logo
logo

Ewangelia i Rozważanie

Zdjęcie: / Nasz Dziennik

Bóg bliski

Niedziela, 1 marca 2026 (08:39)

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz, rozmawiający z Nim.

Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”.

Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”. Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli.

A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: „Wstańcie, nie lękajcie się!”. Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa.

A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im, mówiąc: „Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie”. (Mt 17,1-9)

Warto na odnotowane przez wszystkich synoptyków wydarzenie na górze Tabor spojrzeć w szerszym kontekście. To nie tylko malownicza, jak byśmy dziś powiedzieli, Teofania. Nie tylko umocnienie wiary kierowane do uczniowskiej elity, potwierdzenie Boskości Jezusa, pieczęć wiarygodności Jego słów i czynów. Przede wszystkim wpisuje się ono szeroko w logikę Bożego działania – tłumaczy imię Emmanuel (czyli „Bóg z nami”), którym archanioł Gabriel nazwał Syna Bożego w nazaretańskim domu (por. Łk 1,26-38). Według tej logiki zostają zniesione granice, jakie dotąd istniały pomiędzy Stwórcą i stworzeniem. Medytowaliśmy niedawno chrzest w Jordanie – Pan Jezus ustawia się pokornie w kolejce razem z grzesznikami, solidaryzuje się z nami w postawie nawrócenia, choć przecież nie miał grzechów. Tydzień temu razem z Nim wyszliśmy na pustynię, gdzie pościł, modlił się, cierpiał głód i pragnienie, podlegał kuszeniu – jak każdy z nas. Nasz Bóg i Brat.

Już nie ma słupa ognia bądź dymu, jak było podczas wędrówki do ziemi obiecanej. „Ile zaś razy Mojżesz wszedł do namiotu, zstępował słup obłoku i stawał u wejścia do namiotu, i wtedy [Pan] rozmawiał z Mojżeszem” – czytamy w Księdze Wyjścia. „Cały lud widział, że słup obłoku stawał u wejścia do namiotu. Cały lud stawał i każdy oddawał pokłon u wejścia do swego namiotu” (Wj 33,7-11). Na górze Tabor Bóg odsłania się, ukazuje apostołom rzeczywistość dotąd przed ludźmi ukrytą. Trudno jest w to uwierzyć Janowi, Jakubowi i Piotrowi – pamiętają doskonale lekturę Tory w synagodze. Dlatego Piotr chce stawiać namioty – to było dlań oczywiste: Bóg musi być oddzielony od świata! Egzamin z katechizmu, jak byśmy dziś powiedzieli, zdany celująco. Z tego samego również powodu apostołowie są przerażeni – znają starotestamentalną przestrogę, kiedy to Jahwe mówił do Mojżesza: „Nie będziesz mógł ujrzeć twarzy mojej, gdyż nie może mnie człowiek zobaczyć i pozostać przy życiu” (Wj 33,20). Bali się panicznie o siebie!

Jezus zabrał ich lęk. Uspokoił. Odtąd wszystko będzie nowe! Ciemność została zastąpiona jasnością, mrok – światłem wiary. Świetlisty obłok pojawił się nie po to, aby zakrywać, lecz by chronić. Aby ograniczyć widzenie, które później nie pozwoliłoby im w czymkolwiek na ziemi zauważyć piękna, ponieważ pamięć Bożego piękna zagarnęła wszystko. Ojciec zsyła obłok, który zakrywa Boży majestat? Aby… nie pomarli ze szczęścia? Być może.

Ks. Paweł Siedlanowski

Nasz Dziennik