19 paździenika 2025 roku mija czterdzieści jeden lat od tego, co miało swój finał na przeciwległym krańcu naszego miasta, na włocławskiej tamie. Na ponad tydzień, do momentu oficjalnego ogłoszenia, iż w wodach Wisły znalezione zostało ciało ks. Popiełuszki, Polska zamarła
– rozpięta między grozą a nadzieją. Grozą, że coś takiego mogło mieć miejsce w kraju nad Wisłą, który wydał Papieża Jana Pawła przywracającego światu porządek moralny. Wydawało się, że po próbie zabicia go trzy
lata wcześniej, nawet imperium zła opamięta się przed ponownym podniesieniem ręki na ludzi Kościoła.
A z drugiej strony – modlitwa z nadzieją, że może, i nawet, pojawią się kolejne kłamliwe teksty gazetowe szkalujące jego dobre imię, ale wyjdzie z tej nagłej nieobecności żywy.
Po dziesięciu dniach wszystko okazało się jasne. Odbierano mu życie na raty, co ileś kilometrów, miażdżąc pięściami
i kijami. Prawdopodobnie licząc, że w przerwach między biciem, zagłuszając ból, powie coś, co być może pozwoliłoby mu życie ocalić, ale co stałoby się znakiem jego hańby. Po tysiąckroć gorszym od śmierci. A on, jeśli, to chyba prosił tylko – Panie, niech to się skończy, albo daj moc, abym do końca wytrwał. Wytrwał, choć jego oprawcy przygotowali również i magnetofon, aby nagrać to,
co powie, gdyby się załamał. Wytrwał, bo z tego samego Listu do Rzymian, z którego wziął zasadę swego posługiwania: „Nie daj się zwyciężyć złu, lecz zło dobrem zwyciężaj” (Rz 12,21), pochodzi stwierdzenie przed chwilą przypomniane, a tak trafnie ukazujące jego postawę:
„Bo ja nie wstydzę się Ewangelii, jest ona bowiem mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego” (Rz 1,16).
Jego pogrzeb, a dokładniej zachowanie tych, którzy
w poczuciu więzi z nim zjechali z całej Polski, było zaprzeczeniem tego, o co go oskarżano – że przygotowuje organizację terrorystyczną, że buntuje wiernych, nasyca słuchaczy nienawiścią do władzy i ludzi niewierzących,
że uprawia agitację polityczną, a nie głoszenie Ewangelii.
Z żadnych zbolałych ust kilkuset tysięcy ludzi tam obecnych nie padło słowo nienawiści. Nikt nie lżył
służb państwowych, nikt w odwecie nie podniósł ręki
na przedstawicieli władz. A jednocześnie byli taką mocą,
że władza nawet nie ośmieliła się kwestionować przemarszu ku żoliborskiemu kościołowi wielotysięcznych grup z flagami, ze sztandarami zakazanych organizacji. Przeciw mocy ducha nie odważono się użyć mocy oręża. Było to jak przyjęcie przez aklamację, czyli bezdyskusyjne, jednomyślne potwierdzenie: Miałeś rację, Księże Jerzy,
w tym, co mówiłeś na Mszach św. za Ojczyznę. Masz rację, Kościele, na którego zasadach ks. Jerzy się opierał.
Tak, byłeś naszym głosem, upominającym się dla nas
i za nas. O prawo do wolności – tak narodu, jak i każdego człowieka. O prawo do poszanowania katolickich korzeni narodu i nienarzucaniu w imię polityki obcych i wrogich temu ideologii. O prawo do prawdy w książce, szkole, mediach. O prawo do respektowania zasad Dekalogu, którym kierowanie się nie narusza godności nikogo, także niewierzących. O prawo do życia, jednakowo przecież broniące istnienia i wierzących, i niewierzących. Miałeś rację, Księże Jerzy, masz rację, Kościele – krzykiem milczenia potwierdzała wtedy Polska. Poetka napisała wtedy: Dziś na rękach tłumu kołysany/ w każdej łzie odbity po kolei (Anna Kamieńska, „Przy grobie księdza Jerzego Popiełuszki”, z tomu „Dwie ciemności i wiersze ostatnie”).
I przynajmniej przez jakiś czas potem nie odważyli
się temu zaprzeczać nawet najbardziej patologiczni propagandyści i wrogowie Kościoła i ks. Jerzego, których nazwisk w świątyni nie wypada przywoływać. W pięć lat później wszystkie racje Kościoła i ks. Jerzego potwierdził
i uwierzytelnił już nie tylko polski, ale ogólnoświatowy przełom 1989 roku.
Słowa z tego wiersza nie były tylko zapisem chwili, emocji jakie zdarzają się wyjątkowo – pogrzeb w obecności kilkuset tysięcy ludzi składających swą obecnością hołd,
a nie ściągniętych ciekawością. W tych słowach i łzach morza ludzi odbijał się stan ducha i umysłów zdecydowanej większości Polaków, wtedy utożsamiających się z tym,
co Kościół, a w nim ks. Jerzy i inni, nazywając odważnie stan rzeczy po imieniu, wskazywali jako jedyną drogę rozwiązania polskich węzłów politycznych i społecznych. Uznanie praw Bożych i ludzkich, a nie ideologiczny
i zbrojny dyktat obcych mocarstw.
Paradoksalnie – brutalne doświadczenie przemocy stanu wojennego ze strony rodzimych dyktatorów, a i śmierć
ks. Jerzego otworzyły umysły i dusze wielu Polaków. Pomogło zerwać, jak nazwał to cytowany dziś św. Paweł, „nałożone prawdzie kajdany i zacząć dostrzegać umysłem niewidzialne dotąd przymioty i dzieła Boga”. Czterdzieści jeden lat temu nikt z myślących Polaków, także spośród tych, którym do stanu wojennego nie było po drodze
z Panem Bogiem i Kościołem, przeciwko takiej wizji nie protestował. Aczkolwiek jeszcze przez parę lat wydawała się zbyt fantastyczna, aby za ich życia mogła się spełnić. Nic nie wzbudzało kontrowersji, nie dostrzegano w tym prób sklerykalizowania ani ówczesnej, ani przyszłej wizji Polski. Żadne słowo nie zalatywało „ciemnogrodem”, nikt nie obawiał się groźby państwa wyznaniowego. To Kościół był strefą wolności dla kultury, w nim jedynie aktorzy, artyści słowa mogli się czuć wolni. Tak jak czuli się wolni na Mszach św. za Ojczyznę na Żoliborzu, czy w tym naszym, wtedy zawsze pełnym kościele.
Minęło czterdzieści jeden lat. Więcej aniżeli czas jednego pokolenia. Ale czas nie przebiegający gdzieś w abstrakcji, w innym świecie albo w nieświadomości, lecz w nas
– tych, którzyśmy wtedy już żyli, byli tego świadkami
i współuczestnikami, i tych, którzy byli ich dziećmi. Dziećmi, teraz już czterdziestoletnimi, które swoją liczebną większością nadają ton obecnej rzeczywistości. Formalnie są katolikami, a przynajmniej wchodzili w życie jako ochrzczeni w Kościele katolickim. Czyli w tej samej wspólnocie religijnej, co ks. Jerzy.
Jeśli nawet to, co powiem, wzbudzi sprzeciw, proszę wysłuchać do końca. Pan Bóg w swoim miłosierdziu, czterdzieści jeden lat temu, przyjmując ks. Jerzego do siebie, zamęczonego godzinami, a może i dniami tortur, uchronił go od tego, co wkrótce po 1989 roku – gdyby nadal żył – usłyszałby z ust wielu rodaków. Przy milczeniu
i braku sprzeciwu reszty. Na szczęście, nie dotkną
go żadne obelgi, bo już nie mogą.
Ale gdyby żył, a z pewnością głosiłby nadal to samo, usłyszałby, że Kościół jest zagrożeniem dla Polski,
gdyż pozostaje na usługach obcego państwa noszącego nazwę Watykan; usłyszałby, że jako kapłan Kościoła katolickiego jest przeciwnikiem wolności człowieka.
On, który za upominanie się o nią poszedł na dno rzeki;
z ust ludzi, którzy są dzisiaj figurami politycznymi,
a których, gdy wychodzili z peerelowskich więzień, witał
w żoliborskim kościele, teraz usłyszałby, że broniąc prawa do życia nienarodzonych, odbiera kobietom wolność wyboru; usłyszałby, że stając podobnie jak w latach osiemdziesiątych po stronie młodzieży z Miętnego
i Włoszczowej upominających się o obecność krzyża
w szkole, dyskryminuje niewierzących.
I patrzyłby zdumiony, jak europosłanka lewicy z naszego regionu i jej podobni w innych miejscach bezkarnie zakłócają Liturgię w kościołach. A gdyby trafił na korytarz włocławskiego szpitala – i to noszącego jego imię!
– usłyszałby od zupełnie normalnie wyglądającego tutejszego mieszkańca, to, co ja usłyszałem: „Jak widzę takiego, czyli księdza, to nóż mi się w kieszeni otwiera…”. Zaświadczam całym sobą – takie słowa padły w tym miejscu. W tym mieście, w czterdzieści jeden lat po
śmierci ks. Jerzego.
Co się stało z obecnym pokoleniem Polaków? Zaborcy, okupanci, najeźdźcy nie zdołali oduczyć Polaków myślenia, pamięci o korzeniach Narodu, szacunku dla świętości
spraw wiary! A teraz bez przymusu i żalu sami pozbywają się tego.
Błogosławiony Księże Jerzy – któryś w naszym mieście miał swój pierwszy grób – wesprzyj nas, włocławian, abyśmy byli ludźmi nie tylko przeciętnie poprawnymi zewnętrznie, ale aby wszystko, „co jest w naszym wnętrzu, było czyste” (Łk 11,41), jak oczekuje tego Pan Jezus.
Aby to i następne pokolenia nie wprowadzały „nowego porządku”, który tak dramatycznie w wierszu pod takim tytułem ujął poeta:
rodzice słuchają dzieci
nauczyciele słuchają uczniów
lekarze słuchają pacjentów
biskupi i księża słuchają wiernych
przełożeni słuchają podwładnych
generałowie słuchają żołnierzy
czy ktoś jeszcze słucha
Tego
Który
Jest
Janusz Nowak, z tomiku „Akt strzelisty”
dodatku do nr 4/2025 „Toposu”

