logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Podarował mi życie na nowo

Wtorek, 28 maja 2019 (22:02)

Rozmowa z ks. bp. Saadem Siropem Hanną, delegatem apostolskim dla chaldejskich katolików przebywających w Europie, porwanym w 2006 roku ze swej parafii i torturowanym przez islamistów

 

Wychował się Ekscelencja w rodzinie irackich chrześcijan. Jak wyglądało życie tej społeczności przed wojną?

– Jak dla każdego chrześcijanina, na pierwszym miejscu była dla nas wiara. Jej zachowanie, zachowanie naszej tożsamości chrześcijańskiej w zróżnicowanym społeczeństwie. Następną kwestią było to, jak ją wcielać w życie wśród innych ludzi, jak żyć naszą wiarą w pokoju, w miłości, w szacunku. Miałem zwyczajne, bardzo szczęśliwe dzieciństwo. Bawiłem się i przestawałem z innymi dziećmi, z różnych rodzin, należących do różnych społeczności: z dziećmi chrześcijańskimi, ale też muzułmańskimi. Byliśmy w bardzo dobrych relacjach wzajemnych jako obywatele jednego kraju. Oczywiście, były też problemy, ale mogę opisać ten czas jako szczęśliwe życie i własne szczęśliwe dzieciństwo. To nagromadzenie dobrych doświadczeń bardzo mi pomogło w obronie przed złością i nienawiścią, w jakie mógłbym popaść w niewoli. Dobre wspomnienia pomogły mi też odzyskać równowagę po trudnych przejściach, wyzwolić się od koszmarów i żyć dalej. A także przebaczyć oprawcom. Zawsze przywoływałem pamięć szczęśliwych chwil, by się bronić przed traumą.

Jako młody kapłan, dwa lata po święceniach, spędził Ekscelencja miesiąc w niewoli, bity i torturowany.

– Wtedy także myśl o kochających mnie bliskich podtrzymywała mnie przy życiu. Jestem przekonany, że modlitwy rodziny i przyjaciół, także moich parafian, spośród których mnie porwano, przyczyniły się do mojego szczęśliwego uwolnienia. Pomogły mi też opierać się żądaniom porywaczy, bym wyparł się wiary. Po uwolnieniu, rozmawiając z parafianami, dowiedziałem się, że to działało również w drugą stronę: choć byli przerażeni, gdy mnie porwano, tuż po Mszy Świętej w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, wieści o tym, że daję dobre świadectwo, że odmawiam wyparcia się Chrystusa, dodawały im otuchy. Choć to porwanie uderzyło w całą naszą społeczność. Wielu chrześcijan wskutek tego opuściło tamtą okolicę. Wyjechali w inne regiony kraju, a niektórzy za granicę.

Przed wojną, pod rządami partii arabskiej i socjalistycznej zarazem, bliscy lub sąsiedzi Ekscelencji byli w jakiś sposób nakłaniani bądź kuszeni do porzucenia swej wiary?

– Nie, absolutnie. Nie zmuszano wtedy chrześcijan do porzucenia swej wiary. Rząd spoglądał na chrześcijan życzliwie, sprzyjał budowie kościołów. Wiele z nich zbudowaliśmy w tamtym okresie, wiele dawnych świątyń odnowiliśmy. Ze strony rządu nie doświadczaliśmy żadnej presji, by się wyprzeć swego wyznania. Oczywiście, zawsze zdarzają się nieporozumienia z konkretnymi osobami. Irak to kraj bardzo zróżnicowany religijnie, z większością muzułmańską. Zawsze więc były osoby czy grupy dążące do tego, by nakłonić chrześcijan do zmiany drogi życia. Ze strony państwa jednak nie doświadczaliśmy żadnej presji.

 

Możliwości edukacyjne także nie były ograniczone?

– W żadnym razie. Skończyłem zwykłe, publiczne szkoły. Potem poszedłem na studia, na wydział inżynieryjny Uniwersytetu Bagdadzkiego. Nie doświadczałem z niczyjej strony ucisku jako chrześcijanin.

Czyli pomiędzy zwykłymi ludźmi niechęć do chrześcijan również nie była rozpowszechniona?

– Nie. Dało się może odczuć lekkie napięcia w niektórych dziedzinach życia, ale ogólnie rzecz biorąc, my, chrześcijanie, żyliśmy w bardzo dobrych relacjach z muzułmanami, pracowaliśmy razem, wspólnie się uczyliśmy i bawiliśmy. To się zmieniło po 2003 roku.

Wojna zaostrzyła napięcia?

– Tak, w czasie wojny wyostrzają się stanowiska i każda grupa próbuje zmusić wszystkich do przyjęcia swoich pomysłów. Ludzie łatwiej skłaniają się do stosowania przemocy. U nas po 2003 roku chrześcijanie stali się celem ataków. Kościoły próbowały się bronić, zatrudniając uzbrojonych strażników spośród chrześcijan. My także mieliśmy straż przy kościele. To jednak nie było w pełni skuteczne. Mimo wszystko bardzo wiele świątyń zostało zniszczonych, nie udało się obronić przed eksplozjami i napaściami różnych grup. Irak przestał być miejscem bezpiecznym. Powstało wiele ugrupowań próbujących narzucić swoje cele. W społeczeństwie narastał fanatyzm, chęć zmuszenia wszystkich, by zostali muzułmanami. Dążenie, by uczynić z Iraku jednorodne, islamskie społeczeństwo. Właśnie ta tendencja tworzyła napięcia pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami w naszym kraju.

Jeśli mogę zapytać o najtrudniejsze przeżycia, podczas miesiąca spędzonego w niewoli nie mógł Ekscelencja sprawować Mszy Świętej, pocieszać się lekturą duchową etc. Co, oprócz wspomnienia miłości bliskich, trzymało Ekscelencję przy życiu?

– Kiedy mnie porwano, nie miałem wina, owszem, dostawałem trochę chleba, ale mając ręce niemal przez cały czas skute kajdankami i oczy zasłonięte, rzeczywiście nie mogłem ani razu odprawić Mszy Świętej. Mogłem jedynie ofiarować Bogu moje pragnienie Najświętszej Ofiary. Tym, co bardzo mi pomogło, było Słowo Boże. Znam na pamięć wiele fragmentów Pisma Świętego, szczególnie Ewangelii i Psalmów. Przed porwaniem przecież odczytywałem je, modląc się. I w niewoli rozważanie rozdziałów Ewangelii, tego, co Jezus mówił, jak postępował, było dla mnie wielką pomocą w kultywowaniu mego życia duchowego. Choć czasem bardzo trudno mi było się modlić, jednak te zapamiętane fragmenty pomogły mi pozostać w jedności z Panem w najgłębszej cząstce mej duszy.

Już w pierwszej chwili, w drodze z kościoła, kiedy porywacze dogonili mnie i wywlekli z samochodu, przyszły mi na myśl słowa psalmu 23, „Pan mym Pasterzem, nie brak mi niczego”. Recytowałem je, kiedy mnie wieźli, i bardzo mi to pomogło. Potem psalm 27 „Pan moim światłem i zbawieniem moim”, psalm 121, „Podniosłem oczy moje na góry, skąd przyjdzie mi pomoc”. Cieszyłem się, że kiedyś nauczyłem się ich na pamięć i w trudnych chwilach zawsze mogłem się nimi modlić. Bardzo chciałem też jeszcze kiedyś móc odprawić chaldejską Mszę Świętą, ale gdy nie mogłem, właśnie Słowo Boże mnie podtrzymywało.

A gdy porywacze żądali wyparcia się wiary, przejścia na islam, jak sobie Ekscelencja radził, żeby nie ustąpić, ale też nie dać się ponieść złości, nienawiści?

– Były to bardzo trudne momenty, chwilami nie czułem swojej wiary, tak jakby była nieobecna, ale jednocześnie pewien głos w najgłębszej głębi mojej duszy mówił mi: „Jestem z tobą, nie obawiaj się! Jestem i zawsze będę z tobą, jak obiecałem”. Czasami trudno mi było w to wierzyć. Byłem bardzo zmęczony, byłem bity, torturowany. Ten głos wewnątrz mnie jednak mnie nie opuszczał. I chwilami czułem obecność Pana, szczególnie poprzez siłę, jaką mi dawał, żebym się nie poddał, żebym zachował wiarę. I przez cierpliwość do znoszenia wszystkich tych tortur i nacisków. Pan był tam ze mną. Dawał mi mądrość, żebym mógł dobrać właściwe słowa, żebym nie starał się obrażać prześladowców, ale bym bronił swojej wiary. Bo czasami zadawali mi pytania na temat naszej religii. Niepokoi ich szczególnie tajemnica Trójcy Przenajświętszej.

Pytali mnie na przykład: „Co masz na myśli, mówiąc o Synu Bożym? Jesteś poganinem, bo wierzysz w trzech bogów!”. Potrzebowałem mądrości Bożej, żeby im odpowiadać, nie wzmagając nadmiernie napięcia, ale otwierając ich na poznanie Prawdy. I otrzymywałem ją od Ducha Świętego. Czułem Jego obecność. Czułem ją też w drobnych znakach, choćby odruchach życzliwości jednego ze strażników, Abu Hamida. Odczytywałem je tak, jakby Bóg mi mówił: „Jestem tu, nie martw się. Jestem przy tobie”. Bardzo mi to pomagało wytrzymać.

Za szczególną łaskę od Pana Boga poczytuję też fakt, że nie tylko zostałem uwolniony, ale wyszedłem z tego zdrów na ciele i umyśle. Bo to były bardzo trudne doświadczenia, w których psychika człowieka może trwale ucierpieć. Kiedy nasze życie jest zagrożone, kiedy jesteśmy torturowani, poniżani, budzą się silne uczucia, złość, nienawiść. Trudno pogodzić się z taką sytuacją, można wręcz oszaleć. Więc to, że mogłem wrócić do normalnego życia, zachować nadzieję i szacunek dla innych ludzi, to naprawdę łaska. Były już takie chwile, kiedy mówiłem Panu Bogu: „Jeśli to jest ta chwila, kiedy chcesz, bym oddał życie jako męczennik, to jestem gotów”. A jednak On wyprowadził mnie z tego. Podarował mi życie na nowo.

Opisuje też Ekscelencja moment, który musiał być wielkim rozczarowaniem, kiedy gospodarz jednego z miejsc przetrzymywania powiadomił żołnierzy amerykańskich o pobycie Ekscelencji u niego, podając dokładne namiary. Ocalenie wydawało się tak blisko, tymczasem żołnierze nie chcieli przejąć zakładnika.

– Ten człowiek był w kontakcie z Amerykanami, zadzwonił do nich i pozwolił mi porozmawiać. Mówiłem im: jestem księdzem, porwano mnie z mojej parafii, porywaczy w tej chwili tu nie ma, możecie mnie przejąć. Odpowiedzieli, że owszem, wiedzą o mnie, że negocjacje się toczą i pomoc zapewne nadejdzie, ale oni nie mogą nic zrobić. Był to dla mnie bardzo trudny moment, ale nie winiłbym żołnierzy. Sądzę, że po prostu nie ufali przygodnym informatorom. Mogli podejrzewać, że to zasadzka. Nie wiem tego na pewno, ale mogło tak być. Ja w każdym razie czułem wielkie rozczarowanie.

Mógł Ekscelencja liczyć na solidarność żołnierzy z chrześcijańskiego kraju…

– Solidarności mogę oczekiwać od Kościoła powszechnego, od Kościołów lokalnych, owszem, ale nie od wojska. Armie służą dziś celom politycznym. Nie zajmują się obroną cywilów, lecz reprezentują konkretne państwa i ich interesy. W końcu chyba nawet moi porywacze zrozumieli, że fakt, iż jesteśmy chrześcijanami, nie oznacza, że chrześcijańskie kraje Zachodu ujmą się za nami, że będą nas wspierać. Nie, one wspierają swoje interesy. Co innego Kościół. Na pomoc Kościoła wciąż liczymy.

 

Przetrzymywano Ekscelencję w kilku różnych miejscach, ale wszystkie one nie były daleko od miejsca porwania. Czy nikt nie próbował Ekscelencji uwolnić?

– Rzeczywiście nie było to daleko, jakieś 50 minut, może godzina jazdy samochodem od mojej parafii. Ale to niebezpieczne okolice. Są w Iraku takie miejsca, gdzie chrześcijanie nie mogą już pojechać. Okolice wyłącznie muzułmańskie, jedne sunnickie, inne szyickie. Chrześcijanie przywykli już nie zapuszczać się w te rejony.

Czy to znaczy, że ich mieszkańcy, podzielając wierzenia muzułmańskie, solidaryzują się też z poczynaniami porywaczy?

– Niektórzy zapewne tak, inni są przez nich po prostu zastraszeni.

Uwolnienie Ekscelencji nie dokonało się w jednym momencie…

– Porywacze przywieźli mnie w pewne miejsce, rozwiązali mi oczy, rozkuli ręce, powiedzieli, żebym się nie oglądał za siebie, lecz szedł naprzód, aż dojdę do autostrady. Zacząłem biec, potem iść, i tak przez jakieś 40 minut. Stopniowo zacząłem się orientować, gdzie jestem. Były to znajome okolice.

Został Ekscelencja uwolniony dzięki okupowi?

– Nie sądzę, żeby okup grał tu istotną rolę. Przecież wielokrotnie zdarzało się, że osoby, za które wpłacono okup, zostały zabite. Myślę, że zdarzyło się coś, co zmieniło ich zamiary względem mnie. Nie wiem, co dokładnie, ale coś skłoniło ich, żeby mnie po prostu wypuścić.

Jeszcze w niewoli, najważniejszym zadaniem było oczywiście zachowanie własnej wiary, ale czy myślał Ekscelencja o tym, żeby także porywaczom dać poznać Prawdę?

– Do tego zmierzałem, choć nie bezpośrednio. Fakt, że w końcu nie zdecydowali się zabić niewinnego człowieka, że widzieli, iż zachowałem swą wiarę, że pytali mnie o różne kwestie z nią związane, odczytuję jako oznaki procesu nawrócenia. Nie wiem oczywiście, co się dzieje w ich sercach, ale mam nadzieję, że jakieś ziarno zostało zasiane.

Jaka jest dziś sytuacja społeczności chrześcijan w Iraku?

– Bardzo wielu z nich wyjechało w obawie o życie swoje i najbliższych. Ci, którzy zostali, doświadczają dziś pomocy Kościoła z krajów Zachodu, również z Polski. Są też organizacje chrześcijańskie, które pomagają im odbudować kościoły, wioski, domy i urządzić sobie życie na nowo. Jest wielu chrześcijan, którzy mimo wszystko nie chcą opuścić stron rodzinnych, albo jeśli nawet musieli, to wracają, gdy tylko jest to możliwe. Mamy społeczność chrześcijan w Bagdadzie, którym udało się zachować swoje domy i miejsca pracy. Jesteśmy bardzo wdzięczni wszystkim wspólnotom i organizacjom, które świadczą nam pomoc, szczególnie Kościołowi katolickiemu.

Mimo prób pomocy liczba chrześcijan w Iraku drastycznie spadła. A jak jest z obecnością księży?

– Przeżywamy dziś trudne chwile, jeśli chodzi o nowe powołania. Kiedy rodzina opuszcza własne okolice, tuła się gdzieś w innych regionach kraju lub nawet za granicą, musi dawać sobie radę w nieznanych miejscach, nie sprzyja to rozeznawaniu powołania przez młodych ludzi. Niełatwo też w tych warunkach wstąpić do seminarium. Na razie jednak w samym Iraku wystarcza księży dla tych niewielkich wspólnot, które zostały. Natomiast sytuację kryzysową mamy tutaj, na Zachodzie. Katolicy chaldejscy żyją rozproszeni w różnych krajach, gdzie trudno zapewnić im posługę duszpasterską. Zapewne to także przyczynia się do trudności w odszukaniu powołań.

Reprezentuje Ekscelencja specyficzną wspólnotę katolików. Czy w liturgii chaldejskiej nadal używa się języka aramejskiego?

– Tak, naszym oficjalnym językiem jest chaldejsko-aramejski: język, którym posługiwał się Pan Jezus w czasie swego ziemskiego życia. W nim sprawujemy Mszę Świętą. Dziś jednak odprawiamy także Msze Święte po arabsku i angielsku. Na północy Iraku mamy Seminarium pw. św. Piotra – główne seminarium Kościoła chaldejskiego, które kształci czternastu kleryków.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Ewa M. Małecka

Nasz Dziennik