logo
logo
zdjecie

Zdjęcie: Zorro2212/ Licencja: CC BY-SA 4.0/ Wikipedia

Fajdek poza finałem

Aż trudno w to uwierzyć, ale Pawła Fajdka zabraknie w olimpijskim finale rzutu młotem
Środa, 17 sierpnia 2016 (21:21)

To niemożliwe, ale prawdziwe. Paweł Fajdek nie przeszedł eliminacji i nie awansował do olimpijskiego finału rzutu młotem.

W zasadzie trudno znaleźć słowa, by właściwie określić, jak wielka to sensacja. I rozczarowanie. Fajdek był kimś więcej niż naszą medalową nadzieją. Był, jak Anita Włodarczyk, murowanym kandydatem do złotego medalu. Kimś, kto mógł myśleć o przekraczaniu kolejnych granic, zbliżaniu się do rekordu świata. Bądźmy szczerzy: pytając go, po co leci do Rio, wykazywaliśmy się daleko posuniętą kurtuazją. Wiedzieliśmy, już w kraju, na tygodnie przed igrzyskami, wieszając na jego szyi złoty medal. Chyba nikt nie dopuszczał myśli, że może zdobyć krążek innej barwy. Miejsce poza podium? Abstrakcja. Bardziej realne wydawało się lądowanie kosmitów na płycie olimpijskiego stadionu. Zapominaliśmy, że to tylko sport. A w sporcie nie wszystko da się racjonalnie wytłumaczyć. Nie wszystko toczy się tak, jak zakładamy i się spodziewamy.

Wspomniana Włodarczyk w swoim finale zdeklasowała rywalki. Zdobyła złoto, ustanawiając przy okazji fantastyczny rekord świata. Fajdek miał pójść jej śladem. Co prawda przed dzisiejszymi eliminacjami opowiadał, iż rozpoczną się bardzo wcześnie rano, czego nie lubi i co jest dla niego niekorzystne, ale przyjmowaliśmy to trochę z przymrużeniem oka.

W Rio miał zapomnieć o Londynie. Tam pojechał jako młody i niedoświadczony jeszcze zawodnik, lecz po medal. Przepadł już w kwalifikacjach. W kolejnych latach wygrywał praktycznie wszystko, co do wygrania było. Zdobył dwa złote krążki mistrzostw świata. W tym roku do niego należało dziesięć najlepszych wyników na świecie. Po Rio przyleciał jak po swoje. Po złoto.

Idę przebukować bilet lotniczy – tak skomentował swój występ w eliminacjach. Szokujący. Nagle z wielkiego dominatora, wielkiego faworyta zamienił się w nich w kogoś, kto rozpaczliwie drży o awans do finału. Pierwszą próbę spalił i wtedy chyba powróciły koszmary z Londynu. W drugiej uzyskał 71,33 m. Tylko 71,33. W trzeciej się poprawił, ale nieznacznie. 72 metry… To oznaczało koniec marzeń. Wiedział o tym. Położył się na tartanie, ukrył twarz i długo nie wstawał. W samotności przeżywał swój dramat. Swoją klęskę i katastrofę. Był w formie, był gotowy, by dotrzeć na szczyt, a jednak potknął się już na samym wstępie. Na początku drogi. Tego nikt nie przewidział, tego nikt nie zakładał.

W grupie A eliminacji wynik Fajdka był siódmym. Pewny awans do finału dawało 76,50 m, ale tej odległości nie osiągnął żaden zawodnik. Polak mógł jeszcze teoretycznie liczyć, że w grupie B poziom okaże się jeszcze słabszy, ale wiedział, że tak nie będzie. Jeden po drugim rywale rzucali dalej, ale paradoksalnie tym, który ostatecznie wyrzucił wielkiego faworyta z olimpijskiego konkursu, okazał się… Wojciech Nowicki, który posłał młot na 74,39 m.

Piotr Skrobisz

Aktualizacja 9 września 2016 (18:35)

NaszDziennik.pl