Słowa Jezusa w dzisiejszej Ewangelii należy interpretować na dwóch poziomach. Mają bardzo konkretnego adresata: są nim Żydzi, którzy w Jezusie nie rozpoznali Mesjasza. Odrzucili Go, podobnie jak proroków, którzy w imieniu Jahwe napominali wiarołomny naród. Przypowieść ma również bardzo współczesne odniesienie: świat jest Bożą winnicą, ale też coraz częściej jej Gospodarz przeszkadza – rzekomo – hamując cywilizacyjny rozwój, zabierając ludziom wolność i prawo do bycia szczęśliwym „po swojemu”. Zatem trzeba zabić Jego pamięć. Sprawić, by świat o Nim na zawsze zapomniał. Obrazowo problem ujmując, można powiedzieć, że „robotnicy zapomnieli, kim są”, czyniąc siebie panami stworzenia, zapominając, że są tylko dzierżawcami wątłego skrawka czasu i przestrzeni. Zatracili miarę.
Po raz kolejny Jezus, mówiąc o królestwie Bożym, angażuje słuchaczy – przypowieść czyni na swój sposób interaktywną. „Kiedy więc przybędzie właściciel winnicy, co uczyni z owymi rolnikami?” – pyta. Logika (nasza) podpowiada proste rozwiązanie: kara, oko za oko, ząb za ząb. Jezus proponuje zupełnie inne spektrum spojrzenia: pomimo odrzucenia po raz kolejny zaprasza, daje szansę. Boża miłość nie ma kresu. Benedykt XVI pisał, że wszystkie przypowieści znajdują swój ostateczny sens i wyjaśnienie na krzyżu. I nie pozostawi najmniejszych wątpliwości co do Bożego zamysłu wobec każdego z nas.
To jest właśnie ów „cud w naszych oczach”.

