logo
logo
 

ks. Feliks Folejewski

Cieszył się autorytetem, bo wymagał od siebie

Niedziela, 25 maja 2014 (13:24)

Obchodzimy siódmą rocznicę śmierci ks. Mirosława Drozdka, który narodził się dla nieba 25 maja 2007 roku. Chociaż mówimy o ks. Mirosławie w czasie przeszłym od strony obecności fizycznej, to zarówno w moim myśleniu, jak i w moim sercu jest on obecny i ta obecność trwa już od lat.

Moje pierwsze wyraźne, mocne spotkanie z ks. Mirosławem miało miejsce na pielgrzymce warszawskiej w naszej grupie Rodziny Rodzin. Ksiądz Mirek był jeszcze klerykiem, ja już księdzem, bo między nami była spora różnica wiekowa i potem zawsze mi tak „wypowiadał”, że postawiłem go w trudnej sytuacji, bo właśnie pierwsze kazanie publicznie wygłosił w czasie pielgrzymki warszawskiej, a mówił o Matce Bożej. I wtedy, słuchając i patrząc na niego, „szaleńca Niepokalanej”, widziałem, że życie dla Matki Bożej to jest jego życie. To jest jego pasja. A potem ta przyjaźń kapłańska, bliskość w Panu Bogu, w Matce Bożej Niepokalanej, w znaku fatimskim, w Królowej Apostołów (ponieważ jesteśmy pallotynami), trwała i trwa. Z jego strony na pewno od momentu, kiedy głosiłem kazanie na jego prymicji.

Dał się poznać jako człowiek niestrudzony w pracowitości, ofiarności i wszystko to czynił dla Matki Bożej: w Rodzinie Rodzin działał jako wychowawca, cechowała go szczególna troska o młodzież, o powołania, a potem całe życie działał na Krzeptówkach. Spotkania, kongresy, tygodniowe modlitwy, czuwania z Matką Bożą Fatimską, które organizował, to było wyjście z Matką Bożą poprzez, jak powiadał, skalne Podhale na całą Polskę i na cały świat. Też w tej miłości do Matki Bożej, która dla niego była i drogą, i światłem, i mocą w służbie Panu Bogu, jawił się od początku Ojciec Święty Jan Paweł II. Szczególne piętno na kapłańskiej działalności ks. Mirosława wyrył zamach na Papieża.

Diabeł nie ma wyobraźni. Ali Agca, który – jak powiedział – dobrze strzelał, o jednym nie wiedział: co mówi przysłowie, że Pan Bóg kule nosi i że ten strzał został skierowany przeciwko Papieżowi 13 maja 1981 roku o godzinie 17.17  – właśnie w godzinie objawienia Matki Bożej z Fatimy. Ksiądz Mirosław już wcześniej interesował się orędziem fatimskim. Gdziekolwiek był, czy w Gdańsku, czy w Poznaniu – na wszelkich placówkach zawsze była obecna Matka Boża, której poświęcił wszystkie siły, wszystkie swoje troski, a potem do tej miłości doszła służba: miłość do Jana Pawła II, który jest cały Matki Bożej.

Po tym zamachu pojawiła się u ks. Mirosława myśl z Ducha Świętego: wybudowanie kościoła sanktuarium, które teraz jest Matki Bożej Fatimskiej, jako wotum wdzięczności za uratowane życie Papieża.

Nie było przeszkód, nie było żadnych trudności, których by on nie pokonał z miłości do Pana Boga i Matki Najświętszej, i Jana Pawła II.

Do ostatniej chwili, ostatniego tchnienia, jak to w ostatnim słowie powiedział, ledwo już mając siły, że jeszcze jeśli zostały jakieś puste przestrzenie serca czy życia, to niech wypełni je obecność Matki Bożej. Był ogromnie zraniony przez siły szatańskie w związku z posądzeniem o współpracę ze służbami, bardzo to przeżył, ale to była ofiara doskonała – został wypalony na ołtarzu, ale miłością do Matki Bożej, do Kościoła w znaku Jana Pawła II i Polski, Ojczyzny Królowej Polski. To były jego miłości, jego pasja. Mam przed sobą pamiątkowe zdjęcie, gdzie  ks. Mirosław siedzi przy biurku i pisze, pragnę podkreślić, że moje kapłaństwo, mimo różnicy wiekowej w stosunku do ks. Mirosława, zostało również naznaczone modlitwą i cierpieniem tego księdza. Jesteśmy z tej samej pallotyńskiej szkoły, więc rozumieliśmy się.

Gdy uczestniczyłem ze łzami w oczach w pogrzebie ks. Mirosława, zapisało mi się to w sercu, jak śpiewał zespół młodych górali, a w ich śpiewie słychać było krzyk bólu, łez, że odszedł od nas wspaniały kapłan. Ale słychać było też nuty o miłości – to takich przeżyć się nie zapomina. Cieszy się on teraz w Niebie obecnością Jana Pawła II i wszystkich naszych patronów, a zwłaszcza błogosławionych dzieci fatimskich.

Podhale skalne i polska „Solidarność” tyle mu zawdzięczają. Sprawdziły się w życiu ks. Mirosława słowa, które mówił na Jasnej Górze Ojciec Święty w 1983 roku, że  gdyby nawet inni nie wymagali od was, wymagajcie od siebie. Ksiądz Mirosław to był człowiek, który wymagał od siebie i stąd cieszył się wielkim autorytetem. Bo miał prawo nawet trudne słowa powiedzieć słuchaczom, bo ich kochał i mówił prawdę. To nie był duszpasterz, który chciał żyć komfortowo. To był duszpasterz, który oddał swoje życie dla sanktuarium na Krzeptówkach, ale gdziekolwiek był, gdziekolwiek pracował, a wcześniej jako kleryk powołany do wojska – wszędzie ks. Mirosław był tym, którego prowadziła i kochała, i wzięła do siebie Matka Boża.

Nie lubił, gdy mówiło się o nim, wyciszał takie wszystkie słowa. Pragnął tylko, żeby każdy człowiek poznał i umiłował Boga, Matkę Niepokalaną w znaku fatimskim, i kochał Kościół, służąc mu w sposób szczególny. To była niesamowita miłość, wdzięczność, pasja wobec Jana Pawła II i wszystkiego, co Ojciec Święty dla nas czynił, a teraz jako święty orędownik czyni i dla świata, i dla Polski.

Będąc jako kleryk i później wychowawca w Rodzinie Rodzin, ks. Mirosław współpracował z współzałożycielką Rodziny Rodzin Marią Wantowską, nazywaną ciocią Lilą, w służbie księdzu kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu – Prymasowi Tysiąclecia. Pamiętam, jak w 1966 roku wchodziliśmy do Częstochowy, ks. Mirosław załatwił w kwiaciarni gladiole dla 850 uczestników naszej pielgrzymkowej grupy biało-czerwonej. Zamówił biało-czerwone gladiole, w czasie śpiewu młodzież podnosiła kwiaty i szliśmy w znaku sztandaru biało-czerwonego. To wszystko były pomysły ks. Mirka. Nie znał słów: „oszczędzaj się, myśl o sobie”, tylko wszystko czynił, aby Miłość była poznana i kochana.

ks. Feliks Folejewski

Autor jest pallotynem, opiekunem Rodziny Rodzin, głosicielem Miłosierdzia Bożego.

Aktualizacja: Niedziela, 25 maja 2014 (13:26)

NaszDziennik.pl