie – początek, bo na człowieka czeka coś jeszcze wspanialszego, co wynika z obietnicy samego Boga w osobie Jezusa Chrystusa. Patrząc oczyma wiary, należy powiedzieć, że śmierć człowieka nie jest rzeczywistością smutną. To jest, powinna być uroczystość radosna, bo choć kończy się życie tu i teraz, to rozpoczyna się nowe przygotowane przez Pana Boga zgodnie z obietnicą Jezusa Chrystusa, który powiedział, że jest zmartwychwstaniem i życiem, a kto w Niego wierzy, nie umrze na wieki. Na to życie w Bogu oczekujemy tak na dobrą sprawę od momentu narodzin, kiedy rozpoczyna się czas, w którym zmierzamy do Domu Ojca. Po trudach ziemskiego życia, posługi względem Boga, Kościoła i ludzi jest radość przebywania z Tym, który nam tę obietnicę złożył i realizuje ją w wieczności.
Kardynał Macharski na stolicy arcybiskupiej w Krakowie kontynuował dzieło Karola Wojtyły, ale zawsze czynił to z pokorą w uznaniu zasług swego poprzednika…
– Ksiądz kard. Macharski od początku swego pasterzowania na stolicy arcybiskupiej w Krakowie bardzo często odwoływał się do słów i świadectwa swego wielkiego poprzednika ks. kard. Karola Wojtyły. I to było dla nas zrozumiałe, ponieważ ks. kard. Franciszek był bardzo bliskim współpracownikiem ks. kard. Wojtyły. Zajmował się bardzo ważną dziedziną życia Kościoła krakowskiego, bo jako rektor, a wcześniej jako ojciec duchowny w Wyższym Seminarium Duchownym był wychowawcą pokoleń kapłanów. Jako metropolita krakowski starał się nic nie uronić z tego, co przez wieki było bogactwem archidiecezji krakowskiej w tym trudzie podążania za Chrystusem. Zabiegał, aby owoce tej pracy były jak najlepsze, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że te owoce pochodzą od Pana Boga.
Jak wyglądały spotkania Księdza z ks. kard. Macharskim?
– Jestem w tej dobrej sytuacji, że przy wstąpieniu do seminarium duchownego rozmowę tzw. kwalifikacyjną, którą przechodzi każdy kandydat, odbyłem z ówczesnym rektorem ks. Franciszkiem Macharskim. To On już jako kardynał, metropolita krakowski udzielił mi święceń kapłańskich. Przez 10 lat, kiedy byłem wikariuszem, na parafię wysyłał mnie ks. kard. Macharski, i to On również powołał mnie na przełożonego WSD w Krakowie jako prefekta, a potem na stanowisko prokuratora, a więc odpowiedzialnego nie tylko za formację alumnów, ale także za utrzymanie seminarium od tej codziennej strony. W związku z tym wielokrotnie, przy różnych okazjach spotykałem się z ks. kard. Macharskim i wiele przykładów Jego mądrości mam wciąż w pamięci. Mogę powiedzieć, że ta Jego mądrość i wielkie doświadczenie, którym się dzielił, wynikała z bardzo głębokiej relacji z Panem Bogiem.
Wiemy, że kard. Macharskiego z Ojcem Świętym łączyła wielka przyjaźń. Jednak kiedy w 2005 r. umierał Jan Paweł II i wydawałoby się, że powinien być w Watykanie, żeby towarzyszyć swojemu przyjacielowi, kard. Macharski został w Krakowie. Dlaczego…?
– To można rzec była kontynuacja, przedłużenie tej niezwykłej wierności, jaką miał jako biskup krakowski wobec Kościoła i Papieża. On doskonale zdawał sobie sprawę, że w tych trudnych momentach odchodzenia Ojca Świętego, jakie przeżywał Kościół, także Kościół w Polsce, w tym również Kościół krakowski – jako pasterz powinien być z tymi, których mu powierzono, a którzy przeżywali żałobę po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II. Dlatego nie dziwiliśmy się, że zamiast jechać do Watykanu, kiedy Jego przyjaciel umierał, On – Pasterz był wśród swoich owiec, był w tłumie modlących się i wpatrujących się w Okno Papieskie na ul. Franciszkańskiej 3 w Krakowie.
Wrażliwy na sprawy ludzkie, zwłaszcza biednych i chorych, znany z poczucia humoru, a jednocześnie człowiek o wielkim dystansie do siebie. Skąd ks. kard. Macharski czerpał natchnienie, by być radosnym, ale jednocześnie pokornym?
– To wynikało z Ewangelii, która dla ks. kard. Macharskiego nie była tylko odległym tekstem zapisanym na kartach, ale była treścią, którą starał się wcielać w życie. Ksiądz kardynał doskonale wiedział, że w Ewangelii Chrystusowej na pierwszym miejscu zawsze jest miłość, miłość do Pana Boga, która wyraża się także w posłudze drugiemu człowiekowi. Widziałem to wielokrotnie przy różnych okazjach, kiedy np. przekazywano mu ofiary pieniężne, a ks. kard. Macharski umiał te środki przeznaczać na cele charytatywne tak bardzo bliskie i potrzebne ludziom.
Czy mógłby Ksiądz przytoczyć jakieś przykłady tej wielkoduszności?
– Takich sytuacji było wiele. Pamiętam, jak na początku lat 90., kiedy jako przełożony WSD w Krakowie poinformowałem Księdza Kardynała, że nie mamy wystarczających środków na utrzymanie seminarium, On popatrzył na mnie, a następnie poszedł i za chwilę przekazał mi kopertę z pieniędzmi. Powiedział przy tym: – Tyle mam, tyle ci mogę teraz dać, ale będę się starał, aby w najbliższym czasie przekazać jeszcze większą sumę. I od tego czasu, gdziekolwiek bywał czy za granicą czy w różnych parafiach, gdy otrzymywał dary, to następnie przekazywał mi je na utrzymanie seminarium duchownego. Niczego w zamian nie oczekiwał, prosił tylko o jedno, żeby za te pieniądze podziękować tym, którzy je przekazali, i modlić się w intencji ofiarodawców. Również kiedy podejmowaliśmy różne inicjatywy remontowe czy budowlane na terenie WSD w Krakowie, ks. kard. Macharski uważnie się im przyglądał. Interesował się, czy są to zabiegi konieczne, potrzebne, niezbędne i jak są wydawane pieniądze na realizację tych przedsięwzięć. Wiedział, że środki, z których utrzymuje się seminarium, pochodzą z ofiar wiernych, że często jest to „wdowi grosz”, dlatego dbał, aby środki te były wydawane racjonalnie. Wspierał też tworzenie domów dla samotnych matek z dzieckiem, rodzinnych domów dziecka czy zakładów opiekuńczo-leczniczych, a pieniądze, jakie otrzymywał od księży, ofiarowywał na utrzymanie tychże placówek. Sam czynił dobro, niewiele pozostawiając dla siebie. Inspirował także innych do działania i otwierania serc na potrzeby ubogich, potrzebujących, słabych. Nie szukał siebie, ale wielkodusznie z miłosierdziem i pokornie służył innym. Taki był...
Ci, którzy – tak jak Ksiądz – na co dzień stykali się z ks. kard. Macharskim zapewne znali go od tej strony dzielenia się z innymi, ale większość o tym nie wiedziała. Dlaczego dopiero teraz, po śmierci kard. Macharskiego większość Polaków dowiaduje się, kim tak naprawdę był ten Pasterz?
– Ksiądz kard. Macharski starał się nigdy nie mówić o tym, co czyni. Co więcej wprost zabraniał, aby wszelkie wiadomości o przekazywaniu darowizn czy o innych przejawach wspierania przez Niego różnych dzieł czy ludzi były publicznie nagłaśniane. Uważał, że to, co robi, jest realizacją Ewangelii, która wprost mówi, że kiedy dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa…, stąd wszelkie dobro czynione nie powinno być nagłaśniane i uznawane jako coś nadzwyczajnego. Dla Księdza Kardynała dzielenie się dobrem to było coś normalnego, zwyczajnego, jak oddech. Również kiedy przeszedł na emeryturę, nigdy nie zaniechał niesienia pomocy innym. Wielu ludzi dopiero po latach odkrywało, że pomoc, którą kiedyś tam otrzymali, pochodziła od kard. Franciszka Macharskiego. On od strony życia ewangelicznego naprawdę był naśladowcą Chrystusa.
I za to właśnie był kochany, co widać dzisiaj chociażby po tłumach, które gromadzą się przy Jego trumnie?
– Tak, za to był kochany. Był kochany za bliskość drugiego człowieka. Nieraz my,kapłani, zauważaliśmy tę Jego nadzwyczajną relację, jaką miał z ludźmi, którzy przychodzili na różne uroczystości, którym ks. kard. Franciszek Macharski przewodniczył. Miał wielki szacunek dla nas, kapłanów, i wiedział, że mamy tego świadomość, stąd czasem nawet nas pomijał przy powitaniach, a bardziej skupiał się, czy wręcz biegł do potrzebujących: do ludzi starszych, do chorych czy do dzieci, słowem – do prostego człowieka, który zawsze był w centrum Jego zainteresowania.
Kardynał Macharski spocznie w katedrze na Wawelu. To z jednej strony tradycja, ale z drugiej wielkie pragnienie zmarłego Księdza Kardynała?
– Katedra na Wawelu zajmowała szczególne miejsce w sercu kard. Macharskiego. Tu sprawował Najświętszą Ofiarę, przewodnicząc ważnym wydarzeniom w życiu Kościoła i Polski, i tu też nauczał. Stąd to pragnienie, aby tu spocząć, jest wyrazem Jego wielkiej miłości do katedry. To jest podyktowane miłością do tego miejsca, w którym pasterzem był książę kard. Adam Sapieha, i jest to też podyktowane wielkim świadectwem kard. Karola Wojtyły, później św. Jana Pawła II. Ksiądz kard. Macharski pragnął spocząć właśnie tam, gdzie jest serce katedry wawelskiej, a serce katedry jest związane z Ołtarzem Ojczyzny – czyli z Konfesją św. Stanisława Biskupa i Męczennika. I tak jak inni hierarchowie, którzy na przestrzeni wieków posługiwali, spoczywają właśnie w tym miejscu – w krypcie biskupów krakowskich lub w okolicznych kaplicach – tak również ks. kard. Franciszek Macharski chciał być pochowany blisko tego miejsca. I temu pragnieniu stanie się zadość.

