Być może pochwał, potwierdzenia swoich zasług. Przestrzeni bez stresu, która byłaby dla mnie terapią podnosząca moją samoocenę. Abstrahując od utopii tego obrazu, zapewne nie byłoby to miejsce, w którym spotkałbym przebaczającego Jezusa. Byłoby to miejsce, w którym ja byłbym sędzią… A na końcu osądziłbym siebie samego z braku realizacji chorych ambicji. Takimi byli ludzie z dzisiejszego czytania, którzy sądzili Szczepana. Dokładny opis tej sceny w Dziejach Apostolskich pokazuje nam, że ci ludzie nieświadomie sami wskazują na swoją winę, gdy zdejmują szaty (w prawie żydowskim należało obnażyć przestępcę przed egzekucją) i składają je u stóp Szawła. Zatykając sobie uszy, nie chcieli usłyszeć zarzutów przeciwko sobie (skazaniec podczas egzekucji miał wyznać swoją winę, tymczasem Szaweł prosi Boga, aby nie poczytał im tego grzechu). Zapewne i część z nas, powracając do tego tekstu, najczęściej stawia siebie w roli niesłusznie oskarżonego. Musimy jednak postawić sobie pytanie, ile razy to my zatykaliśmy sobie uszy na głos Boży. Kiedy sprzeciwialiśmy się Jego natchnieniom do poprawy swojego życia. Tak bywa, kiedy sądzimy siebie własną miarą, a nie Bożą. A przecież Bóg po to ukazuje nam nasz grzech i naszą słabość, aby nas z nich wyciągnąć. Jak mówi prorok Ozeasz: „On nas zranił, on też uleczy, On nas pobił, On ranę zawiąże, po dwóch dniach przywróci nam życie, a dnia trzeciego nas dźwignie” (Oz 6,1-3).
Święto św. Szczepana
Czwartek, 26 grudnia 2019 (09:34)
Co by było, gdybyśmy z Kościoła wyrzucili wszystkich grzeszników, łajdaków, zbrodniarzy, tych, którzy nie mieszczą się w ramach naszego prawa moralnego? Co by było, gdyby Kościół był skrojony na moją miarę? Czego bym w Nim szukał?

