Gdy Jezus wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. A słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: „Synu Dawida, ulituj się nade mną!”
Jezus przystanął i rzekł: „Zawołajcie go”. I przywołali niewidomego, mówiąc mu: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię”. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się na nogi i przyszedł do Jezusa.
A Jezus przemówił do niego: „Co chcesz, abym ci uczynił?” Powiedział Mu niewidomy: „Rabbuni, żebym przejrzał”. Jezus mu rzekł: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.
Rozważanie
Krzyk
Co by się stało, gdyby Bartymeusz nie zauważył obecności Jezusa? Czy do końca życia byłby zdany na ludzką litość, zamknięty w swoim kalectwie? Możliwe. Uratował go krzyk. Podobnie jak Piotra, który chciał chodzić po falach, a gdy zwątpił, zaczął tonąć. „Panie, ratuj mnie!” (Mt 14,30). W obu przypadkach był to głos rozpaczy, totalnej bezradności. Po ludzku byli bez szans, obaj znaleźli się w apogeum własnej niemocy.
Nie bez znaczenia dla właściwego rozumienia powyższego tekstu Ewangelii jest fakt, że Jezus jest w drodze do Jerozolimy. Idzie, aby dopełniło się dzieło zamierzone przez Ojca. W niedługim czasie z jego ust także wydobędzie się krzyk: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46). Jak ktoś napisał, w Jego śmierci Bóg „doświadczył”, czym jest umieranie człowieka. Chciał być z nami do końca. Widać tu jakąś szczególną solidarność, bliskość.
Moment, kiedy nie pozostaje nam już nic innego jak rozpaczliwy krzyk: „Boże, ratuj! Boże, nie dam rady! To już koniec!”, jest chwilą błogosławioną. On nas przywraca Bogu, ratuje przed wieczną zgubą. Żyjemy w świecie, który wikła nas w różne mechanizmy uzależnień, skupia uwagę na sobie, akcentuje nieograniczony potencjał. Wszystko możesz! – jeśli tylko masz pieniądze, zdrowie, zapał, znajomości – zdaje się wmawiać. A przez to usypia czujność, utwierdza w ślepocie.
Gdy dopadają nas życiowe burze, Jezus jest w nich (por. Mk 4,35-41). Bliżej niż nam się wydaje. Potrzebuje tylko naszej zgody, aby nas ratować. Pamiętajmy o tym.

