logo
logo

Biczowanie naszego Pana Jezusa Chrystusa, William-Adolphe Bouguereau, 1880 r. Zdjęcie: / Inne

Biczowanie Pana Jezusa

Sobota, 6 maja 2017 (09:45)

Aktualizacja: Sobota, 6 maja 2017 (10:42)

„I zaraz, gdy On jeszcze mówił, zjawił się Judasz, jeden z Dwunastu, a z nim zgraja z mieczami i kijami… rzucili się na Niego i pochwycili Go” (Mk 14,43.46). „>Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz<. A cały lud zawołał: >Krew Jego na nas i na dzieci nasze<. Wówczas (Piłat) uwolnił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie” (Mt 27,24-26).

 

Drastycznie skończył się w Ogrójcu czas modlitwy i wzywania do modlitwy. Ci, którzy mieli czuwać i modlić się, okazali się słabi i ociężali. Ani słowa Jezusa, ani widok, jak cierpi, nie wyrwały ich z tego stanu. Więc zbliżając się do nich po raz trzeci, już nawet ich nie mobilizował. Za późno. Czas nabierania sił do walki ze złem minął. Będą szukać doraźnych sposobów działania, pospiesznie i chaotycznie, w obliczu zaplanowanej akcji tych, którzy zło knują. A oni nie przysypiają. Są aktywni i przezorni. Niczego nie zostawiają swojemu biegowi. Kalkulują miejsce, czas, okoliczności.

Tak właśnie było w Getsemani. Jezus niewiele wypowiadał słów: tak do Boga, jak i do ludzi, ale „jeszcze mówił”, gdy nagle zjawił się Judasz. Nie sam, jak wyszedł z Wieczernika; prowadził „wielką zgraję z mieczami i kijami”. Zorganizowali ją „arcykapłani, uczeni w Piśmie i starsi”. Po „uzbrojeniu” widać, że to nie tylko żołnierze, świątynna straż czy policja. W okolicy grasowały bandy rozbójników, postrach dla mieszkańców i podróżnych. Ukrywali się w pieczarach i nawet wojsko z nimi sobie nie radziło, oni zaś gotowi byli także świadczyć swoje usługi każdemu, kto zapłaci. Arcykapłanom było na rękę wejść z nimi w kontakt i wynająć do planowanego pojmania Jezusa. Mieli gwarancję, że tamci dane im polecenie wykonają bez zahamowań, skutecznie i z nawiązką, a oni sami będą w tyle, zachowają „czyste ręce”; nie będzie można niczego im zarzucić.

Judasz ze swej strony „dał im taki znak: ’Ten, którego pocałuję, to On’”. Był w mocy Złego. Mimo napomnień, nie opamiętał się i „wszedł w niego szatan”, napisał św. Jan (13,27). Ale gdy zbliżał się do Jezusa, zrozumiał, że On zna ten znak: „Judaszu, pocałunkiem wydajesz Syna Człowieczego” (Łk 22,48). A do arcykapłanów i hałastry Jezus powiedział: „Wyszliście z mieczami i kijami, jak na zbójcę, żeby Mnie pochwycić. Codziennie nauczałem u was w świątyni, a nie pojmaliście Mnie” (Mk 14,48-49).

Arcykapłani i tutaj, mając całą tę zgraję, nie daliby rady Go pojmać, gdyby On sam nie chciał oddać się im w ręce, wypełniając wolę Ojca. Udowodnił to w sposób spektakularny: „Kogo szukacie?”. Odpowiedzieli chórem: „Jezusa z Nazaretu”. A On powiedział spokojnie: „Ja jestem”. Wtedy wszyscy, wraz z Judaszem, „cofnęli się i upadli na ziemię” (J 18,4-7). Powaliło ich! Zapytał i drugi raz: „Kogo szukacie?”, a Piotra powstrzymał od walki: „Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam pić kielicha, który mi podał Ojciec?” (J 18,11). „Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów?” (Mt 26,53). Wtedy „rzucili się na Niego i pochwycili Go”.

Tak kończyły się drogi Zbawiciela, które sam wybierał i przemierzał na tej ziemi. Odtąd ludzie nieprawi według swojej niecnej woli będą Go włóczyć, chytrze zmierzając do swego celu. Nie wiedzieli tylko, że przez to samo – wbrew swoim intencjom – wypełnią zamysł Boży; że On sam „Siebie na śmierć ofiarował i policzony został między przestępców… i oręduje za przestępcami” (Iz 53,12); że „On się obarczył naszym cierpieniem… przebity za nasze grzechy… a w jego ranach nasze zdrowie” (53,4-5).

Na tych drogach i bezdrożach poniewierki, szarpania i bicia szczególną rolę odegrał dziedziniec fortecy Antonia. Tam Poncjusz Piłat, rzymski namiestnik Judei, sprawował sądy. To ten człowiek, przywiązany do urzędu, oscylując między łaską cesarza a względami przywódców żydowskich, aby nie stracić stanowiska, nawet wbrew własnemu poczuciu sprawiedliwości, wydał wyrok na Jezusa: choć „nie znalazł w Nim żadnej winy” (Łk 23,14) i uważał Go za „Sprawiedliwego”. „Kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie” (Mt 27,24-26).

Biczowanie, rzymskie biczowanie, to najbardziej barbarzyńska tortura przewidywana przez prawo. I wydać na nią niewinnego?! Wykonywali je żołnierze, publicznie, i nie stawiano im ograniczeń w zadawaniu cierpienia. Skazany nie miał żadnych praw. W obecności żołnierstwa i gawiedzi – ku pohańbieniu – zdzierali z niego odzież, pochylali nad niskim kamiennym słupem i przywiązywali do niego za opuszczone z dwu stron ręce. Oprawcy stawali naprzeciw siebie po dwu stronach skazańca i siekli po całym ciele, gdzie im się podobało. Wyżywali się sadystycznie, sycąc się zadawanym cierpieniem i jękami ofiary, a zgromadzony tłum podniecał ich swoim rechotem i kpinami ze skazanego.

Narzędzia biczowania były różne i zmieniali je w trakcie egzekucji. Rózgi, kije, bicze. Te ostatnie to było narzędzie okrutne; na końcu rzemiennych pasków albo łańcuszków były przymocowane kawałki kości, metalu, kulki z ołowiu, a nawet metalowe haczyki. Bicze oplatały ciało, żłobiły je i rozszarpywały. Bryzgała krew i broczyła coraz obficiej.

Biczowaniem można było przyprawić o śmierć, jeśli nie postawiono tamy temu okrucieństwu w tym celu, żeby dopełnić je torturą ukrzyżowania. Tak było w przypadku Jezusa.

Bóg biczowany przez ludzi! Czy była tam Matka Jezusowa? Jakimi oczyma i sercem patrzyła na swego Jedynaka? Czy słuchała świstu i plaśnięć biczów, jęku Jej Syna, okrzyków i szyderstwa gawiedzi? Czy byli tam i tacy, dla których z pojmaniem Jezusa ich świat się zawalił? Którzy cierpli ze zgrozy i w zdumionym milczeniu wylewali potoki łez bólu, współczucia, zawodu?

Biczowanie Boga trwa i dzisiaj. A choć Go nie dosięga, trwa planowo, z perwersyjnym zacietrzewieniem i ma różne formy: bezbożne hasła, bluźnierstwa, świętokradztwa, profanowanie świętych miejsc i znaków, sianie nienawiści, aby psuć dzieło zbawienia dopełnione za taką cenę, a także: niszczenie ludzkich więzi przez rozpasanie, oszczerstwa i pomówienia; biczowanie lawiną słów za obronę Boga i Jego prawa do panowania – w każdym miejscu i w każdej ludzkiej działalności. Bezwstydne bluźniercze spektakle, haniebne błazenady ludzi wynaturzonych, wyzutych ze wstydu i bojaźni Bożej, niemyślących o tym, że kiedyś staną przed Tym, którego w swym prymitywizmie usiłują poniżyć…

Czy nie mam w tym jakiegoś udziału, gdy np. staję po stronie różnych ciemnych działań? Gdy stosuję uniki, aby nie zająć godnej postawy? Gdy się ukrywam ze swoją wiarą i sumieniem lub nie zdobywam się – wedle swych możliwości – na wyraźny gest w obronie praw Boga?

A poszanowanie dla Krzyża? Obrazów? Pisma Świętego w moim domu? Jakie słowa padają w obliczu tych świętych znaków? Jakie uczynki?

O. Leonard Głowacki OMI

Nasz Dziennik