Niedzielny fragment Ewangelii stanowi część tzw. mowy pożegnalnej Jezusa, wygłoszonej podczas Ostatniej Wieczerzy. Uczniowie są smutni z powodu nadchodzącego odejścia Mistrza. Po zapowiedzi zdrady Judasza czują lęk, konsternację, zagubienie. Boją się o Jego życie, boją się o siebie. Ale nie tylko. Może zastanawiają się, czy nie popełnili błędu, idąc za Nim? Skoro ma zginąć, to może nie jest Mesjaszem? Czy rzeczywiście doprowadzi ich do Ojca, skoro wydaje się, że Ojciec Go opuścił? Co będzie dalej? Jezus uspokaja ich: Jestem z wami. „Niech się nie trwoży serce wasze”. Pojawia się słowo „dom”, które wskazuje nie tylko na budynek, materialne ściany, ale też na coś znacznie ważniejszego, bardziej nieuchwytnego: na poczucie ciepła, intymności, serdeczności, na szczególne relacje, miłość i bezpieczeństwo. W podobnym tonie należy też tłumaczyć słowo „mieszkanie” – jako przestrzeń otwartą, wypełnioną gościnnością, życzliwością, przyjaźnią.
Jezus mówi o niebie, o rzeczywistości pełni zbawienia – nie jako o abstrakcyjnym miejscu, lecz jako o domu wypełnionym czułością i miłością – jako „przestrzeni otwartej”. Ów dom tworzą osoby. Gospodarzem jest Bóg Ojciec. Zaproszeni są wszyscy („jest mieszkań wiele”). Drogą i bramą jest Jezus. Ktoś określił czytany dziś fragment Ewangelii św. Jana „manifestem nadziei”. Tak rzeczywiście jest!
Znakiem owej nadziei jest również Matka Jezusa, którą nazywamy dumnie Królową Polski. Ona w szczególny sposób owemu niebiańskiemu domowi dodaje ciepła, tworzy bliskość. To dlatego pielgrzymi, którzy przybywają do Jej sanktuarium na Jasnej Górze, czują się jak u siebie, odnajdują u Niej pokój, ukojenie, prostują się powikłane ludzkie ścieżki. Maryja pragnie, aby w każdym z nas dokonało się to, co stało się na Golgocie: „Jan wziął Ją do siebie” – czytamy. Przesłanie Syna, skierowane do umiłowanego ucznia – a przez niego do każdego z nas – jest proste: „Kochaj Ją tak, jak Ja Ją kochałem!”.

