logo
logo

Zdjęcie: Stanisław Szarzyński/ -

W intencji pokoju na Ukrainie

Wtorek, 13 sierpnia 2019 (22:46)

Z ks. dr. Michałem Bajcarem, proboszczem parafii rzymskokatolickiej pw. św. Mikołaja w Starym Samborze na Ukrainie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Z jakim intencjami przybywają w tym roku na Wielki Odpust w Kalwarii Pacławskiej pielgrzymi z archidiecezji lwowskiej?

– Pielgrzymom z archidiecezji lwowskiej przyświeca jedna zasadnicza intencja dotycząca rodziny. W Kościele przeżywamy Rok Rodziny i również na terenie całej Ukrainy, w każdej parafii rzymskokatolickiej, modlimy się w intencji rodzin, żeby były trwałe i Bogiem silne. Jednocześnie w każdej parafii jest ikona – reprodukcja obrazu św. Rodziny z Jerozolimy, która nawiedza domy naszych wiernych. Niestety, rodzina na Ukrainie przeżywa dziś wielki kryzys.

W jaki sposób ten kryzys się przejawia?

– Ten kryzys ma kilka wymiarów: ekonomiczny, który poprzez brak stabilności materialnej rodzi kolejne problemy. Szczególnie młodzi ludzie wyjeżdżają z Ukrainy za chlebem, w poszukiwaniu pracy opuszczają dom, co nie sprzyja trwałości rodzin. Za poprzedniego prezydenta Petra Poroszenki młodzi ludzie byli wzywani do wojska, a następnie wysyłani na wschód. Wielu zginęło w tej wojnie.

Skoro poruszył Ksiądz ten temat, to czy zauważalne są przynajmniej jakieś symptomy zmian na Ukrainie po wyborze nowego prezydenta?

– Wołodymyr Zełenski zwyciężył przede wszystkim dlatego, że ludzie mieli już dość Petra Poroszenki i nie chcieli dłużej legitymizować władzy utożsamianej z korupcją i układami. Korupcja – właściwie na wszystkich szczeblach – jest ogromna. Z drugiej strony wszechobecne jest ubóstwo. Ludziom żyje się źle, Ukraińcy tak zubożeli, że właściwie nie mają za co żyć. I nowy prezydent, Wołodymyr Zełenski, na pierwszy plan wysunął potrzebę pokoju, żeby na drodze dyplomatycznej rozwiązywać problemy i próbować w sprawie kryzysu ukraińskiego porozumieć się w formacie normandzkim. To jest zbieżne z pragnieniami Ukraińców, którzy pragną pokoju, nie wojny. Ludzie, szczególnie ludzie młodzi w wieku poborowym, nie chcą ginąć w bezsensownej wojnie. Dlatego pielgrzymom z archidiecezji lwowskiej towarzyszy też intencja pokoju na Ukrainie. Chodzi o pokój w sensie militarnym, ale też pokój serca i spokój związany ze stabilizacją życia. Potrzebna jest także nadzieja na lepsze jutro, żeby młodzi ludzie nie musieli wyjeżdżać do pracy za granicą. I to jest w pewnym sensie koło zamachowe, bo jeśli nie ma młodych ludzi, nie ma perspektyw, nie ma nadziei. Ostatnio rozmawiałem z jednym z pracodawców, który robi brykiet opałowy z drewna, ale – jak mówi – nie ma pracowników. Tymczasem na granicy widać, jak autobus za autobusem z młodymi ludźmi przekracza granicę z Polską.

Wracając do tematu pielgrzymki, jak liczna jest tegoroczna grupa zmierzająca z Ukrainy na Kalwarię Pacławską?

– Mieliśmy nadzieję, że tegoroczna pielgrzymka nie będzie mniej liczna niż w latach ubiegłych i tak się stało. Idziemy w dwóch grupach: grupa lwowska, której patronują św. Franciszek i św. Antoni, w której ja idę, licząca ok. 140 osób, oraz grupa z Mościsk, której patronuje św. Józef, licząca ok. 130 pątników. Idą ludzie w różnym wieku, ale przeważają osoby w średnim wieku, brakuje mężczyzn. Jest wielu studentów, są matki, ojcowie, którzy zakotwiczyli się w ukraińskiej rzeczywistości i wiążą z pielgrzymką do Matki Bożej Słuchającej wielkie nadzieje. Wierzą, że intencje, jakie składają przed tronem Kalwaryjskiej Pani, zostaną wysłuchane. To świadczy, że element religijny, duchowy ciągle jeszcze jest żywy wśród wiernych na Ukrainie, którzy mają nadzieję i wierzą, że Pan Bóg ich nie opuści.

Co przyciąga wiernych za wschodniej granicy do pielgrzymowania do Kalwarii Pacławskiej?

– W tym roku do Kalwaryjskiej Pani idziemy ze Lwowa już po raz 28., ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że wcześniej część obecnej archidiecezji lwowskiej była częścią diecezji przemyskiej, to ta tradycja pielgrzymowania na Kalwarię istniała znacznie wcześniej. Kiedy w dekanacie samborskim chodzę z wizytą duszpasterską, z kolędą, to praktycznie w każdym domu jest obraz Matki Bożej Kalwaryjskiej. To pokazuje, że ta tradycja jest silna, przekazywana z pokolenia na pokolenie i wciąż obecna w ludzkich sercach. Motywy pielgrzymowania są różne, niektórzy przy tej okazji, nie umniejszając powagi pielgrzymki, chcą też niejako wyrwać się z trudnej ukraińskiej rzeczywistości i przybywając do Polski, chcą nieco odetchnąć, pomodlić się i być we wspólnocie tysięcy wiernych, którzy rokrocznie przybywają na kalwaryjskie wzgórze. Ta atmosfera także podbudowuje Polaków z Ukrainy, ale także Ukraińców, którzy uczęszczają do naszych kościołów.

Jaką część pielgrzymki stanowi młodzież i jaką rolę w ich życiu odgrywa Matka Boża Kalwaryjska?

– W grupie lwowskiej idzie sporo młodych ludzi, natomiast w Grupie z Mościsk dużo mniej. Tam przeważają ludzie dojrzali, starsi. Oczywiście udział w pielgrzymce zależy też od nastawienia młodych ludzi, od klimatu, jaki panuje w rodzinach, w parafiach, a więc od tego, jak kultywowana jest wiara, tradycja i pobożność maryjna. Generalnie byliśmy jednak podbudowani, kiedy o. bp Edward Kawa, biskup pomocniczy lwowski, który jest jednym z pątników, podczas Mszy św. powiedział, że idziemy do Matki Bożej przede wszystkim po to, aby Ona nauczyła nas modlić się. Na koniec, tak jak kiedyś św. o. Maksymilian Kolbe, o. bp Kawa rozdał wszystkim pielgrzymom medaliki Matki Bożej Niepokalanej, zwracając uwagę, że nie wystarczy założyć medalik na szyję, ale kryje się za tym zobowiązanie, aby modlić się na różańcu. Później widziałem, że wszyscy młodzi ludzie założyli sobie te medaliki na szyję i Matka Boża idzie z nami. Wierzymy, że owoce tej pielgrzymki będą, ale to okaże się za jakiś czas, kiedy wrócimy do naszych domów.

Wierni z Ukrainy przybywają do Polski, gdzie trwają ataki na Kościół. Jak Ksiądz przyjmuje ataki na symbole religijne, akty świętokradztwa i ataki na duchownych, jakie mają miejsce w Polsce?

– Ataki na Kościół, jakie mają miejsce w Polsce, są zauważalne także na Ukrainie. I nas to boli. Póki co, na Ukrainie takich bezbożnych aktów nie ma i wierni oraz kapłani katoliccy czujemy się bezpieczni. Myślimy, że to, co się dzieje w Polsce, to nie przypadek, ale zaplanowana, zamierzona akcja, która ma na celu nas, duchownych, ale też wiernych zastraszyć. Wszystko po to, żeby nie było sprzeciwu, obrony przed kolejnymi aktami świętokradztwa. Oczywiście mogą się zdarzyć sytuacje, że osoba niezrównoważona psychicznie w akcie agresji znieważy symbole święte, zaatakuje kapłana, ale takie ataki, do jakich dochodzi w Polsce, gdzie ktoś żąda wydania szat liturgicznych czy chce sprofanować Najświętszy Sakrament, to muszą być akcje kierowane z zewnątrz. Podobne sytuacje miały miejsce za czasów zniewolenia komunistycznego, za czasów sowieckich, ale nie na taką skalę. I wtedy kapłani i wierni stawali na straży wiary, za co niejednokrotnie byli aresztowani, prześladowani. Wspólnie jednak obroniliśmy wiarę i tradycję przed zakusami bezbożnego systemu totalitarnego i dzisiaj też obronimy. Dziwi jednak fakt, że tego typu akty profanacji mają dzisiaj miejsce w katolickiej Polsce.

Czego można życzyć pielgrzymom z Ukrainy, którzy przybywają na Wielki Odpust w Kalwarii Pacławskiej?

– Życzyłbym pielgrzymom, żeby na Kalwarii nabrali sił i za parę dni wrócili do swoich rodzinnych domów, miejscowości podbudowani. Żeby Matka Boża Słuchająca nasyciła ich ufnością religijną, duchową, którą będą mogli się dzielić z najbliższymi, z wiernymi swoich parafii. Żebyśmy wszyscy przed tronem Maryi wyprosili, aby młodzi ludzie nie musieli wyjeżdżać z Ukrainy, żeby warunki w kraju poprawiły się na tyle, aby swoją przyszłość wiązali ze swoim rodzinnym krajem. To wszystko sprzyjać będzie trwałości rodzin, małżeństw jako podstawy bytu narodu. Dzisiaj – niestety – jest taki czas, że wielu ludzi nosi się z zamiarem wyjazdu z Ukrainy na Zachód, do Polski i dalej. Podbudowa religijna może pomóc w zmianie tych planów. Podstawą jest mocniejsza wiara, modlitwa, Eucharystia i pełne w niej uczestnictwo, bo spożywając Ciało i Krew Chrystusa, łatwiej jest wytrwać, nawet mimo przeciwności. Ludzie przy Panu Bogu mogą nabrać otuchy, nadziei, nauczyć się większej cierpliwości, bo Stwórca przecież widzi i zna realia, w których żyjemy, i chce pomóc, ale musimy o to wytrwale prosić.  

Dziękuję za rozmowę.     

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl