Rozważanie:
Na pierwszy rzut oka wspomnienie tragicznego i okrutnego wydarzenia, gdy z rozkazu Piłata zamordowano niewinnych ludzi, którzy przyszli złożyć ofiarę Panu, czy też wspomnienie katastrofy budowlanej w Siloam, w wyniku której zginęło osiemnastu niewinnych ludzi, nijak się ma do przypowieści o drzewie figowym. I skąd pomysł sadzenia figowca (mającego szerokie liście i rozbudowaną koronę, wyjaławiającego grunt) w winnicy, gdzie liczy się każdy skrawek ziemi? Przecież to rozrzutność.
Okazuje się, że zestawienie ze sobą obu obrazów ma sens.
Bardzo łatwo jest nam przy ocenie wydarzeń, osób, wypadków chodzić drogą na skróty: „sam sobie jest winny”, to „kara Boża, zasłużył sobie na nią”, „taka była wola Boża” itp. Oto gotowe wytłumaczenie! Logika odpłaty od tysięcy lat ma się doskonale. Kochamy wchodzić w buty sędziego, a nierzadko i kata. Ponadto wejście w rolę oskarżyciela sprytnie odciąga uwagę od siebie: skoro nieszczęście innych skupia powszechną uwagę, może uda się zamaskować moje serce, ukryć defekty wnętrza, brud duszy, moralny upadek? Może nikt się nie zorientuje? „Seansy zbiorowej terapii” polegające na wyszukiwaniu, piętnowaniu prawdziwych i wyimaginowanych grzechów innych ludzi to dziś chleb powszedni znacznej części społeczeństwa. Problem w tym, że niewiele z tego wynika. Sądzenie z pozorów to niebezpieczna gra. I zwodnicza. Jezus nie zgadza się z taką egzegezą codzienności.
Bóg zna najlepiej tajniki ludzkiego serca i nic się przed Nim nie ukryje. Jest cierpliwy i miłosierny. Ale też szanuje wolność każdego z nas, w tym prawo do pójścia drogą, jaką każdy uzna za najlepszą – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tak każe czynić miłość. „Powiedz grzesznikom, że zawsze na nich czekam, wsłuchuję się w tętno ich serca, kiedy uderzy dla mnie” – prosił Jezus, zwracając się do św. Siostry Faustyny. „Napisz, że przemawiam do nich przez wyrzuty sumienia, przez niepowodzenie i cierpienia, przez burze i pioruny, przemawiam przez głos Kościoła, a jeżeli udaremnią wszystkie moje łaski, poczynam się gniewać na nich, zostawiając ich samym sobie i daję im, czego pragną” (Dz. 1728).
To nie Bóg sprawia, że drzewo staje się bezowocne i nadaje się tylko do wycięcia. To efekt ludzkiej decyzji, zatwardziałości serca.

