Cud do beatyfikacji ks. Bukowińskiego wydarzył się w Karagandzie, obok jego grobu. Doświadczył go polski ksiądz Mariusz Kowalski, kapłan z diecezji płockiej, który w nim ucierpiał.
Ks. Kowalski grał z kolegami w piłkę na boisku i w pewnym momencie upadł na twarz. Stracił przytomność. Wezwano pogotowie i nieprzytomnego mężczyznę zawieziono do szpitala. Jako że obrażenia były bardzo duże, lekarze nie dawali wielu szans na to, że będzie żył. Mówili, że jeśli nawet przeżyje, na pewno będzie niepełnosprawny.
– Księża, którzy byli na boisku, od razu poszli do kaplicy i modlili się o zdrowie dla ks. Mariusza, przyzywając wstawiennictwa ks. Bukowińskiego. Do tej modlitwy dołączyły potem także siostry zakonne – opowiada ks. Jan Nowak, postulator w procesie beatyfikacyjnym ks. Bukowińskiego.
I stała się rzecz niesłychana, a medycyna nie umiała jej wyjaśnić. Dwa dni później poszkodowany w wypadku całkowicie wyzdrowiał i wyszedł ze szpitala do domu.
– Skutki tej choroby, którą uważano za tragiczną, były żadne i nie pojawiły się żadne komplikacje. Ksiądz Kowalski całkiem zdrowy powrócił do domu, a jeden z lekarzy, który jest nawet niewierzący, uznał, że to jest rzeczywiście zjawisko nadzwyczajne, bo właściwie ksiądz powinien być roślinką albo umrzeć. Tymczasem ks. Mariusz Kowalski jest zupełnie zdrowy i wciąż pracuje w Kazachstanie. Będzie nawet na beatyfikacji ks. Bukowińskiego – mówi ks. Nowak.

