logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: / Domena publiczna

Ewangelia

Niedziela, 20 stycznia 2019 (10:36)

J 2,1-11

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: „Nie mają wina”. Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja?”

Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary.

Jezus rzekł do sług: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.

Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.


Rozważanie

Bóg może wszystko!

Na wydarzenie w Kanie Galilejskiej zazwyczaj patrzymy przez pryzmat Bożej potęgi. Oto dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych! Akcentuje się rangę posłuszeństwa, zaufania i wiarę Maryi. Gwarancją wypełnienia się Jego woli, doświadczenia skuteczności działania ma być bezwarunkowe zawierzenie: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. To wszystko prawda. Wiara otwiera na łaskę. W analizie umyka nam jednak inny, prozaiczny aspekt Bożego działania. Mianowicie Pan Jezus musiał mieć nie lada poczucie humoru, gdy postanowił wybawić z kłopotu nowożeńców, zamieniając wodę w wino – i to całkiem spore ilości! Ktoś wyliczył, że mogło to być pomiędzy 470 a 700 litrów!

Bywa, że patrzymy na Stwórcę w taki sposób, w jaki pojmowali Go faryzeusze: Bóg „docięty” na miarę, do bólu przewidywalny. I nieprawdziwy. Tymczasem czyż Bóg nie wykazał się nie lada odwagą, powierzając świat tak mało poważnej – choć przecież stworzonej z wielkiej miłości – istocie, jaką jest człowiek? Czyż Jezus nie uczynił tego samego, kiedy zakładając fundamenty Kościoła, powołał do grona apostolskiego furiata Szymona, skorumpowanego eksurzędnika Mateusza, kombinatora i złodziejaszka Judasza, ciągle zaspanego Bartłomieja itd.? Kiedy zaczęła rodzić się ich wielkość? Gdy zbudowali dystans do siebie. Zrozumieli, że bez pomocy Ducha Świętego nie zrealizują tego, ku czemu ich tak długo przygotowywał.

„Humor to ’zabieg religijny’, dzięki któremu potrafisz sobie powiedzieć, jaki jesteś niedorzeczny, troszczysz się o byle głupstwo, masz tyle zmartwień, niszczysz swoje zdrowie, a przecież wszystko jest jak proch, jak śmiecie i ostatecznie może okazać się bez wartości” – pisał ks. Tadeusz Dajczer w „Rozważaniach o wierze” (s. 88). Umieć żartować z siebie, nie nadawać wartości absolutnej swoim planom i zamiarom – to nie lada sztuka! „Zobaczyć siebie takim małym ziarenkiem piasku – jak mówiła o sobie św. Teresa – takim małym ’nic’, o które naprawdę nie warto się zbytnio troszczyć, martwić, niepokoić” (list z 8 stycznia 1889 r.). Tylko wtedy zrozumiemy. Kto jest naprawdę wielki. I komu warto oddać swoje serce!

Jak bardzo inaczej wyglądałby świat, gdybyśmy przebili baloniki, które są wewnątrz nas ukryte…

 

 

 

ks. Paweł Siedlanowski

Nasz Dziennik