logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Światło ze Wschodu

Poniedziałek, 18 maja 2020 (19:45)

28 września 1978 roku światem wstrząsnęła wiadomość o śmierci Papieża Jana Pawła I.

„Papież uśmiechu”, jak go nazywano, wybrany na Stolicę Piotrową w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, odszedł zaledwie po 33 dniach pontyfikatu, dokładnie w 20. rocznicę święceń biskupich ks. Karola Wojtyły...

Po latach ks. John Magee, jego osobisty sekretarz, w swoich wspomnieniach ujawni wstrząsające słowa wypowiedziane przez Jana Pawła I niedługo po wyborze. Podczas któregoś posiłku żalił się on swoim sekretarzom, mówiąc: „To nie ja powinienem być na tym miejscu. Modliłem się do Pana Boga, by mnie zabrał”. Dalej padły słowa o kardynale „z obcego kraju”. Księdzu Magee wyjaśnił: „Z obcego kraju – ten, który siedział naprzeciw mnie podczas konklawe”. Otóż na tym właśnie miejscu, naprzeciw ks. kardynała Albino Lucianiego siedział ks. kardynał Karol Wojtyła...

Gdy 1 października 1978 roku w bazylice Mariackiej w Krakowie ks. kardynał Karol Wojtyła odprawiał Mszę Świętą za zmarłego Biskupa Rzymu, w homilii powiedział:

„Nie wiemy, dlaczego umarł człowiek, który wydawał nam się człowiekiem w pełni sił. Nie wiemy, co oznacza ta śmierć na Stolicy św. Piotra. Nie wiemy, co Chrystus chce przez to powiedzieć: Kościołowi i światu.

[...] Czy pontyfikat Jana Pawła I nie został spełniony? Po ludzku tak nam się wydaje, że został dopiero rozpoczęty; że była to wielce obiecująca zapowiedź.

[...] A kiedy tak nasze myśli i rozważania poruszają się za zmarłym papieżem, z całą naszą ludzką nieudolnością i bezradnością, przychodzi nam jeszcze na pamięć to, czego my, Polacy, zapomnieć nie możemy: że przecież narodził się dla papiestwa w dniu Matki Bożej Jasnogórskiej. I stąd płynie nasza szczególna nadzieja wobec jego śmierci...”.

Uczestniczący w nim ks. kardynał Louis-Jean Guyot pod datą 16 października 1978 roku zanotował: „O godzinie 16.30 wznowienie pracy, ale już pełne nadziei. A potem bez niczyjego nacisku zabłysło światło. Wybór narzuca się sam w sposób, którego nie można było przewidzieć. Trzeba było przeżyć wewnętrzne doświadczenie, żeby dostrzec w tym apostolskim zgromadzeniu jakiś rodzaj tajemniczego oddziaływania Ducha Świętego na najgłębsze pokłady duszy”. Dalej arcybiskup Tuluzy napisał: „Spoglądam na siedzącego po przeciwnej stronie kaplicy kardynała Wojtyłę. Wydaje się być przybity ogromem ciężaru, jaki na niego dopiero co spadł. Głowa jeszcze mocniej wciśnięta w ramiona już bardzo pochylone. Nie potrafi ukryć wzruszenia. [...] Jakaż to pełna napięcia chwila, kiedy w głębokim milczeniu czeka się od wybranego odpowiedzi na przewidziane rytuałem pytanie zadane uroczyście w imieniu Świętego Kolegium przez kardynała Villota: »Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?« Arcybiskup Krakowa powoli, głosem przerywanym, trochę niespokojnym oddechem, ale jasno – przedstawia powody, które staną się natchnieniem dla jego decyzji. Mimo obaw, które go ogarniają i z których się zwierzy za kilka chwil wobec tłumu, powody te są z istoty swej nadprzyrodzone: umiłowanie Chrystusa, zaufanie Najświętszej Dziewicy, która jest jego Matką, wreszcie przywiązanie do Kościoła i chęć okazania mu posłuszeństwa, bo przecież domaga się on od wybranego; żeby pokornie poddał się woli Bożej. Dlatego i tylko dlatego wypowiada słowo, które wiąże go na zawsze: »Accepto« – Przyjmuję”.

Niedługo po tym wydarzeniu ks. kardynał Stefan Wyszyński napisał: „W Sykstynie zebrało się stu jedenastu kardynałów z metropolii świata, a Bóg znalazł swojego »Dawida«, wysłał go do walki z »Goliatem« – i przez niego zwycięży...”.                                         

 

Sebastian Karczewski

Aktualizacja 18 maja 2020 (21:19)

NaszDziennik.pl